Na zakręcie

Kuchnia polska

Telewizja publiczna ma nowy zarząd, wybrany przez radę nadzorczą Szczerze mówiąc, zarząd ten nie jest całkiem nowy, prezesem TVP jest nadal Robert Kwiatkowski, a wiceprezesem dotychczasowy wiceprezes, Tadeusz Skoczek. Różnica jednak polega na tym, że obecny zarząd jest dwuosobowy zamiast dotychczasowego pięcioosobowego. Ta redukcja jest postępem. Plagą dotychczasowej telewizji było to, że nawet ludzie siedzący w gmachu na Woronicza nie bardzo mogli się zorientować, kto za co odpowiada i kto czym kieruje, co znakomicie sprzyjało zamazywaniu wszelkiej odpowiedzialności za podejmowane w tym gmachu decyzje.
Nowy, dwuosobowy zarząd nie będzie już mógł korzystać z takiego komfortu, istnieje także szansa, że decyzje podejmowane przez jednego z członków zarządu nie będą natychmiast dezawuowane przez czterech pozostałych, jak działo się to dotychczas.
Na pozór jest to decyzja organizacyjna i obchodzić może tylko ludzi związanych tak czy inaczej z telewizją, myślę jednak, że nie jest to cała prawda. Telewizja publiczna znajduje się bowiem na zakręcie. Myślę, że właśnie teraz rozgrywa się interesujący także szeroką widownię mecz, którego stawką jest miejsce i charakter telewizji publicznej w Polsce. Istnieją w tym względzie dwie możliwości. Jedną, która zaznaczyła się dość niebezpiecznie w ostatnim okresie, jest ześlizgnięcie się telewizji publicznej na pozycje zwyczajnej stacji komercyjnej, przeładowanej reklamami i premiującej chodliwą tandetę, co czynią bez żadnych już hamulców konkurenci TVP. Drugą jest, owszem, zachowanie wysokiego poziomu programu, z solidnym udziałem programów edukacyjnych, kulturalnych i społecznych, ale przy równoczesnej utracie sporej części widowni. Taki los spotkał niestety większość telewizji publicznych w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Można się spierać, czy jest to los najgorszy, sam przez jakiś czas byłem zdania, że lepiej mieć 20 czy nawet 15% widowni, ale za to dawać tej grupie treści, które składać się powinny na wyposażenie umysłowe nowoczesnego Europejczyka, niż karmić miliony odchodami Wielkiego Brata. 20% obywateli zorientowanych kulturalnie, dobrze poinformowanych i stawianych w obliczu autentycznych problemów współczesnego świata to całkiem niezły kapitał społeczny.
Nowy Zarząd TVP jednak postawił sobie zadanie ambitniejsze. W ogłoszonej „Strategii rozwoju Telewizji Polskiej SA” do roku 2006 zakłada, że będzie chciał utrzymać za cztery lata 45% widowni – a więc stracić ok. 5% tylko, pozostając nadal największym nadawcą w kraju i największą procentowo telewizją publiczną w Europie. Oczywiście, ma to swoją cenę. Nie otrzymamy telewizji najwyższego lotu, choć zapowiadany jest oddzielny kanał „wysokiej kultury”, nie pozbędziemy się także balastu reklamowego. Zakłada się jednak, że udział programów kulturalnych będzie wzrastał, pod warunkiem wszakże, że wzrastać będzie także udział abonamentu w finansowaniu telewizji publicznej i ściągalność tego abonamentu, która obecnie wynosi 57%, a w 2006 r. ma wynosić 75%. TVP SA chce być nadal największym producentem filmowym i teatralnym na naszym rynku telewizyjnym, co o tyle nie jest trudne, że telewizje komercyjne wcale się do tego nie kwapią, polując na programy tanie, chodliwe i przynoszące zyski.
Nie mam zamiaru przytaczać na tym miejscu wszystkich zapowiedzi, jakie zawarte są w ogłoszonej „Strategii”, nie dam także głowy za to, że obietnice te zostaną spełnione. Tym jednak, co podoba mi się w samym fakcie ogłoszenia tej strategii, jest chęć zerwania z kilkuletnim dryfowaniem naszej telewizji publicznej i wybranie sobie przez nią jakichś celów mających odróżniać telewizję publiczną od telewizji komercyjnych, z którymi TVP ścigała się dotychczas głównie w walce o reklamy i sponsorów.
Jest to ważne na tle toczącej się u nas właśnie dyskusji o telewizji publicznej jako takiej. Przyznam, że z pewnym niesmakiem czytam pojawiające się w niektórych gazetach coraz liczniejsze przycinki i złośliwości pod adresem samej zasady telewizji publicznej, w czym trudno nie odczytywać echa zwyczajnej walki konkurencyjnej koncernów medialnych, w którą angażuje się wielkie słowa o demokracji, pluralizmie i wolności opinii, a także wszelkie możliwe autorytety krajowe i zagraniczne. W istocie jednak, skoro już o to chodzi, to przy wszystkich ograniczeniach większe szanse obiektywizmu, pluralizmu i demokracji widzę jednak po stronie telewizji znajdującej się w ręku skarbu państwa niż po stronie nadawców komercyjnych. Choćby dlatego, że sam skarb państwa znajduje się jednak pod kontrolą wyborców, którzy co cztery lata mają szansę zmieniać jego zarządców, podczas gdy opinia wyborców nie ma żadnego wpływu na zachowanie się grup kapitałowych, zarówno krajowych, jak tym bardziej zagranicznych.
Telewizja publiczna atakowana jest także stale przez partie polityczne, zwłaszcza znajdujące się w opozycji, za „upartyjnienie” i tendencyjność polityczną. Jest wielkim pytaniem, do jakiego stopnia telewizja publiczna jest wstanie wpływać na postawy wyborców. W roku 1989 telewizja, wówczas jeszcze jedyna w Polsce, znajdowała się całkowicie w ręku PZPR, która mimo to sromotnie przegrała wybory. Z kolei w roku 1993 telewizją publiczną rządzili osławieni „pampersi”, a wybory wygrał SLD. Podobnie było także w roku 2001. A więc nie działa tu żaden automatyzm. Pozostaje także pytaniem, czy naprawdę partie i ugrupowania, które przegrywają w wyborach, powinny mieć w telewizji publicznej równą reprezentację z tymi, które wygrywają i biorą tym samym na siebie odpowiedzialność za rządy w kraju. Myślę, że ten spór będzie toczył się zawsze i nie ma w nim do końca dobrych odpowiedzi.
Pewne jest natomiast jedno. Przy obecnej katastrofie edukacyjnej, o czym donoszą badania, przy wtórnym analfabetyzmie wielu Polaków, przy dramatycznym spadku czytelnictwa nie tylko książek, ale i gazet, przy zaniku wszystkich innych form kontaktu z kulturą – zwłaszcza ludzi mniej zamożnych – telewizja pozostaje kto wie czy nie ostatnim instrumentem obrony wartości, bez których każde społeczeństwo popaść musi w zdziczenie.
Nowy Zarząd TVP zapowiada, że zwolni 2 tys. swoich pracowników i że jednym z kryteriów jego polityki kadrowej będzie „utożsamienie z firmą”. Z firmą – to znaczy z kim? Z kolegami, szefostwem, posadą, ze status quo czy też z obowiązkiem podtrzymywania resztek więzi społeczeństwa z kulturą, wiedzą, cywilizacją i współczesnym światem, który to obowiązek spoczywa na telewizji publicznej?

 

Wydanie: 23/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy