My z Harvardu

Jest ich w Polsce około stu. Ukończyli uczelnię, która zrobiła im w świecie nazwisko

Do gabinetów, w których pracują, wchodzimy pod czujnym okiem recepcjonisty i kamery elektronicznej. Nie skręcimy pomyłkowo w niewłaściwe drzwi, bo obok nas stoi uprzejmy, ale zdecydowany przewodnik. Wszystko potoczy się zgodnie z ustaleniami. Powinniśmy wiedzieć, że nasi rozmówcy znaleźli dla nas czas między jednym a drugim odlotem do którejś z metropolii świata. Nie ma więc mowy o spóźnieniu się na spotkanie – oni by sobie na to nigdy nie pozwolili. Nasza wiedza o nich jest nader skromna. Wiemy, że droga do zajmowanego dziś gabinetu wiodła przez Harvard.
Ale najpierw musiało zdarzyć się coś, co pchnęło ich na ten szlak.

Po maturze, tuż po studiach

Paweł Dobrowolski był w IV klasie liceum – to rok 1989 – gdy usłyszał na mieście o spotkaniu w regionie „Solidarności” ze słynnym wówczas guru amerykańskich ekonomistów, prof. Harvardu Jeffreyem Sachsem. Jak zwykle spóźniony, zajął miejsce w pierwszym rzędzie, zarezerwowanym dla oficjeli. Po wykładzie, gdy jeszcze trwała nabożna cisza, maturzysta Dobrowolski pierwszy wyskoczył z pytaniem: – Bardzo pięknie, ale ile pan zarabia na tym doradzaniu Polsce i kto za to płaci?
Większość na sali nie rozumiała po angielsku, skandal wybuchł, gdy tłumacz powtórzył pytanie. Dobrowolski uparcie tkwił tam do końca i… doczekał się nagrody. Po wykładzie podszedł do niego asystent Sachsa i zapytał, czy chciałby pracować z profesorem. Dobrowolski, wówczas zaprogramowany na luzaka, odparł, że czemu nie – matura za pasem, a to wydaje mu się ciekawszym zajęciem.
– Zbierałem – wspomina dziś Paweł Dobrowolski – dane statystyczne. W 1989 r. większość z nich była tajemnicą. Wchodziłem mocnym krokiem do różnych urzędów i zadawałem pytania, które interesowały ekipę profesora. Któregoś dnia doszedłem do wniosku, że prywatny sektor w ogóle nie jest objęty statystyką. W tej sprawie Sachs wziął mnie jako eksperta w polemice z prezesem GUS.
Przez maturę jakoś się prześlizgnął. Żeby nie iść do wojska, zapisał się na anglistykę. Egzaminu nie musiał zdawać, był z tego przedmiotu olimpijczykiem.
Na uniwersytecie student Dobrowolski pojawia się zaledwie kilka razy, bo od rana do późnego wieczora pracuje na rzecz restrukturyzacji gospodarki. – Gdy o godz. 15 w ministerstwach i innych urzędach centralnych rzeka ludzi płynęła do wyjścia, wchodziliśmy my, ekipa profesora.
Grozi mu wojsko. – Trzeba było się ewakuować. Wziąłem z ambasady amerykańskiej listę 30 uczelni USA, chciałem złożyć aplikacje, ale czas uciekał, a ja nic nie zrobiłem. Trzy dni po terminie, o drugiej nad ranem, faksem z sekretariatu min. Kawalca wysłałem podanie do Harvardu. Referencje wypisali mi Sachs i Lesław Paga, przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych. Ojciec, gdy odebrał z poczty powiadomienie, że mnie przyjęli, powiedział: „Masz więcej szczęścia niż rozumu”.
Norberta Górskiego, wówczas świeżo upieczonego absolwenta Akademii Medycznej, na Harvard zaprowadziły żagle. Był rok 1991. Z pieniędzmi zarobionymi na wakacjach w Szwecji wyruszył z Warszawy na światowy zlot żaglowców. Przez sześć miesięcy płynęli śladami Kolumba z Genui do Bostonu. – Miałem dwa pomysły na spędzenie tam jakiegoś czasu – opowiada. – Albo kupić motor i objechać Stany, pracując, gdzie skończą się pieniądze, albo zrobić coś w kierunku swej medycznej kariery.
Zwyciężył wariant drugi. Tak jak zszedł z łodzi – z wypłowiałymi od słońca włosami związanymi w kucyk, w czerwonej bandanie na szyi – stanął w progu najbardziej prestiżowej uczelni w Ameryce. Zaskoczony, że nie rozumieją, co mówi, wszak uczył się angielskiego. Człowiek, do którego go zaprowadzono, był jednym z ważniejszych na tej uczelni. – Gdy teraz myślę o tej sytuacji – wspomina Górski – wydaje mi się abstrakcyjna. Ale Michaelowi Laposatcie, szefowi departamentu patologii klinicznej w głównym szpitalu akademickim Harvardu, takie podejście się spodobało. Gdy już się zaprzyjaźniliśmy, powiedział mi, że lubi dawać szansę tym, którzy troszczą się o swoje istnienie.
Dariusz Mioduski wysłał swoją aplikację na Uniwersytet Harvarda z Houston, gdzie od pięciu lat mieszkał z rodzicami. Od czasu wyjazdu z Polski w roku 1981 zmienił się. Z chłopaka, który lubił poimprezować (co nie przeszkadzało mu w nauce), wyrósł młody mężczyzna twardo walczący o swoje miejsce w Ameryce. Właśnie kończy studia na miejscowym, raczej elitarnym Uniwersytecie św. Tomasza. Równocześnie od kilku lat wieczorami i w weekendy dorabia różnymi fuchami. Ma też stypendium, w którego zdobyciu trochę mu pomaga ówczesna sława Polski. W Ameryce renomowane uczelnie są nastawione na dywersyfikację studentów. Programowo przyjmuje się osoby z różnych kultur.
– Byłem nastawiony na sukces – wspomina Mioduski. – Już na pierwszym roku studiów powiedziałem zaufanej koleżance, że po dyplomie pójdę na Harvard. U św. Tomasza wreszcie się odnalazłem. Przełamałem strach outsidera i nawet skutecznie wystartowałem do szkolnego senatu. Na trzecim roku byłem już prezesem samorządu studenckiego, założyłem klub partii republikańskiej.
To wszystko potem miało znaczenie, gdy złożył aplikację na Uniwersytet Harvarda. Wniosek, a raczej esej, zaczął od zdania: „Pięć lat temu przyjechałem do Ameryki, nie mówiąc po angielsku. Przez te lata zdołałem…” i tu był opis tego, czego dokonał.
Chciał studiować prawo. W Ameryce trzeba najpierw skończyć jakieś studia wyższe i dopiero po nich następują trzy lata intensywnej nauki wybranego kierunku.

Zapracować na Harvard

Na decyzję Jarosława Pączka wpłynął Pakistańczyk Karim Khoja. Ale wcześniej, na początku lat 90., Jarosław przeprowadził się z Cieszyna do Warszawy. – Przeczytałem ogłoszenie amerykańskiej firmy Arthur Andersen, że robią nabór wśród prawników. Dostałem się. Byłem wtedy po UJ, na pierwszym roku aplikacji adwokackiej w Bielsku. Angielski znałem jako szkolny olimpijczyk.
Z tamtego czasu pozostało mu wrażenie permanentnego zagonienia. Dwa razy w tygodniu wsiadał do ekspresu Beskidy, bo dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej, w której robił aplikację, zgodził się na Warszawę, pod warunkiem że Pączek będzie na rozprawach w Bielsku. Więc w piątek, gdy kończył pracę w kancelarii, biegł na pociąg. W sobotę miał zajęcia asystenckie na uczelni w Katowicach, w niedzielę w nocy wsiadał do pociągu w Cieszynie i nad ranem był w Warszawie. Musiał być dobrym prawnikiem, skoro Naczelna Rada Adwokacka wysyłała go na staże do Ameryki i Francji.
Khoję spotkał w Erze, gdy ten był doradcą dyrektora generalnego Telekomunikacji. – Typowy kosmopolita – mówi dziś o nim Pączek. – Długo mieszkał w Londynie, potem przeprowadził się do Kanady. Na Harvard pojechał jako członek Zarządu Ery. Powiedział mi, co mam zrobić, żeby pójść w jego ślady.
Na wiadomość o zakwalifikowaniu do harwardzkiej Bussiness School mec. Pączek podskoczył pod sufit.
Bardzo okrężną drogą dostał się na ten uniwersytet Robert Koński. Najpierw musiał w 1990 r. wrócić do Polski z Ameryki, gdzie mieszkał od 15. roku życia. – Przyjechałem tutaj – opowiada – aby podszlifować swój życiorys może nawet z myślą o Harvardzie. Tę właśnie uczelnię podpowiedziała mu koleżanka w Bostonie („Trzeba startować do najlepszych i mieć wersję awaryjną”). Pobyt w Warszawie, zaplanowany na rok, przedłużył się do sześciu lat.
Z Ameryki 25-letni Koński przywiózł świadectwa ukończenia szkoły średniej i dyplom prestiżowej uczelni Tufts pod Bostonem. Nie był chowany pod kloszem. Zwyczajem amerykańskich dzieci pracował jako goniec już w wieku 16 lat. Po studiach zatrudnił się w kancelarii prawniczej w Bostonie. Uważał się za zamerykanizowanego Polaka. O takich mówiło się wówczas w Polsce ekspat – ekspatriota.
– W Ameryce – tłumaczy swój kolejny krok do kariery – nabywa się skłonności do prostego rozwiązywania trudnych problemów. Stamtąd zwyczajnie napisałem do nieznanego mi Balcerowicza, że w Stanach nasiąknąłem wolnym rynkiem i chcę mu pomóc w każdy możliwy sposób.
Z góry zakładał polowe warunki w reformowanej Polsce. Np. szafa dokumentów do tłumaczenia w pokoiku bez okna, a on zamknięty tam na całe dnie. Spotkało go miłe zaskoczenie. – Dostałem niesamowitą ofertę – jeszcze dziś cieszy się na wspomnienie tamtego pionierskiego okresu – w resortowym zespole finansów. Trafiłem pod skrzydła Stefana Kawalca, doradcy Balcerowicza. Pracowałem z nim przez trzy lata, a później znalazłem się w grupie negocjującej redukcję zadłużenia wobec Klubu Londyńskiego.
Od złożenia aplikacji na najlepszy uniwersytet w Ameryce dzieliło go jeszcze półtora roku pracy przy tworzeniu w Warszawie austriackiego banku inwestycyjnego.
Najstarszy z nich, Karol Szyndzielorz, przebijał się na Harvard przez żelazną kurtynę. Już jako student dziennikarstwa marzył o rozejrzeniu się po świecie. Chyba za głośno o tym mówił. Gdy z całkiem innych powodów – właśnie zlikwidowano „Po prostu” – oddał legitymację kandydacką PZPR, na wydziale padł zarzut: Szyndzielorz występuje z partii, bo chce wyjechać na Zachód. Skończyło się na marzeniach.
W 1957 r. już jako dziennikarz „Życia Warszawy” starał się o wyjazd na studia do Berlina Zachodniego. Sprawa dotarła do ministra Henryka Jabłońskiego; odpowiedział, że Polska nie utrzymuje stosunków politycznych ani z Berlinem, ani z RFN. I wtedy Szyndzielorzowi pomógł przypadek.
Z „National Geographic” przyjechała para dziennikarzy, aby napisać pierwszy w tym piśmie artykuł o Polsce. Karol Szyndzielorz był ich przewodnikiem i tłumaczem (na niemiecki). Honorarium goście wpłacili mu na konto za granicą. Przekonali go, że jeśli chciałby zrobić z tych pieniędzy użytek, musi dobrze poznać angielski. Zapisał się na siódmy semestr do szkoły metodystów.
Rok później Fundacja Forda, jako jedna z pierwszych na Zachodzie, podjęła starania, by umożliwić chętnym z Europy Wschodniej wyjazd na studia do Stanów. Szyndzielorz nie byłby sobą, gdy zaprzepaścił taką okazję. – Reprezentant fundacji egzaminował mnie w hotelu Bristol, gdzie się zatrzymał – wspomina. – Po godzinnej rozmowie powiedział OK.
Ta wyprawa to temat na osobną opowieść. Szyndzielorz pokazał swoją naturę – żarłoczność na wiedzę i niestrudzoną ciekawość świata. Wśród amerykańskich dziennikarzy powstała legenda o Polaku z paszportem zza żelaznej kurtyny, który pojawia się wszędzie, gdzie cokolwiek się dzieje.
Do działu zagranicznego „Życia Warszawy” wrócił z walizką materiałów, notatek. Miał już nazwisko warte wykorzystania nie tylko w prasie, również w telewizji.
20 lat później do Stowarzyszenia Dziennikarzy przyszło zaproszenie z Harvardu. Uniwersytet proponował jedno miejsce na którymś ze swych kierunków dla dziennikarza zaawansowanego zawodowo, rokującego nadzieję, że przejdzie przez międzynarodowe sito. Pierwsze podejście znanego publicysty K.W. skończyło się fiaskiem. Wtedy wystartował Szyndzielorz, laureat wielu dziennikarskich nagród, telewizyjnego Złotego Ekranu. Z rekomendacjami Mieczysława Rakowskiego i Zygmunta Broniarka. Odpowiedź przyszła po dwóch miesiącach – kandydat ma prawo, jako pierwszy Polak, do rocznego stypendium Niemana. Bez żadnych nakazów, jaką wybrać specjalność. – Gdybym chciał zostać mistrzem tkania dywanów przez pewne plemię afrykańskie – śmieje się pan Karol – dostałbym odpowiedniego nauczyciela. Katalog kursów na Harvardzie miał 500 stron. Wybrałem politykę zagraniczną i energetyczną w czasach odprężenia, ale żeby to wzbogacić, dorzuciłem strategiczną i taktyczną broń jądrową.
Jako człowiek zza żelaznej kurtyny tak sformułowanymi zainteresowaniami wprawił wykładowców w pewien kłopot. Gdy np. występował doradca ministra obrony USA, to mówiąc o krajach reżimowych, ze względu na studenta z Polski nie używał słowa wróg, tylko „ten drugi”. Szyndzielorz nie ograniczał się do słuchania i zadawania pytań. Na zlecenie Rady Stosunków Międzynarodowych w Nowym Jorku z wykładami o Europie i Polsce objechał kilka stanów.

61 sekund z minuty

Różne były ich drogi na Harvard, różne okresy studiowania, ale w jednym jakby się umówili. Skoro już tam się dostali, chcieli maksymalnie wykorzystać ten czas.
– Spóźniłem się pół godziny na spotkanie wprowadzające – opowiada Jarosław Pączek – i potem ciągle brakowało mi tych 30 minut. Tam wszystko było podporządkowane maksymalnej mobilizacji umysłu.
Z trudem ukrył zaskoczenie pierwszego dnia, gdy prowadzony przez hotelową służbę w liberii znalazł się w pokoiku tak małym, że ledwo mógł się w nim obrócić. Sześć takich dziupli łączył ogromny living room. Później zrozumiał, że chodzi o to, aby nikt ze studentów nie siedział w pokoju. Mają wspólnie przygotowywać się do zajęć. Na Harvardzie bardzo poważnie traktuje się pracę domową. – Dwa miesiące przed wyjazdem do Ameryki – podaje mi przykład – dostałem materiały do dyskusji. Przekartkowałem je w samolocie. Jestem już na powitalnym koktajlu i podchodzi do mnie profesor z pytaniem: gdybyś był na miejscu szefa korporacji (tu wymienia jakąś nazwę), sprzedałbyś tę fabrykę? Nie miałem pojęcia, a okazało się, że to był przykład, case, z tych materiałów. Jeden ze 150! Profesor powiedział, że będziemy na ten temat jeszcze rozmawiać. Co ja wtedy przeżyłem! Strach, że będę relegowany. Wstyd. Przez kilka nocy nie spałem, potem dzień zaczynałem o czwartej rano. Płakać mi się chciało. A na tych spotkaniach ocenę wystawiają koledzy; aktywność w dyskusjach oznacza, czy się nadajesz, czy nie. Tam nie ma czasu na naukę formułek, to jest studiowanie konkretnych sytuacji w ekonomii. Ci profesorowie do dziś są naszymi referencjami. Oni zresztą ze sobą współzawodniczą. Gdy kończyliśmy zajęcia, mierzyli natężenie naszych oklasków.
Czuli się odpowiedzialni za dalszą karierę swych uczniów. Wiedzieli, że jeśli uda im się dojść do dyplomu, zmienią swoje życie. Prof. Kotler, gdy tłumaczył, na czym polega osobowość dobrego menedżera, wykład skończył uwagą: – Pomyślcie, co byście zrobili w życiu, gdybyście się nie bali. I wyszedł, nie żegnając się.
Idol Pączka, prof. Peiper, radził: – Po powrocie wszyscy będą was ustawiać w szeregu, bić po łapach, żebyście się nie wychylali. Nie dajcie się, idźcie dalej.
Życie było podporządkowane samodyscyplinie: rano wszyscy, łącznie z 70-letnimi profesorami, stawiali się na sali gimnastycznej. Leciwy prof. Peiper, który był z pochodzenia Polakiem – jego ojciec brał udział w rozszyfrowaniu Enigmy – o piątej jeździł na rowerku, o siódmej był już na sali, przygotowywał się do zajęć. Na sali wykładowej biegał od studenta do studenta.
– Jak w jakimś zakonie – wspomina Pączek – do piątej nauka, potem kolacja, trochę fizycznego wysiłku i o ósmej wszyscy obowiązkowo spotykają się w living roomach. Do północy odrabia się lekcje na następny dzień. Towarzystwo jest międzynarodowe. Ja miałem w grupie m.in. koleżankę z Singapuru, Japończyka, Australijczyka i Izraelczyka. Wszyscy strasznie napaleni na wiedzę. Całe szczęście, że był tam też jeden sunny boy z Los Angeles, potomek czwartego pokolenia dystrybutorów alkoholu w Kalifornii.
Norbert Górski był w Harvard Medical School dwa i pół roku. – Nie wiedziałem dokładnie, w czym chcę się specjalizować, ale zrobiłem chyba najlepiej, jak można, bo tam, gdzie się znalazłem, w departamencie patologii klinicznej, zajmują się merytorycznym i intelektualnym wsparciem klinicystów pracujących w szpitalu. W Polsce nie ma tego rodzaju instytucji. Oprócz tego prowadziłem normalne badania naukowe. Udało mi się opublikować kilka moich dokonań.
Paweł Dobrowolski dostał się na studia czteroletnie. – Poważnie zrobiło się od razu – wspomina. – Niewiele umiałem, zwłaszcza z matematyki. Skończyło się na tym, że pracowałem do drugiej, trzeciej nad ranem. Do Bożego Narodzenia straciłem kilkanaście kilogramów.
Pogoń za uciekającą minutą. Pazerność na sukces czy obawa przed porażką? Opinie są różne. W każdym razie znaleźli się w miejscu, gdzie wszyscy chcą coś osiągnąć. Na każdym polu. Gazeta studencka ogłasza nabór na szefa i zgłasza się kilkuset chętnych. Prymusostwo dotyczy także sportu. Harvard wystawia zespoły do konkurowania z innymi uczelniami w 120 dyscyplinach. Dobrowolski wiosłował. Sześć treningów tygodniowo po trzy godziny.
Robert Koński wybrał na Harvardzie intensywny, 15-miesięczny program dla tych, którzy mieli już osiągnięcia zawodowe. – To było też ćwiczenie w zarządzaniu własnym czasem. Jeżeli z dnia na dzień jest zadane 2 tys. stron do przeczytania, trzeba znaleźć sposób na uporanie się z taką materią. Nauczył się selekcjonować tematy na ważne i mniej ważne.
Mioduski miał na roku 500 osób w różnym wieku. Niektórzy po ukończeniu pierwszych studiów już gdzieś pracowali. – Mogłem uczyć się nie tylko od profesorów – tłumaczy korzyści pokoleniowego zróżnicowania w jego klasie – ale i od studentów. Odpowiadała mu też metoda sprawdzania wiedzy studenta, tzw. open book. Polega ona na tym, że na egzamin można przynosić różnego rodzaju pomoce, ponieważ student musi przede wszystkim umieć zidentyfikować problem. Narzędzia służące do jego rozpracowania to sprawa głównie techniczna.

Oto mój certyfikat

Przywieźli stamtąd dyplomy w jagnięcej skórze z purpurowymi napisami (po łacinie) oraz złote wizytowniki z adresami profesorów, którzy chętnie ich rekomendują, i kolegów tak jak oni pnących się do góry.
W notesie Końskiego są: przyjaciel z living roomu, który jest teraz konsulem generalnym Węgier w Los Angeles, Izraelczyk, dziś dowódca brygady spadochroniarzy, Palestynka, siostra żony Arafata, Amerykanka, która miała decydujący wpływ na metodę liczenia głosów w wyborach prezydenckich, Irlandczyk, dziś rektor najbardziej prestiżowej uczelni w Dublinie. I inna Amerykanka, która nie musi pracować, bo jej pradziadek wymyślił pewien rodzaj kranu, opatentował go i teraz rodzina jest zabezpieczona na kilka pokoleń.
Co jakiś czas spotykają się w różnych stronach świata.
Żaden z nich nie pozwolił, aby zawistnicy bili go po rękach. Pączek miesiąc po powrocie do Warszawy spotkał się z najbogatszym, jak niesie wieść, człowiekiem w Polsce – Janem Kulczykiem i w holdingu właściciela został prezesem firmy zajmującej się inwestycjami w energetyce. Jako prawnik Pączek negocjuje też z międzynarodowymi partnerami.
Gdy Paweł Dobrowolski w 1995 r. przyleciał z Harvardu do Polski, dowiedział się, że tu nadal jest maturzystą. Bo obowiązuje konwencja praska z 1972 r., zgodnie z którą dyplomu wyższych studiów z Ameryki się nie nostryfikuje. Chyba że abiturient wyrówna różnice programowe. Dobrowolski machnął na te przeszkody ręką. Ze statusem maturzysty napisał książkę o finansach, zatrudnił się w brytyjskim banku inwestycyjnym, został ekspertem przy prywatyzacji sektora tytoniowego. Obecnie jest współwłaścicielem firmy zajmującej się doradztwem gospodarczym. Podobnie jak Koński jest przekonany, że Polska jest przykładem najbardziej udanej transformacji gospodarczej. Cieszy się, że przyłożył do tego rękę.
Robert Koński zaraz po Harvardzie zatrudnił się w warszawskiej filii amerykańskiej firmy executive search. Teraz jest szefem na Polskę amerykańskiego Euronetu. Mówi, że praca w tej firmie daje mu dziką satysfakcję.
Karol Szyndzielorz został w „Życiu Warszawy” specjalistą od spraw energii (w czasie kryzysu energetycznego w 1983 r. w pogoni za tym tematem objechał pół świata) i od redukcji zbrojeń. Miał serię wykładów w Akademii Sztabu Generalnego, obsługiwał spotkania na szczycie w Wiedniu, Genewie, Waszyngtonie i Moskwie poświęcone redukcji zbrojeń strategicznych. Przez trzy lata szefował w biurze koncernu energetycznego z Westfalii. Jego notes jest gruby od sławnych nazwisk. Sporo tam VIP-ów z Białego Domu. Po burzliwych kolejach losu dziennikarskiego osiadł w pozornie spokojniejszym miejscu – za biurkiem rzecznika prasowego Siemensa.
Tylko dr Norbert Górski nie od razu odcinał kupony od studiów na Harvardzie. Jego dziekan nawet nie rzucił okiem na dyplom z Medical School, najsławniejszego wydziału Harvardu (11 noblistów). Kolejny falstart Górski popełnił, decydując się na zrobienie doktoratu w Instytucie Medycyny Doświadczalnej PAN. Stracił rok i nabawił się chronicznego sarkazmu w dyskusjach o tej placówce. – Oddaliłem się od myśli o zrobieniu doktoratu, zacząłem specjalizację. I tu Harvard wreszcie mi się odpłacił. Dzięki pracom naukowym opublikowanym w Bostonie zwrócił na mnie uwagę prof. Grzegorz Janczewski, szef Katedry i Kliniki Otolaryngologii AM w Warszawie. On sprawił, że jestem laryngologiem.
Górski kończy też pracę doktorską, ale – jak powiada – z badań czysto klinicznych, żeby nie mieć do czynienia z rodzimymi naukowcami.
Tylko jego purpurowy dyplom nie przełożył się na zawartość portfela. Dlatego na pytanie, czy po wejściu Polski do Unii zostanie w kraju, nie chce dziś odpowiedzieć. Dariusz Mioduski w ogóle nie miał zamiaru wracać do Polski. Zaraz po otrzymaniu dyplomu Harvardu staje się przedmiotem pożądania wielu znanych prawniczych firm. Zapraszają go na rekonesans, goszczą w najlepszych hotelach, kuszą. Wreszcie wybiera chlebodawcę. Na zachętę dostaje bonus – przez rok będzie mógł za pieniądze firmy pojeździć po świecie. Bez żadnych obowiązków. Wsiada więc do samolotu. Zahaczy i o Europę, w której znał tylko bułgarskie Złote Piaski.
Gdzieś pod palmą odbiera telefon od znajomego, który pracował w poważnej firmie w Houston: – Właśnie otwieramy biuro w Polsce – przejdź do nas, przy okazji skoczyłbyś do Warszawy. – Pracował nade mną tak długo, aż się zgodziłem – śmieje się dziś Mioduski. Były też trudne rozmowy z poprzednim pracodawcą. Ale firmy jakoś się dogadały. Do Warszawy miałem polecieć na dwa tygodnie.
Gdy wylądował, był 11 czerwca 1991 r. Równo dziesięć lat wcześniej opuszczał Polskę, jak myślał, na zawsze. Przemknęła mu myśl o czuwającej Opatrzności.
Z dwóch tygodni zrobiło się 13 lat. – Zakochałem się w tym kraju od nowa, choć oczywiście po Houston i Nowym Jorku dostrzegłem brzydotę Warszawy. Ale wtedy było coś takiego w powietrzu, że nikt nie liczył godzin w pracy. Chciałem się specjalizować w zagadnieniach prawnych energetyki i stworzyłem taką grupę specjalistów. Dziś jest to 15 nazwisk liczących się w całej Europie, jeśli chodzi o kwestie prawne energetyki.
Od tamtej pory poszerzył zakres swoich specjalności. Rozmawiamy na 18. piętrze wieżowca na Świętokrzyskiej w firmie prawniczej Cameron McKenna. Dariusz Mioduski jest tu członkiem zarządu.
Z brzydotą Warszawy poradził sobie, budując dom w Konstancinie. Mieszka tam z żoną Polką i dwiema córkami. Chciałby, żeby kiedyś założyły birety Uniwersytetu Harvarda.

Co na to geny?

Czy byliby w tym miejscu, w którym są dzisiaj, gdyby nie rodzina? Jarosław Pączek jest przekonany, że ukształtowały go dzieciństwo i Cieszyn – miejsce urodzenia. Ojciec był prawnikiem, matka stomatologiem. Dziadek, z wykształcenia socjolog (150 publikacji), dyrektor szkoły średniej w Ustroniu, całe życie kolekcjonował książki, które zapisał wnukowi. Są w gotyku staroniemieckim. Wąsaty, bo jakże inaczej, prapradziadek był majordomusem na zamku Habsburgów w Cieszynie.
– Kształtowały mnie – mówi Pączek – pogranicze i magia krajobrazu. Podzielone miasto uczyło otwarcia na inne nacje. Moja rodzina w części pochodziła z terytorium obecnych Czech, dziadek urodził się koło Ostrawy. Babcia w Ustroniu była z domu Husar, jest częściowo Węgierką. Jej ojciec miał tartak właśnie w Ustroniu, gdyż miejscowość leżała na szlaku bursztynowym. My z bratem nie baliśmy się zagranicy. Mimo problemów z paszportami i wizami po raz pierwszy samodzielnie wyruszyliśmy do Grecji w wieku 13 i 15 lat. Gdy powiedziałem babci, że wyjeżdżam do Harvardu, uznała to za oczywistość. Powiedziała tylko: Jareczku, dbaj o zdrowie.
Dr. Górskiego wypchnęła w świat kontestacyjna postawa rodziców. Mama, lekarka, pochodzi z Baranowicz na Białorusi. Jej rodzice byli tam nauczycielami. Po wejściu Rosjan zostali aresztowani. Dziadek zaginął w czasie wywózki. Ta tragedia stale wracała w czasie rodzinnych rozmów przy stole. Młody Górski dowiedział się o fałszowaniu historii nie tylko z rodzinnych albumów. Odpowiedniego komentarza nie szczędził mu ojciec, historyk po KUL.
15-letni Koński wyjechał z rodzicami do Ameryki, bo… mieli w Warszawie ciasne mieszkanie. Dziadek, który był powstańcem warszawskim i z oflagu udał się do Stanów, wrócił do Polski w 1976 r. W ten sposób na 48 m kw. gnieździło się sześć osób. Ta ciasnota była ostatecznym impulsem. Już wcześniej rodzice Końskiego podjęli próbę wyemigrowania do Stanów, ale wkrótce wrócili, bo ich dzieci zostały w Polsce jako zastaw. Gdy ewakuowano się po raz drugi, plan był już sprytniejszy: ojciec Końskiego, inżynier budowlany, wyjechał na kontrakt do Syrii, matka z dziećmi i dziadkiem, który miał obywatelstwo amerykańskie, wybrała się do Stanów, aby odwiedzić rodzinę. Ale już po skoku przez Wielką Wodę młody Koński mógł jak większość amerykańskich nastolatków sam decydować o swoim życiu.
Dobrowolskiego rzucało po świecie, bo jak sam mówi, był dzieckiem placówkowym. Z ojca dyplomaty. Urodził się w Moskwie, po czterech latach pojechał z rodzicami do Australii. Chwilowemu zamrożeniu teczki ojca w szafach MSZ zawdzięcza decydujący fakt w jego życiu, jakim było spotkanie w Warszawie Sachsa. Dziś jego rodzice są na placówce w Izraelu.
Mioduskiego z Pomorza do Ameryki wywieźli rodzice. Pół roku wcześniej wyjechał ojciec, pozostałym członkom rodziny się nie udało. – I wtedy moja mama – wspomina pan Dariusz – która z natury nie jest osobą zbyt przebojową, przeszła samą siebie. Kosztowało nas to dwa samochody i prawie wszystkie oszczędności, ale dopięła swego: w 500-osobowej kolejce po wizę wybrano trzy nazwiska. Pierwsze dwa to były nasze.
Pakowali się w kompletnej konspiracji, przez dwa dni nie otwierając nikomu drzwi. Osoba, która im pomogła, radziła wyjechać jak najszybciej. Oficjalnie wyjechali do Houston na wakacje.
– Nie pożegnałem się nawet ze swoją klasą – tłumaczy pan Dariusz. – Byłem przekonany, że nigdy do Polski nie wrócę. Potem napisałem do nich list, ale nie odpowiedzieli.
Dlaczego tak bardzo chcieli wyjechać? – Moja rodzina – tłumaczy Mioduski – nie do końca czuła się dobrze w poprzednim systemie politycznym. Dziadkowie byli w AK, w latach stalinowskich zapłacili za to. Już jako małe dziecko wiedziałem, że kiedyś wyjedziemy na Zachód. Widocznie w domu mówiło się o tym. I nie chodziło o poprawę warunków materialnych. Jak na standardy polskie, nie mieliśmy powodu do narzekań. Ojciec, inżynier, był dyrektorem dużego przedsiębiorstwa energetycznego w Bydgoszczy, mama, też po politechnice, pracowała w biurze projektów. Oni zrobili to dla mnie. To wielkie poświecenie z ich strony, bo mieli już po 40 lat i sporo przeszliśmy w Stanach, nim osiągnęli status middle class. Możliwe, że dodatkowym powodem były obawy rodziców, że ja, wtedy 17-latek, za bardzo biegam po Bydgoszczy z solidarnościowymi ulotkami. Parę razy trzeba było mnie odbierać z rąk policjantów.
Karol Szyndzielorz, Ślązak z Opolszczyzny, przebijał się z biedy. Armia Czerwona spaliła cały dobytek rodziców w Koźlu, ojca wywieźli na Syberię. Karol do 1945 r. nie znał słowa po polsku. Rodzice mówili albo gwarą, albo po niemiecku. Gdy po wyzwoleniu pozbawieni domu mieszkali u babci Julii w Raszowej pod Górą Świętej Anny, matka zdecydowała, że wbrew nastrojom proniemieckim we wsi syn pójdzie do szkoły polskiej. I tam mały Karol trafił na znakomitego wychowawcę Dopierałę, a następnie nauczycielkę polskiego, Leokadię Nowakową, która uznała, że ten knypel Szyndzielorz założy we wsi bibliotekę. Jeździł rowerem do Koźla, pożyczał stamtąd woluminy i po przeczytaniu układał je na półkach. Sytuacja powtórzyła się w liceum. Z tą różnicą, że tam już nie tylko czytał, ale i ratował cenne niemieckie książki, przeznaczone na przemiał.

Wkrótce do znajomości niemieckiego doszły czeski, rosyjski, w którym się wręcz rozkochał, i łacina. Nie miał wtedy za wiele okazji do konwersacji. Ale pogrążył się w literaturze – nie tylko pięknej – krajów, do których sam dorobił sobie klucz. Po latach z takim narzędziem wyruszył na Zachód. Przez rok objechał pół świata i wrócił z pustymi rękami, nawet bez tekturowej walizki, z którą opuszczał Polskę. Rozsypała się w Kolonii. Ale wszystko, co cenne, miał w głowie. Gdy już na Harvardzie zapytała go pewna Amerykanka: – Jak to się dzieje, że wy, Polacy jesteście tacy sprytni (zaradni), odpowie, trawestując reklamę samochodowej firmy Avis: – Musimy się starać, bo jesteśmy dopiero na drugiej pozycji (We try harder – we are only number 2).

Otwarte drzwi

Założyli Polski Klub Harwardczyków. Jedyne kryteria wpisu to dyplom z uczelni i zapłacona roczna składka – 200 zł. Robert Koński jako prezes ma obowiązek składać centrali na Harvardzie raport, ilu ich jest. Odpowiada tak: – Wszystkich, którzy mają jakiekolwiek afiliacje z uczelnią, około stu osób. Teraz zamierzają wspierać młodych kandydatów. Zarejestrowali fundację, złożyli się na pierwszy kapitał zakładowy.
Bo przybywa chętnych do szturmu na Harvard. Choćby z Międzynarodowego III Liceum Ogólnokształcącego w Gdyni. Szlak przetarł Michał Miąskiewicz, który ukończył je w 2000 r. Dziś jest studentem ostatniego roku nauk politycznych Uniwersytetu Harvarda. Michał chce wrócić do Polski i zrobić studium magisterskie w Kolegium Europejskim w Natolinie.
Ilu takich Michałów siedzi gdzieś w szkolnej ławce? Ktoś powinien podać im rękę, mówiąc: odważ się być mądrym.


37 noblistów z jednej uczelni
Uniwersytet Harvarda został założony przez Johna Harvarda w 1636 r. w Newtown koło Bostonu. Po śmierci dobroczyńcy zmieniono dotychczasową nazwę miejscowości na Cambridge, nawiązując do siedziby słynnego brytyjskiego uniwersytetu.
Uczelnia kształci około 18 tys. osób. W jej ramach funkcjonuje kilka wydziałów, które prowadzą studia magisterskie i doktoranckie. Laureatów Nagrody Nobla z Harvardu jest 37.
To całe miasteczko. Uroczyste przemówienia są wygłaszane ze schodów Memorial Church, ekumenicznego kościoła ufundowanego w 1932 r. ku czci absolwentów, którzy walczyli w I wojnie światowej. Memorial Church znajduje się naprzeciw biblioteki im. Harry`ego Widenera, który zginął w katastrofie Titanica. Biblioteka powstała dzięki jego matce. Ma 13 mln książek, nie licząc manuskryptów, mikrofilmów i map.
Koszty dla undergraduates, czyli studentów zwykłych, uczących się przez cztery lata, wynoszą w ciągu roku 31 tys. dol. Graduates, czyli ci, którzy po uzyskaniu tytułu Bachelor of Arts lub Bachelor of Science rozpoczynają studia magisterskie, muszą zapłacić prawie 36 tys. dol. Są stypendia. Harvard jest obecnie najbogatszą uczelnią w Stanach. Jej majątek wynosi ponad 11 mld dol. Niemal 20% wpływów pochodzi z budżetu państwa.


Jak się zostaje prawdziwym absolwentem
Tradycja nakazuje, by prawdziwy absolwent Harvardu dokonał w czasie studiów jeszcze trzech innych rzeczy:
– umieścił kostkę masła na suficie w jednym z bardzo wysokich pomieszczeń,
– obsiusiał posąg Johna Harvarda na środku kampusu,
– ze swoją narzeczoną spotkał się w bibliotece (czynnej do północy) w celach intymnych.

 

 

Wydanie: 22/2004

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy