Na krawędzi

Na krawędzi

Media – świat polityki

Czwarta władza – media – odgrywa w Polsce coraz istotniejszą rolę i sygnalizuje, że ma jeszcze większe ambicje. Dochodzi teraz wyraźnie do konfliktu interesów z trzema monteskiuszowskimi segmentami wrośniętymi w europejską tradycję. Spróbujmy się zastanowić, o co chodzi. Poniższy artykuł powstał w oparciu o dyskusję związaną z sejmową debatą wywołaną przez Samoobronę, a właściwie przez jej poprawkę, postulującą zaostrzenie prawa wobec autorów nieuzasadnionych krytyk, pomówień, oskarżeń itp. Dziennikarze i ich redakcje mieliby stawać przed sądem w trybie natychmiastowym, całość rozpraw (wraz z odwołaniami) miałaby się zaś zamykać w 21 dniach.
Sejmowy Klub SLD wypowiedział się przeciwko tej poprawce, podobnie jak wcześniej Komisja Kultury i Środków Przekazu, w której posłowie SLD mieli liczbowa przewagę. Uznaliśmy, że

mimo prawnego niedostatku

nie tak trzeba prawo doskonalić. Obowiązujące Prawo Prasowe zostało uchwalone 26 stycznia 1984 r., a więc przed 20 laty. Siłą rzeczy wiele spraw się zdezaktualizowało. Sensowne są więc poszukiwania dotyczące zakresu swobody dziennikarskiej wypowiedzi, jak i odpowiedzialności za to, co się mówi i pisze. Te poszukiwania trwają. Po drugie ważne jest też to, jakie stosunki materialne, własnościowe regulują status mediów w sensie czysto ekonomicznym. Tej dziedziny dotyczą z kolei prace innej podkomisji nadzwyczajnej, która w składzie sześcioosobowym rozpoczęła pracę przed rokiem pod kierownictwem pos. Zdzisława Podkańskiego, by następnie kontynuować ją pod przewodnictwem niżej podpisanego.
Stosunki prasa-świat polityki są dziś po prostu niedobre. Obie strony reagują na siebie alergicznie. Mimo że w trakcie sejmowych prac dokłada się starań poznawczych, zaprasza ludzi dogłębnie znających tematykę, sięga po ekspertyzy instytucji i placówek naukowo-badawczych, wysłuchuje przedstawicieli środowisk prasowych i radiowo-telewizyjnych, to jednak jest tak, że na linii media-świat polityki utrzymuje się duża nieufność. Także sięganie do doświadczeń demokratycznej Europy sytuacji nie poprawia ani nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Inne modele medialne obserwujemy na przykładach Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, a jeszcze inny jest model funkcjonowania mediów włoskich. Jaki jest więc wzorcowy tzw. europejski model medialny? We Włoszech np. granice koncentracji kapitału, a więc i koncentracji władzy właścicielskiej nie dadzą się dookreślić, w rezultacie czego co i rusz mamy awanturę o zasięg władzy premiera Berlusconiego w świecie mediów i świecie polityki.
Nasza ustawa Prawo Prasowe nie tylko jest przestarzała, nie przystaje do życia, ale też pozostawia bez nadziei na

znalezienie gotowego wzorca,

który można by dla naszych potrzeb zaadaptować. 20 lat to bardzo dużo w dziedzinie polityki i mediów. Szczególnie że mamy za sobą czas ustrojowej transformacji. Nastąpiły zmiany własnościowe, w dziennikarstwie doszło do historycznej wymiany kadr, często bolesnej i nie zawsze uzasadnionej. Obserwowaliśmy liczne upadki i narodziny nowych tytułów i instytucji prasowych. Przeżywamy czas upadku autorytetów moralnych, obywatelskich, w tym prasowych. Zniknęła – co prawda – polityczna cenzura, ale przecież nie brak głosów, że jej miejsce zajęła cenzura właścicielska albo też religijna.
Ten stan rozchybotania na rynku mediów, kiedy jeszcze nowa Polska jest w fazie kształtowania, a prawo, zasady, wzajemne stosunki, obyczaje i hierarchie prasowe ciągle jeszcze są jakby przejściowe, powoduje, że zarówno trzy pierwsze władze: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza, jak i ta czwarta (ze swoimi aspiracjami, być może czasem nadmiernie wynaturzonymi), wchodzą w konflikt, w starcia ostrzejsze, aniżeli wynikałoby to z logiki rozwoju społecznego. Stąd w medialnych utarczkach, polemikach często brak elementarnego szacunku dla ludzkiej godności, nagminne jest przekraczanie norm przyzwoitości i zasad dobrego wychowania.
W sporach o dziejowym wymiarze po różnych stronach tego frontu stają nierzadko ludzie niedostatecznie wykształceni, pozbawieni naturalnego poczucia równowagi i obywatelskiej odpowiedzialności. To znaczy po stronie władzy też. Neoficki zapał wyprzedzający często możliwości dogłębnej percepcji zachodzących przemian jest zjawiskiem równie częstym, co uniemożliwiającym rzeczowy dialog. Do dziennikarskiego zawodu trafia bardzo wielu ludzi młodych, ale niecierpliwych i szukających możliwości jak najszybszego spełnienia zawodowego. Oni kipią energią, chęcią uczestnictwa i „dołożenia”. Wszystko jedno komu. To jest dobry, niezbędny zaczyn przemian społecznych, ale jest to też element chaosu społecznego, destrukcji instytucji wszelkiego rodzaju.
Jakkolwiek słusznie przypisuje się polskim mediom wielkie zasługi dla demokracji, upatruję w nich gwaranta i strażnika przemian, chociaż prasa i swobodne wypowiadanie się były i są niezwykle potrzebne, to przecież trudno oprzeć się wrażeniu, że ta wyjątkowa pozycja czwartej władzy jest w Polsce w sposób stronniczy nadużywana. Dziś nie tylko posłowie, ministrowie, ludzie z pierwszych stron gazet, liczni biznesmeni, czują się

niesprawiedliwie sponiewierani

i oczekują wobec dziennikarzy i mediów prawa bardziej restrykcyjnego. I będą się go od tego czy też następnego Sejmu coraz natarczywiej domagać. Dobrze by było, gdyby same sobie zdawały z tego sprawę. Kredyt społecznego zaufania, też się dla nich wyczerpuje.
Sygnalizowana tu dyskusja, a właściwie postulat jej podtrzymania i poszerzenia dotyczyć więc powinien znacznie szerszego udziału samego środowiska dziennikarskiego: jego organizacji, stowarzyszeń, syndykatów, ośrodków prasoznawczych, placówek kształcących dziennikarzy w cywilizowaniu stosunków media-świat polityki. Można czasem odnieść wrażenie, że poza pogonią za sensacją i zdobywaniem rynku wymienione podmioty takich starań dokładają zbyt mało, z czego łatwo wytłumaczyć właścicieli mediów, ale co – gdyby było prawdą powszechniejszą – oznaczałoby stan przedagonalny polskiego dziennikarstwa.

Autor jest posłem SLD

Wydanie: 44/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy