Motocyklem ze skoczni narciarskiej

Motocyklem ze skoczni narciarskiej

Garstecki wypala papierosa, zakład kask i rusza motorem na łeb na szyję. Wybija się i ląduje na 27. metrze

Popis zaplanowano dopiero na godz. 14, ale już trzy godziny wcześniej pojawił się na zeskoku biały renault należący do Towarzystwa Kontroli Rekordów Niecodziennych. Założyło je dziewięć osób 9 września 1999 r. w Rabce Zdroju – aby sprawdzać prawdziwość i rzetelność osobliwych rekordów. Dziś komisja zjawiła się w składzie: Magda i Marek Gęborkowie oraz Dionizy Zejer noszący tytuł głównego kontrolera wszystkiego.
– Śmiałkowie są trzech rodzajów – mówi Magda Gęborek – tacy, którzy chcą się pokazać, którzy robią to w celach marketingowych i liczą na spory zarobek i zapaleńcy pokonujący kolejne granice ludzkich możliwości dla własnej satysfakcji i przyjemności. Takich lubimy najbardziej i taki chyba jest pan Waldek Garstecki – dodaje pani Magda. – Garstecki od 17 lat pracuje jako kaskader, z tego 12 spędził w tzw. beczce śmierci w Chorzowie. Pani wie, że na skutek różnych urazów ponad trzy i pół roku spędził w szpitalach?

Nie denerwuję się przed skokiem

O 12.30 przed skocznię zajechał z fasonem czerwony samochód niewiadomej marki. Wysiadł z niego wysoki, szczupły, trzydziestoparoletni mężczyzna z jasnymi falującymi włosami do ramion, w szarych sztruksach i sportowej koszuli. – To on – szepnęła pani Magda i poszła się przywitać. A ja trop w trop za nią.
– Nie jest pan zdenerwowany? – Nie. Nigdy nie denerwuję się przed skokiem. Nie biorę też pod uwagę możliwości upadku. Zamierzam wybić się z progu i poszybować na odległość 35-40 metrów. Jestem przygotowany. Mam motocykl KTM o pojemności 125 cm sześc. Zwykły, krosowy. Założę kask oraz ochraniacze na nogi i kręgosłup. A poza tym mam tu wiernych kibiców: 13-letnią Jowitę i 12-letnią Justynę. Moje córki.
Obie dziewczyny są równie małomówne jak tata, ale nie potrafią ukryć zdenerwowania i nie odstępują ojca na krok.
On tymczasem podpisuje oświadczenie, że bierze na siebie odpowiedzialność za to, co się wydarzy podczas ustanawiania rekordu.

Eee, daleko nie skocy

Wzdłuż drogi dojazdowej do skoczni narciarskiej w Wiśle Łabajowie jest ciasno. Samochody zatarasowały oba pobocza. Kilku policjantów kieruje ruchem. Są też straż miejska, straż pożarna i zespół karetki reanimacyjnej cieszyńskiego pogotowia. – Przygotowaliśmy się na każdą ewentualność – mówi jeden z lekarzy. – Życzymy śmiałkowi jak najlepiej, ale stromizna jest duża i wszystko może się wydarzyć.
Zostało 30 minut do godziny zero, czyli 14. Waldemar Garstecki – już w czarnym kombinezonie, ale bez kasku, udziela wywiadów dla stacji telewizyjnej i kilku radiowych. Potem wsiada na motor i krąży po wybiegu. Wchodzę na górę i obserwuję go ze 123. stopnia. Stoję równolegle z wybrzuszeniem zeskoku, który poniżej opada prawie pionowo w dół. Nie zjechałabym stamtąd nawet na sankach. A on, gdyby wylądował w tym miejscu, osiągnąłby odległość 40 metrów.
Obok mnie przygotowania kaskadera obserwują Ewa i Józef Śliwkowie: – Eee, daleko nie skocy – mówi pan Józef. Nie da rady rozpędzić motoru. Ja to wiem, to przecież moja skocznia. Tu skakałem na nartach, tyle że jakieś 50 lat temu… Prędzy jakiemu miejscowemu by się udało.
Tymczasem ośmiu chłopaków już wciąga motor do góry. – Wloką i wloką, a tam z tyłu jest dobra droga, żeby sam wjechał – kwitują wysiłki chłopców Śliwkowie.
Garstecki czeka w połowie rozbiegu. Nie będzie skakać z samej góry. Powoli zakłada kask i zapala motor. Trzeba rozgrzać maszynę. Tłum na dole skanduje: – Idź na całość, idź na całość! Porządkowi apelują do widzów, żeby cofnęli się za żółte taśmy. Jacyś młodzi ludzie wspięli się na wieżę sędziowską. Napięcie rośnie wprost proporcjonalnie do ryku silnika. Nareszcie ruszył. Wybił się na progu i wylądował ledwie kawałek dalej. Komisja skrupulatnie wyliczyła, że na 5. metrze.
Nikt nie jest zadowolony. – Zgasł mi silnik, skakałem już na luzie. Spróbuję jeszcze raz, nie ma się co szczypać – tłumaczy się kaskader.
Spiker ogłasza decyzję zawodnika. Widzowie, którzy już ruszyli do swoich samochodów zawracają, a obie córki patrzą w ojca jak w obraz. Są skupione. – One zawsze we mnie wierzą – mówi Garstecki i wsiada na motor. Jak za pierwszym razem rozpędza go, wjeżdża jakieś 20 metrów pod górę i przekazuje maszynę wyciągaczom. Teraz chce ruszyć w dół, z samego wierzchołka.
Idę za nim. Pokonuję ponad 500 schodów i z najwyższego punktu rozbiegu patrzę w dół. – Garstecki wypala papierosa, zakład kask i rusza na łeb na szyję. Wybija się i zaraz ląduje – tym razem 16 metrów dalej.
Organizatorzy ogłaszają przez megafon: – To nie koniec. Będzie jeszcze jeden skok. Widzowie już się napatrzyli. Większość wsiada do samochodów i odjeżdża, ale spora grupa zostaje. Wciągacze zakładają liny i wloką maszynę na górę. Teraz jest ich już dziesięciu.
I znowu ryk silnika, skok, lądowanie i zjazd na złamanie karku. Komisja odmierza odległość plastikową taśmą, a Dionizy Zejer, główny kontroler wszystkiego podaje wynik: – 27 metrów.
Słuchają go tylko dziennikarze i kilkudziesięciu widzów. Większość gapiów dopadła już samochodów i ruszyła do domu.
Garstecki jest zmęczony i niezadowolony. – Za duża stromizna tam na górze. Paliwo zalewa mi silnik i on gaśnie. Muszę tam coś poprawić. – A co potem? – pytam. – A potem będę poprawiać ten swój rekord. Razem z motocyklem ważę jakieś 200 kg, trzy razy więcej niż narciarz ze sprzętem, więc wiele nie nawojuję. Ale na 40 metrów na pewno mnie stać.
dziennikarka „Dziennika Polskiego”

 

Wydanie: 37/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy