Muszę krzyczeć

Muszę krzyczeć

Prof. Karol Modzelewski o strajku w Stoczni Gdynia

– Gdy słuchałem relacji ze strajku w Stoczni Gdynia, odczuwałem fizyczną obcość między załogą a zarządem. Zachowanie prezesa, który traktował strajkujących jak przedmioty albo jak wrogów, było… Jak pan ocenia ten brak solidaryzmu wobec ludzi?
– Brak solidaryzmu wobec ludzi nie jest sprawą menedżerów, tylko ciężką chorobą moralną, która toczy polskie społeczeństwo. To choroba zrodzona przez transformację. Jest obecna nie tylko wśród menedżerów, gdzie w końcu najłatwiej ją wytłumaczyć prostym powiedzeniem, że punkt siedzenia – jeszcze okraszony dużym szmalem – wyznacza ich punkt widzenia. To jest groźne dla współżycia społecznego. Proszę spojrzeć na gdyński strajk. Wśród tamtejszych postulatów jest taki, który brzmi szalenie naiwnie – żeby godnie traktować pracowników. Taki postulat w formie spełnionej figurował w regulaminie więziennym, kiedy ja siedziałem. Był tam nakaz, że funkcjonariuszom nie wolno deptać godności skazanych. Nie zawsze ten nakaz był przestrzegany, ale był. Fakt, że taki niewymierny postulat pojawia się wśród żądań strajkowych, mówi sam za siebie. A to, że pan prezes Szlanta nie wahał się urządzić polowania na ludzi wychodzących ze stoczni i że nikt nie uważa tego skandal – gdzie pan usłyszał czy przeczytał, że to skandal? – otóż w ten sposób pan prezes Szlanta autorytatywnie potwierdził słuszność żądania stoczniowców, żeby ich traktować jak ludzi, a nie jak zwierzęta. Ja nie wchodzę w szczegółowe postulaty. Praca w stoczni to praca na dworze, to ciężka robota fizyczna. Więc jak można ocenić zakaz sprzedawania stoczniowcom ciepłych posiłków?
– Strajk w stoczni jest dziki, nie wykorzystano wszystkich kroków prawnych.
– Ten strajk jest dziki dlatego, że istniejąca ustawa o związkach zawodowych jest niewiele przerobioną ustawą ze stanu wojennego… W Polsce związki zawodowe urzędniczeją. Zdumiewające, że czołowy działacz związku zawodowego jest jednocześnie reprezentantem pracodawców Stoczni Gdynia. I że nikt również na to nie zwraca uwagi… Ale najważniejsze jest to, że wszystkie związki zawodowe – poza tym nowopowstałym „Stoczniowcem” – wypowiadają się ze z trudem skrywaną agresją wobec organizatorów strajku.
– Dlaczego?
– Między związkami zawodowymi a nastrojami załogi powstała luka. I w nią wszedł ten trzeci związek. Kto za tę rozgrywkę między związkami, między politykami, bo przecież oni też mogą być w tle, kto za to płaci? Co pada jej ofiarą? Na czym polega działanie zarządu stoczni, masowe nocne zwolnienia? Już pomijam, że retoryka, za pomocą której się to uzasadnia, bliźniaczo przypomina retorykę stosowaną w podobnych sytuacjach w czasach PRL-u. Że moralny archetyp sytuacji jest ten sam. Otóż działania zarządu stoczni – niekontrowane przez dwa główne związki zawodowe działające w stoczni – polegają na tym, żeby złamać rodzące się wśród stoczniowców poczucie solidarności międzyludzkiej. To wartość moralna, przeciwko której wszyscy się sprzysięgli. Chcą ją zniszczyć strachem i represją. W Polsce jest mnóstwo ludzi – z przykrością to mówię – którzy mają biografie mniej lub bardziej podobne do mojej. I oni nie czują, że im się pluje w twarz, w ich życiorys? Bo tu w grę wchodzą te elementarne wartości, które nas kiedyś pchały do nadstawiania karku. Ci stoczniowcy, którzy stanęli do strajku, żeby przywrócić kolegów do pracy, pokazali elementarny odruch międzyludzkiej solidarności. A cóż to jest solidarność międzyludzka? To jest dowód, przejaw tego, że więzi społeczne jeszcze żyją, że nie wszystko w Polsce jest moralnym trupem. To przeciwko temu uruchomiono tę ofensywę. Nie tylko zarządu stoczni, ale całej armii frazesów.
– Pan mówi o elementarnych wartościach. Ale przecież widać, że wokół strajku już zaczyna się polityczna gra.
– Związki zawodowe, ich zarządy prowadzą swoje gry. Podobnie politycy. Ale te gry interesów nie powinny przesłaniać ani ludzkiej, ani etycznej sytuacji. Bo tutaj chodzi o przetrwanie w Polsce pewnych elementarnych wartości więzi społecznych. Ten gen przetrwania, żeby społeczność się nie rozpadła, dzisiaj reprezentują strajkujący stoczniowcy. Może oni przegrają, tylko będzie to wówczas naszą wspólną stratą. Stroną w tym sporze jest przyzwoitość. Ona znajduje się po jednej stronie, nie jest podzielona. Podzielone być mogą racje społeczne, ekonomiczne. I obowiązkiem przyzwoitego człowieka jest stanąć obok tych, którzy ratują pierwociny więzi społecznych.
– Te więzi się rwą, bo rwie się społeczeństwo. I mamy, z jednej strony, rosnącą rzeszę bezrobotnych, a z drugiej – rozwydrzenie finansowe wielu menedżerów i brak poczucia przyzwoitości. Dlaczego?
– Etyka biznesu u nas nie istnieje. Od początku transformacji głosi się zasadę, że biznesowi wolno wszystko. To dotyczyło również tolerancyjnego stosunku do przekrętów. Mam takie wrażenie, że to się musiało zemścić i że mamy biznes bez etyki. To jest groźne. Ale nie tylko biznes jest w Polsce bez etyki. Mamy kryzys wartości, co nie jest takie zdumiewające w warunkach pełnej zmiany systemu. Najczęściej wypowiadam się, kiedy kieruje mną odruch estetyczny – mianowicie odruch wymiotny. Gdy widzę, co się wyprawia z tymi ludźmi… Teraz trudno się dziwić, że dają posłuch populistom mówiącym: „Ludzie, was po prostu wykorzystano. Daliście się podejść jak frajerzy. Weszliście w tę „Solidarność”, jej elity wybiły się na waszych plecach, jesteście frajerami, więc jedzcie teraz to, coście sobie przyrządzili”. Ja się tak czuję, że razem z tymi ludźmi jestem frajerem. I proszę mi się nie dziwić, frajer nie może być zadowolony z tego, co się stało w Rzeczypospolitej cwaniaków. Jak może żyć frajer w Rzeczypospolitej cwaniaków? Musi krzyczeć.

 

 

Wydanie: 8/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy