Można mieć czyste ręce

Można mieć czyste ręce

Mam swoje drogowskazy. Na pewno nie jest nim oportunizm. Jestem zawsze wierny sobie i staram się dochowywać przyjętych ustaleń

Rozmowa z Markiem Balickim

– Jak pan to sobie załatwił, że pan, osoba spoza układów, jest kandydatem SLD, UP, Olka K., na pewno i części sympatyków Unii Wolności, na prezydenta Warszawy? Jak pan to zrobił?
– Otrzymałem propozycję… To zresztą nie była pierwsza taka propozycja. Wcześniej, ponad rok temu, Unia Pracy namówiła mnie, żebym kandydował w Warszawie w wyborach do Senatu. Byłem dyrektorem Szpitala Bielańskiego, społecznym doradcą prezydenta Kwaśniewskiego i właśnie wtedy otrzymałem propozycję od Unii Pracy. Musiałem podjąć decyzję, czy chcę wracać do polityki. I pewnie bym się na to nie zdecydował, bo kierowanie dużym szpitalem i współpraca z prezydentem Kwaśniewskim to dobre zajęcia, gdyby nie chodziło o godność senatora. Pociągało mnie ryzyko związane ze sposobem głosowania, bo kandydat na senatora zbiera tylko głosy oddane na siebie, w mniejszym stopniu liczy się lista partyjna. To jest wybór bezpośredni. Teraz jest podobnie.
– Długo Pan się wahał?
– Decyzję podejmuje się w pierwszej sekundzie, potem się ją racjonalizuje. Mam pozycję w parlamencie, jestem przewodniczącym komisji senackiej, mam duże uprawnienia. Ale nie miałem wątpliwości, że powinienem spróbować.
– A nie podejrzewał pan, że pańska kandydatura to listek figowy? Przecież pewnie słyszał pan opowieści, że warszawski aparat SLD dogadał się z Olechowskim, że „jest już dogadane z Andrzejkiem”, że w drugiej turze SLD ma go poprzeć, a w zamian będzie koalicja PO-SLD w Radzie Warszawy i odpowiedni podział stanowisk…
– Słyszałem te opowieści. Ale moje spotkania przedwyborcze im przeczą. Czuję poparcie lewicy. Poza tym, nie bądźmy naiwni. Prezydent Warszawy otrzyma olbrzymią władzę. Będzie praktycznie nieusuwalny. Po wyborach automatycznie ulegają rozwiązaniu umowy o pracę wszystkich warszawskich samorządowych urzędników i to nowy prezydent zadecyduje, kogo przyjmie z powrotem, a kogo nie. Będzie miał taką pozycję wobec rady, wobec polityków, że nie będzie musiał płacić jakichkolwiek rachunków. Może wszystko obsadzić swoimi ludźmi i nie poczuwać się do jakichkolwiek zobowiązań. Z radą, nawet nie mając większości, da sobie radę bez problemów.
– Rzucając ochłapy pojedynczym działaczom…
– Tak to może wyglądać.
– A pan, gdy wygra wybory, zrobi czystkę?
– Jestem przeciwnikiem rewolucji w urzędzie. Jeżeli ludziom stworzy się odpowiednie warunki, to poza nielicznymi wyjątkami będą działać sprawnie. Wiem to z doświadczenia.

POLITYKA NIE MUSI BRUDZIĆ RĄK

– Czy jest pan człowiekiem polityki?
– Chyba tak. W 1997 roku wycofałem się z kandydowania do Sejmu, choć Unia Wolności dawała mi pierwsze miejsce na liście. To była decyzja polityczna. Wróciłem do pracy, zostałem ordynatorem małego oddziału szpitalnego. Ale później polityka znowu po mnie sięgnęła.
– Polityk czy społecznik – nad tym zastanawia się każdy, kto czyta pana życiorys. A jaka powinna być odpowiedź?
– Odpowiem anegdotą. Otóż w jednym z pism znalazła się informacja, że gdy porównuje się oświadczenia majątkowe kandydatów na prezydenta Warszawy, kapitałem Balickiego są szare komórki. Ale mówiąc poważnie, autentyczne zainteresowanie polityką ma zawsze podłoże społeczne. Mogę stwierdzić, że czasem udaje mi się coś rozkręcić. Wymyśliłem np. Kolegium Lekarzy Rodzinnych, które ma już dziesięć lat i doskonale organizuje lekarzy tej specjalności. Ale jest też oczywiste, że na takiej społecznej działalności nie zbijam kapitału politycznego.
– Polityka to dla pana droga do sukcesu społecznego. Tymczasem ludzie z obrzydzeniem reagują na słowo polityk. Starają się oddzielić czystą działalność społecznikowską od brudnej, ich zdaniem, działalności politycznej.
– Mam swoje drogowskazy. Na pewno nie jest nim oportunizm. Jestem zawsze wierny sobie i staram się dochowywać przyjętych zobowiązań.
– Jednak polityka brudzi.
– Nie musi. A poza tym wszystko może brudzić – wypisywanie mandatów, wydawanie zezwolenia na obrót alkoholem, każda decyzja. W ogóle nie sądzę, żeby politycy byli tak ubrudzeni, jak się mówi. Oceniam to na podstawie swojej dwukrotnej sejmowej kadencji. Można mieć czyste ręce.

NIE MAM ŻALU ZA LATA 80.

– Pana życiorys polityczny zaczął się, podobnie jak wielu milionów Polaków, w 1980 r., wraz z „Solidarnością”.
– W swoim szpitalu zakładałem „Solidarność”. Potem zostałem wybrany do władz regionu gdańskiego.
– Zaskoczył pana stan wojenny?
– Wiedziałem, że jest nieuchronny. Pamiętam, 12 grudnia około godziny 23 po rozmowie z Bogdanem Borusewiczem przyjechałem do domu. Wniosłem stos ulotek. A za godzinę przyszli po mnie milicjanci. Pierwsze internowanie nie było długie, zwolniono mnie przed sylwestrem.
– I?
– I nie miałem wątpliwości, że w takiej sytuacji nie można siedzieć z założonymi rękami. Działaliśmy, wydawaliśmy pisemko „Robotnik Lęborka”. Było to jedno z nielicznych pism robotniczych, które nie miało żadnych powiązań klerykalnych. To najlepszy dowód, że można było w „Solidarności” trzymać fason i robić swoje. Związki z Kościołem nie były konieczne.
– Internowanie wspomina pan jako krótki epizod, ale późniejsze więzienie było chyba trudniejszym przeżyciem.
– Drugie aresztowanie trwało dłużej, wypuszczono mnie dopiero po amnestii związanej z wizytą Papieża. Zanim to nastąpiło, czekałem na wyrok i nie wiedziałem, jaki będzie – trzy, pięć może siedem lat. Kiedy wyszedłem na wolność, był rok 1983. Dla lekarza dłuższa przerwa w pracy jest dramatem.
– Stara się pan podkreślić racjonalność swoich posunięć. Jednak podjęta wówczas decyzja walki z systemem chyba nie była wyważona. Przecież szanse na sukces były, z ówczesnego punktu widzenia żadne. Wszystko w pana życiorysie jest racjonalne, a to zupełnie nie.
– To było racjonalne z punktu widzenia etyki. Jestem idealistą, ale nie mam pretensji, że nie wszyscy tacy są. Większość zachowuje się konformistycznie, żeni się, pracuje, prowadzi normalne życie, tylko część ludzi idzie inną drogą, ryzykuje. Taki podział jest normalny.
– Jednak działanie z lat 80. wiązało się z ryzykiem.
– Jakie ryzyko? Nie dostałem talonu na samochód, posiedziałem trochę. I tyle.
– Dziś Polacy dzielą się na tych, którzy nad stanem wojennym przeszli do porządku dziennego i tych, którzy mają poczucie krzywdy.
– Ja nie mam. Wtedy każdy wiedział, jakie są reguły gry. Zresztą tamte czasy też nie są tak biało-czarne, jak się dziś wydaje. Kiedy byłem internowany, zastępca komendanta milicji w Lęborku przekazywał żonie informacje o mojej sytuacji. Uważam, że niewielu jest naprawdę złych ludzi, przeważają postawy konformistyczne. Więc tak łatwo ludzi nie potępiam.
– Lata 80. były czasem pęknięcia społecznego, dramatycznych podziałów. Na „Solidarność” i na PZPR. Nie chciał pan brać w tym udziału?
– Z jednej strony brałem, bo byłem w więzieniu, działałem, ale z drugiej, nie zwariowałem. Jestem przeciwnikiem personalizacji, odgrywania się na ludziach za system, który w Polsce obowiązywał. Są tacy, którzy zawinili wobec innych i ci nie powinni uciec od konsekwencji. Ale nie można odgrywać się na zwykłych ludziach.

CO MOGĘ FIRMOWAĆ, A CZEGO NIE

– W III RP miał pan już ugruntowaną pozycję jednego z liderów lewicy Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności. Tymczasem w roku 1997 nastąpiło pęknięcie. Odmówił pan kandydowania z listy UW. Dlaczego?
– Można było przewidzieć, jak będą wyglądały te cztery lata. Wyciągnąłem wnioski z doświadczeń, gdy byłem wiceministrem zdrowia w rządzie Hanny Suchockiej. Wtedy przegrałem w sporze z nurtem solidarnościowym. Postanowiłem, że nie będę firmować złej polityki. Jestem lekarzem, miałem gdzie wrócić. Od początku w Unii była niedobra tendencja ograniczania lewicowego skrzydła. W konsekwencji, gdy powstała UW, wprowadzono zakaz zakładania frakcji i starano się ograniczyć działalność takich ludzi, jak: Zofia Kuratowska, Władysław Frasyniuk, Andrzej Celiński, Katarzyna Piekarska.
– A nie lepiej było, wówczas, w roku 1997, jednak wejść do Sejmu, działać, a w razie sporu odejść z klubu?
– Polityk musi firmować pewne normy zachowań. Jeżeli został wybrany z jakiejś listy, powinien na niej dotrwać do końca kadencji. Nie można i popierać polityki swojej partii, i ją zwalczać. Bo problemem polskiej demokracji nie są spory ideowe, a walka wewnętrzna. Nie chciałem w niej uczestniczyć, a byłoby to nieuniknione, bo Unia Wolności stała się partią prawicową nie tylko w aspekcie gospodarczym, ale także światopoglądowym. Z tych także przyczyn nie reaktywowałem swojej przynależności do „Solidarności” po 1989 roku.
– Rezygnacja z kandydowania w roku 1997 nie wypchnęła pana ze świata polityki. Wkrótce po tym zobaczyliśmy pana w Pałacu Prezydenckim, w gronie doradców Aleksandra Kwaśniewskiego. Nawiasem mówiąc, ludzi z Unii Wolności jest w pałacu coraz więcej… A jak się tam panu pracowało?
– Było to dobre doświadczenie. M.in. byłem mediatorem między pielęgniarkami a resortem zdrowia w czasie ich protestu. Dziś rzeczywiście są osoby z Unii Wolności w pałacu, ale trudno powiedzieć, by całe środowisko unijne było pomostem wiodącym do lewicy.
– A skąd wzięła się decyzja związania się z Unią Pracy?
– Unia Pracy jest polityczną podróżą sentymentalną, powrotem do początku lat 90. I to nie tylko dla mnie. Jest tam wiele osób z dawnego ROAD. Ale ostatecznie zdecydowałem się na powrót do polityki, gdy powstała koalicja UP z SLD. To była gwarancja realnego działania. Nie ma partii doskonałych, ale ten układ jest dziś dla mnie optymalny.
– Nie jest pan człowiekiem „Solidarności”, UW też nie, ani UP, ani SLD. Kim więc pan jest?
– Człowiekiem koalicji SLD-UP. Ale do tej wyliczanki dodam, że nigdy nie odchodziłem w konflikcie. Teraz koledzy z UW mówią mi – w pierwszej turze nie możemy na ciebie głosować, ale w drugiej licz na nasze poparcie.
– Głównym Pana zapleczem w Warszawie są ludzie z PRL-owskim rodowodem. Mówi się, że część z nich może Pana nie poprzeć z powodu solidarnościowego rodowodu.
– Na żadnym ze spotkań nie było takiego zarzutu.
– Z naszej rozmowy wyłania się portret człowieka, który był przeciwko poprzedniemu systemowi, ale potrafił też precyzyjnie ocenić sytuację i odejść w odpowiednim momencie. Jednak Pana wybory polityczne nie zawsze są chłodną kalkulacją. W stanie wojennym wielu Pana kolegów zrezygnowało z oporu, uznało jego bezsens. Pan – nie. Dlaczego?
– Kiedy oceniam ostatnie 20 lat mojego życia, myślę, że w każdej chwili dobrze postąpiłem. W stanie wojennym należało kontynuować działalność, z kolei w 1997 roku nie należało startować do Sejmu z listy UW. I jeszcze jedna decyzja, którą uważam za słuszną – rok temu należało kandydować z listy SLD-UP do Senatu. Ale uważam też, że w ciągu tych 20 lat każdy wiedział, co robi i jakie mogą go za to spotkać konsekwencje. Więc dziwi mnie stanowisko niektórych działaczy dawnej „Solidarności”, że za odwagę coś się należy.

MÓJ DEKALOG

– Dziś wszystko się pomieszało – nie ma prawdziwej lewicy i prawdziwej prawicy. Jaki w tej sytuacji jest dekalog wartości Marka Balickiego?
– PPS w czasie drugiej wojny światowej miała na swoich sztandarach skrót W.R.N. Podpisuję się pod nim, a więc w moim dekalogu na pewno jest wolność, równość, niepodległość. Są też i inne hasła, choćby sprawiedliwość społeczna. Właściwie sprawiedliwość uznano za epitet, podobnie jak słowo planowanie. Dziś brzmi to jak grzech. A szkoda, bo Warszawa rozwija się dziś bez jakiegokolwiek planu. W moim dekalogu jest również państwo neutralne światopoglądowo. Uważam, że Kościół nie powinien wkraczać w sferę publiczną. Podobnie jak na Zachodzie.
Wracając do obśmianej sprawiedliwości społecznej, sądzę, że dziś nierówność przekroczyła wszelkie granice.
– A czy zgadza się pan z refleksją Jacka Kuronia, który dziś wyrzuca sobie, że podżyrował plan Balcerowicza?
– Plan Balcerowicza nie był tylko decyzją nurtu solidarnościowego. Przecież akceptował go Sejm kontraktowy, a więc reprezentujący także inne siły. W rezultacie kapitalizm wprowadzany w Polsce okazał się zbyt wilczy, a nie musiał taki być. Konsekwencje niektórych decyzji z tamtych lat są dramatyczne i konieczna jest ich naprawa. Przykładem jest sytuacja byłych pracowników PGR. Tych ludzi na wiele pokoleń skazano na dramatyczną sytuację.
– Wolność, równość, niepodległość – pod tymi hasłami podpisze się większość warszawiaków, ale jednocześnie w Warszawie nie ma zbyt dobrej pogody dla lewicy.
– Warszawa staje się coraz bardziej lewicowa, tylko że część osób ulega także populistycznym hasłom, nie mającym nic wspólnego z lewicą. Tak wygląda polityczne życie… Ale weźmy na przykład prawicową partię PiS. Ona w ogóle nie ma programu politycznego, a jeżeli już, to sprowadza się on do kolejnej propozycji zmian kodeksu karnego.

ANI TECHNOKRATA, ANI LIDER PARTII

– Na pewno warszawiacy zastanawiają się, jaki powinien być optymalny prezydent ich miasta. Pan też o tym myślał?
– Technokrata to za mało, a lider partii politycznej to za dużo. Nie powinien to być lider partii politycznej, bo wiadomo, czym to się skończy, ale zarazem powinien to być ktoś o zdecydowanych poglądach. Osobiście od każdego oczekuję konsekwencji w działaniu, odwagi w głoszeniu swoich poglądów. A tego wielu ludziom lewicy, jak zauważam, brakuje. Ważne jest, gdy kandydat broni najbliższych mu wartości. To budzi szacunek. W moim przypadku przykładem jest placówka, której byłem dyrektorem, Szpital Bielański. Uważam, że szpital jest dla wszystkich pacjentów, więc nie może preferować jednej religii. I dlatego nie należy celebrować święcenia nowo otwieranych oddziałów. Więc nie robiliśmy tego. Obrony wartości oczekuję także od prezydenta miasta. Gdybym nim został, przyrzekam, że sam zorganizuję manifestację, gdy trzeba będzie bronić jakichś wartości. Cóż, jestem umiarkowany w wyrażaniu opinii, ale mam zdecydowane poglądy.
– Czy takim miastem jak Warszawa można sprawnie i skutecznie rządzić?
– Warszawa traktowana była do tej pory instrumentalnie. Wykorzystywanie stanowisk samorządowych dla politycznych celów burzyło szanse stworzenia jakiegokolwiek stabilnego układu. Dziś jest szansa, by to zmienić, bo bezpośredni wybór prezydenta powoduje, że może być on spoza układów. Wykorzystajmy to dla naprawy miasta! Dziś, mając realną władzę, prezydent Warszawy dużo może zrobić.
– Byle mądrze!
– Proszę pamiętać, że jeszcze przez trzy lata na pewno będzie większość parlamentarna SLD-UP. To jest gwarancja stabilności mojej prezydentury.
– A pańskich kontrkandydatów? Czy fotel prezydenta Warszawy to zwieńczenie kariery, czy też etap w karierze?
– Nowy prezydent Warszawy nie może oszukać swoich wyborców. Ja na pewno nie będę w trakcie kadencji kandydował na inne stanowisko. Do podpisania takiego zobowiązania poproszę także dwóch swoich głównych kontrkandydatów. Brak akceptacji tej zasady może oznaczać, że za dwa lata Warszawa zostanie wciągnięta w awanturę polityczną. Wyobraźmy sobiem co się może zdarzyć. Walka o prezydenturę po odejściu Aleksandra Kwaśniewskiego będzie twarda. Polska będzie świeżo po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Warszawa mogłaby wtedy wygrywać swoją rolę, rozwijać się, ściągać inwestorów, kapitał. To wszystko ulegnie zachwianiu, gdyby jej prezydent rzucił się w wir kampanii, gdyby zaczął „grać” swoim miastem. A Warszawa nie powinna być szarpana walkami politycznymi.

JAKA WARSZAWA?

– Jaki będzie przyszłoroczny budżet Warszawy?
– Przychody – 5 mld 300 mln złotych, wydatki 6 mld 300 mln zł. Brakujący miliard będzie pochodził z kredytów i zeszłorocznych nadwyżek. Nie jest to budżet rozwoju. Główna część dochodów pochodzi z podatków. Warszawa może także wypuścić obligacje. Poza tym ma krótki okres na uzyskanie funduszy europejskich m.in. żeby sfinansować ochronę środowiska i komunikację.
– Co zrobić, żeby warszawiacy uwierzyli w możliwość zmian?
– Ostatnie lata w Warszawie na pewno nie były stagnacją. W mieście nie ma takiego zastoju jak ten, który zastałem w Szpitalu Bielańskim. Ale warszawiacy mają uczucie wielkiego nieuporządkowania. Jest też wielka potrzeba poprawy funkcjonowania administracji i usług społecznych. Miasto to coś więcej niż mosty, na których budowę stawiają inni kandydaci. Należy Warszawie przywrócić dumę. Jeśli zostanę prezydentem, wprowadzę program „Ratusz po nowemu”. Bo Warszawa to jedyne miasto, w którym prezydent jeździ samochodem do skarbnika. Siedzibę władz miasta trzeba ulokować w centrum, tam, gdzie wszyscy warszawiacy będą mieli w miarę blisko. Chcę, by był to Pałac Kultury.
– Sprawdził pan, czy warszawiacy lubią Pałac Kultury?
– Akceptuje go 80%, ale kampania wyborcza nie może polegać tylko na tym, żeby mówić ludziom to, co chcą usłyszeć. Administracja miasta jest rozrzucona po całym mieście, trzeba to zmienić, chyba że chcemy, żeby była nieudolna.
– Warszawa jest miastem zaskakujących budów. Najlepszym przykładem jest monstrum stawiane na placu Piłsudskiego.
– Żaden kraj nie ma takiego Dzikiego Zachodu, jaki ma Warszawa, dotyczy to dziedziny inwestycji. Nigdzie w Europie nie jest tak łatwo jak w Warszawie, nigdzie nie można tak bezkarnie inwestować. To trzeba zmienić. Będę też dążył do tego, żeby Warszawa wraz z Łodzią stworzyły metropolię. Nasze miasta coraz silniej powiązane są z metropoliami spoza granic kraju – Poznań i Wrocław z Berlinem, Kraków spogląda w stronę Pragi i Wiednia. W Polsce musi więc powstać silny, samodzielny ośrodek, który nie będzie mocno powiązany z zagranicą.
– Czy katalog problemów, które za najważniejsze uważa Marek Balicki, pokrywa się z tymi, jakie wybraliby warszawiacy?
– Sądzę, że tak. Komunikacja publiczna i przejezdne ulice są problemami numer jeden. Problem bezpieczeństwa jest bardziej skomplikowany. Trzeba je wzmocnić, ale pamiętajmy, że Warszawa jest na szóstym, siódmym miejscu, jeżeli chodzi o liczbę popełnianych przestępstw. Trzeci problem to usługi społeczne. Samorząd odpowiada za służbę zdrowia, za pomoc społeczną, za oświatę i wyrównanie szans, bo sytuacja w dzielnicach jest nierówna. Co jeszcze? Społeczeństwo się starzeje. Więc miasto musi mieć dla tych ludzi ofertę.

CZARNY KOŃ

– Można pana uznać za niezaradnego, swoje dobra może pan wypisać na małej kartce papieru. Mieszka pan w przyszpitalnym budynku, podczas gdy pańscy kontrkandydaci mają domy, po kilka mieszkań, duże oszczędności…
– Nie da się w życiu robić dwóch rzeczy dobrze. Andrzej Olechowski powiedział, że nie pracuje społecznie. Ja odwrotnie, bardzo często.
– Czy uważa się pan za czarnego konia kampanii?
– Odpowiem historyjką. Kilka tygodni temu byłem na wyścigach. Odbyła się gonitwa o puchar marszałka Borowskiego. Wygrał koń, który prawie do końca był na trzecim miejscu. Podobno to nie miało prawa się zdarzyć. A jednak się zdarzyło. Co do samych wyborów w Warszawie jestem przekonany, że nikt nie wygra w pierwszej turze.
– W Krakowie na prof. Majchrowskiego, kandydata lewicy, będzie głosować część prawicy. Widzi pan możliwość takiego aliansu w Warszawie, w drugiej rundzie?
– O drugą rundę jestem spokojny. Jeżeli wejdę do drugiej rundy, wygram z każdym. Także z Olechowskim. Poza tym im bliżej będzie wyborów, tym dystans między konkurentami będzie się zmniejszał. Przewaga dwóch liderów jest coraz mniejsza.
– Kiedy pan ich wyprzedzi?
– 27 października.


W wyborach do Senatu w roku 2001 Marek Balicki otrzymał 246 tys. głosów. Był to czwarty wynik w kraju. Członek senackiego klubu SLD-UP i Klubu Parlamentarnego Unii Pracy. Przewodniczący Komisji Polityki Społecznej i Zdrowia. W Senacie m.in. pracował nad ustawą o nowym ustroju Warszawy. Warszawiacy zawdzięczają mu dodatkowe 100 mln zł na metro, taką zgłosił poprawkę do tegorocznej ustawy budżetowej.
Urodził się w 1953 r. Ukończył Akademię Medyczną w Gdańsku. Lekarz specjalista w dziedzinie psychiatrii i anestezjologii.
Praca zawodowa:
1978-1984 – lekarz w szpitalu miejskim w Lęborku,
1984-1987 – ordynator oddziału szpitala psychiatrycznego we Fromborku,
1987-1992 – ordynator, później dyrektor szpitala psychiatrycznego w podwarszawskiej Drewnicy.
Od 1999 r. jest dyrektorem warszawskiego Szpitala Bielańskiego. Od 2001 przebya na urlopie bezpłatnym.
W latach 80. działacz „Solidarności”, członek Zarządu Regionu Gdańskiego, delegat na I Zjazd NSZZ „S”. Internowany w stanie wojennym. Działalność kontynuował w opozycyjnych strukturach podziemnych. W 1983 r. ponownie więziony. Po 1989 r. włączył się w budowę samorządu terytorialnego. W 1990 r. został radnym w Ząbkach, gdzie mieszka.
Jeden z założycieli ROAD (Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna), w Unii Demokratycznej działał we Frakcji Społeczno-Liberalnej Zofii Kuratowskiej. W 1998 r. wycofał się z UW.
Poseł na Sejm I i II kadencji, wybrany w województwie warszawskim. Wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia, zdecydowany przeciwnik zakazu przerywania ciąży, gdy kobieta znajduje się w trudnej sytuacji życiowej.
W latach 1992-1993 zastępca ministra zdrowia.
Jesienią 1997 r., gdy zrezygnował z ubiegania się o mandat poselski z listy UW, wrócił na stanowisko ordynatora oddziału szpitala w Drewnicy. W 1998 r. został doradcą prezydenta Kwaśniewskiego.
Słucha muzyki klasycznej i jazzowej. Ma patent sternika jachtowego.
Żona, Bożena, jest farmaceutką i pracuje w laboratorium szpitalnym. Syn, Andrzej i córka, Ewa, są studentami Uniwersytetu Warszawskiego.


Siedem zobowiązań Marka Balickiego

  1. Przyśpieszenie budowy metra.
    2. Łatwiejszy przejazd przez miasto.
    3. Bezpieczne miasto.
    4. Dostęp do lekarzy specjalistów.
    5. Praca dla absolwentów z Warszawy.
    6. Otwartość i przejrzystość działania.
    7. Lepsza współpraca z rządem.

 

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy