Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zbliżają się wybory, więc ludzi ogarnia nostalgia. I rozważają o sprawach pomijanych. Na przykład o takim drobiazgu jak dwóch sekretarzy stanu, których teraz mamy w MSZ. Skąd to się wzięło? Po co dwóch, jak powinien być jeden? Jako ten pierwszy zastępca ministra. Otóż idea dwóch sekretarzy stanu narodziła się z potrzeby chwili, gdy ministrem spraw zagranicznych został Stefan Meller. Meller miał kłopot, bo chciał być ministrem, ale Kaczyńscy stawiali mu warunki. A przede wszystkim jeden warunek – musiał przyjąć na stanowisko sekretarza stanu Annę Fotygę. No i nie chciał tego zrobić, i radził się kolegów, jak ten dylemat rozwiązać. „Wciskają mi tę babę – miał się skarżyć. – Na sekretarza stanu. I co mam zrobić?”. I wreszcie wpadł na taki pomysł, że będzie dwóch sekretarzy stanu, więc będą się jakoś równoważyć. No i ta Fotyga już nie będzie tak biła po oczach. Tym sposobem drugim sekretarzem stanu została Barbara Tuge-Erecińska. A smakowitością tego duetu dwóch pań był fakt, że w roku 1981 obie, jako dwudziestoparoletnie dziewczyny, pracowały w biurze zagranicznym NSZZ „Solidarność”, które było odpowiedzialne za zagraniczne kontakty związku.
Są takie miejsca, które wybijają jak trampoliny…
Życie przyniosło ciąg dalszy tej historii. Meller misternie wyplatał jakieś elementy równowagi, sfer wpływów, a tu zadzwonił Kaczyński i jednym telefonem zmienił wszystko – odesłał Mellera na bok, a Fotygę zrobił pełnym ministrem.
Teraz mamy dwóch sekretarzy stanu płci męskiej, Karola Karskiego i Pawła Kowala. I też ciekawe są historie opowiadane na ich temat. Najfajniejsze są te dotyczące Kowala, który zresztą przez jakiś czas był wymieniany jako ten, który – po dymisji Anny Fotygi – będzie ministrem. Oj, to się działo, wszyscy się cieszyli, że po raz pierwszy w historii MSZ będzie kierował człowiek, który nie zna języków obcych. Bo co prawda Kowal wpisał sobie znajomość angielskiego i rosyjskiego, ale nie miejmy złudzeń. „Ja was witaju”, mówi nasz wiceminister, sądząc, że mówi po rosyjsku. Szkoda, że w tej ocenie jest dość wyizolowany…
A jak już jesteśmy przy sprawach wschodnich, to przecież nie sposób nie wspomnieć o Grodnie, gdzie naszą placówką konsularną kieruje Adam Bernatowicz, człowiek, który – jak sam o sobie mówi – dysponuje „kwalifikacjami i doświadczeniami, jak funkcjonować w trudnym, gęstym otoczeniu i prowadzić działalność w warunkach obcego państwa, w otoczeniu nie do końca przyjaznym, w otoczeniu obcych służb i umieć się w takich warunkach poruszać”.
Bo Bernatowicz, jak pisaliśmy tydzień temu, to człowiek z UOP.
No i nasz bohaterski funkcjonariusz nie obronił Polaków, których aresztowała miejscowa milicja. Znaczy się, nie potrafi się dogadywać z miejscowymi władzami. A teoretycznie powinien, bo gubernatorem w Grodnie jest generał KGB, Sawczenka. Więc siłowszczyk z siłowszczykiem wspólny język znaleźć powinien. Ale chyba ranga nie ta…

PS Oczywiście, plotkują wszyscy na potęgę, kto będzie ministrem spraw zagranicznych po wyborach. Oto więc najczęściej wymieniane nazwiska: Radosław Sikorski, Anna Fotyga, Bronisław Geremek, Bronisław Komorowski, Włodzimierz Cimoszewicz. A za tydzień będziemy wiedzieć więcej.

 

Wydanie: 42/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy