Moje zdanie odrębne

Moje zdanie odrębne

Ten ranking przygotowało dwóch dyplomatów przez lata pracujących w MSZ, na różnych stanowiskach w centrali i za granicą. Czasami bliżej, czasami dalej od ministra, ale zawsze wystarczająco blisko. Podpisali się pseudonimami, tłumacząc, że tak będzie lepiej. Rozumiem tę decyzję.

Ale to z kolei zmusza mnie do dodania kilku zdań. Pisuję o MSZ od lat, więc dla wielu czytelników byłoby oczywiste, że jestem współautorem rankingu. Otóż nie jestem, mam zresztą w niektórych sprawach inną niż jego twórcy opinię (choć chylę czoła przed ich znajomością MSZ i świata dyplomacji). Moja ocena wynika z nieco innej perspektywy.

Na pewno nie dałbym pierwszego miejsca Andrzejowi Olechowskiemu. Z prostej przyczyny – nie był w czasie swojego ministrowania politykiem samodzielnym, nie miał tej pozycji w systemie władzy, jaką mieli Cimoszewicz i Geremek. Owszem, był ważną postacią, bardzo sprawnym technokratą, ale raczej wykonawcą niż liderem. Firmował swoją twarzą projekty innych. Poza tym pamiętam mu zwalnianie, z lekceważeniem prawa pracy, dyplomatów. Nie było to ani eleganckie, ani mądre.

Niższą ocenę wystawiłbym też Stefanowi Mellerowi. Za jedną rzecz. Za to, że gdy przyjął od Jarosława Kaczyńskiego stanowisko szefa MSZ, wykonał jeden paskudny gest – odwołał nagle grupę ambasadorów z argumentacją, że są to byli współpracownicy wywiadu cywilnego lub wojskowego z czasów Polski Ludowej. To było skandaliczne. Meller skompromitował się tym gestem jako urzędnik państwowy i jako człowiek. Obowiązkiem państwa jest bronić swoich funkcjonariuszy i państwo nie może ich poniżać. On to powinien wiedzieć. Poza tym byli to ludzie, z którymi Meller wcześniej wiele lat pracował. Dobrze o nim mówili, byli wobec niego lojalni. Szkoda, że on nie okazał się lojalny wobec nich.

Parokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak postąpił. Przypuszczam, że zagrał w tym przypadku inny rodzaj lojalności – nagle poczuł, że bliżej mu do Solidarności, do solidarnościowych korzeni, do tamtych czasów. Dlatego w imię PO-PiS odpalił komuchów. Wiele razy z takimi zachowaniami się spotkałem.

Podobnym przypadkiem jest Witold Waszczykowski. Po raz pierwszy usłyszałem o nim w Brukseli.

Że chodzi i podgryza swojego bezpośredniego przełożonego, ambasadora RP przy NATO, Andrzeja Towpika. Zresztą świetnego dyplomatę, powszechnie szanowanego. Skończyło się tym, że gdy Waszczykowski poszedł skarżyć na Towpika do ambasady USA, odwołano go do kraju. Ku zadowoleniu Amerykanów…

Ale ważniejsze, jeśli chodzi o Waszczykowskiego, jest to, że nie sprawdził się jako lider zespołu. Gdy przejął MSZ, ułożył sobie jego strukturę, to on decydował o nominacjach dyrektorskich, to on ściągnął do dyplomacji grupę ludzi z zewnątrz. Gdy stracił stanowisko, zadowolił się mandatem europosła, a ludzi, którzy mu zaufali, zostawił na lodzie. Na pastwę zemsty dyrektora generalnego Andrzeja Papierza.

Skandaliczny, uwłaczający Polsce, jest tryb, w jakim Papierz odwoływał ambasadorów wysuniętych przez Waszczykowskiego. Skandalem jest też sprawa Barbary Ćwioro, która była dyrektorem Departamentu Europejskiego, najbliższą współpracowniczką Waszczykowskiego, absolutnie dyspozycyjną i lojalną. Potem została ambasadorem w Pradze i stamtąd odwołano ją pod zarzutem mobbowania podwładnych. Ma sprawę karną. Nie zauważyłem, by Waszczykowski kiwnął w jej sprawie palcem, a jestem pewien, że gdyby bardzo się zaangażował, toby ją wybronił.

A teraz kilka zdań o tych, których bym wyróżnił. Na pewno wielką postacią polskiej dyplomacji był Bronisław Geremek. Ale żeby to odczuć, trzeba było obserwować go w Brukseli, w Paryżu, w Waszyngtonie… Przez zachodnich polityków był traktowany ze szczególną rewerencją, mógł grać wyżej, niż upoważniała go pozycja Polski.

Myślę również dobrze o Włodzimierzu Cimoszewiczu i Adamie Danielu Rotfeldzie. Ich czas w MSZ był także próbą budowy zawodowego korpusu dyplomatów, to były pierwsze kroki związane z Akademią Dyplomatyczną czy chociażby proste rozporządzenie, że każdy wyjeżdżający na placówkę musi wpierw zdać egzamin ze znajomości języka obcego. A urzędnik w centrali ma dwa lata na zdobycie wymaganych certyfikatów. Dziś to standard nieosiągalny.

To prof. Rotfeld (też trzeba wyjechać za granicę, by zobaczyć, jak jest w świecie dyplomatycznym poważany) powiedział, że państwa średniej wielkości, takie jak Polska, muszą szczególną wagę przywiązywać do jakości dyplomacji. Te małe nie muszą – bo niewielka jest ich perspektywa. Te duże z kolei w ogóle nie muszą się liczyć z mniejszymi, z racji potęgi łatwo im załatwić, co chcą, błędy ich dyplomatów są więc mało zauważalne.

Trochę żal, że praca i starania takich ludzi poszły na marne.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 14/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy