Najmiłościwszy samodzierżco nasz!

Najmiłościwszy samodzierżco nasz!

W każdej stolicy szanującego się państwa jest jakiś zamek, a jeżeli nie, to przynajmniej są dwa pałace: duży i mały, jakiś belweder, podchorążówka, koszary i plac do pokazywania ludności, że nasi żołnierze są najładniejsi i najrówniej na świecie maszerują. Warszawa nie jest żadnym wyjątkiem, przeciwnie, tutaj chyba wszyscy użytkownicy najważniejszych gmachów i placów mają do siebie najbliżej i tylko dwa kroki od Traktu Królewskiego do swojego kościoła w mieście (ulica Świętojańska) i do swojej telewizji (plac Powstańców Warszawy). Miasto ma przy tym świetną komunikację publiczną, nie ma zatem konieczności odpalania limuzyn i pakowania się w korki z obstawą. Po drodze są liczne stacje rowerowe i kilka skrzynek pocztowych. Same wygody.

Zachodzą więc Polacy w głowę, dlaczego prezydent musi aż rok czekać na jakiś list. Dlaczego w tej sprawie nie podejmują interwencji ani Polskie Radio, ani Telewizja Polska? Dlaczego nie obnażą opieszałości Poczty Polskiej, która być może nabrała za dużo fuch?! Przedsiębiorstwo handluje dewocjonaliami, planuje kantory wymiany walut online, buduje sieć ochroniarzy z trąbką na czapkach, więc jak ma mieć głowę do listów?! Poczta na pewno wymaga reformy ustrojowej, ale dzisiejszy lokator Pałacu Prezydenckiego mieszka już trochę w Warszawie i mógłby się zorientować, że jego rejonowy urząd jest na Nowogrodzkiej, nie na Świętokrzyskiej. Bez stempelka stamtąd jest tak, jakby pisał na Berdyczów, więc może mu kadencja upłynąć na czekaniu.

Wojny pałaców małych z dużymi i na odwrót nie są polską specjalnością, ale tradycją – tak. Dzisiejszą sytuację odróżnia od przedwojennej tylko to, że panowie wcześniej nie uzgodnili, kto tym razem będzie Piłsudskim. Kiedy żył Józef Piłsudski, były jeszcze większe problemy. Na konferencji dotyczącej projektu ustawy o władzach wojskowych, autorstwa Sikorskiego, powiedział, że „to jest projekt albo fikcyjny, albo musiałbym co innego przypuszczać, że generalny inspektor jest osioł, minister wojny szuja, a szef sztabu wesz wsadzona za kołnierz generalnemu inspektorowi”. On miał właśnie w tym nowym układzie być generalnym inspektorem. Wszyscy się bali, że i tak za dużo władzy mu proponują, a on uznał to za okazję do bezzwłocznego sponiewierania konkurentów bez użycia atramentu, papeterii i korzystania z usług poczty. Prezydenta Wojciechowskiego traktował jak służącego, a Sikorskiemu poradził, żeby wyjechał z Warszawy, bo… za nic nie ręczy.

Wojciechowski uznał, że w tym zamieszaniu nie musi wszystkiego stracić, i rychło zażądał 10 automobilów dla Belwederu, a od Ministerstwa Spraw Wojskowych zaczął się domagać oddania kilku obrazów o treści wojskowej, powołując się na to, że „jest zwierzchnikiem sił zbrojnych”. To jest jakaś podpowiedź taktyczna dla prezydenta Dudy, niezależnie od tego, co tam jeszcze wisi na ścianach w dzisiejszym Ministerstwie Obrony, bo niekoniecznie musi chodzić o ulubiony obraz prezydenta Wojciechowskiego „Przegląd wojsk na placu Saskim”.

To była końcówka roku 1924 r., kilkanaście miesięcy przed przewrotem majowym, kiedy jeszcze Marszałek musiał respektować zasady demokratycznego ustroju państwa. Cytuję tu zapiski z pamiętników Macieja Rataja, pierwszego marszałka Sejmu II RP.

Bardziej niż kolejna skarga naszego prezydenta na pocztę obchodzi mnie w ogóle klimat, w którym powinna dojrzeć jakaś nowa koncepcja ustrojowa w Polsce. Broń Boże, nie chodzi o żaden przewrót majowy i koniec z sejmokracją. Ale zrobiło się cieplej i jest jeszcze kilka dni do święta Konstytucji 3 maja, niech więc marszałek Senatu zwoła wszystkie stany i niech uchwali, kto ma teraz być Piłsudskim w Polsce, bo poczta sama się nie upora z tym problemem ustrojowym. A gdyby pan prezydent nie miał odwagi, w co nikt nie uwierzy, należałoby się zwrócić do zwykłego posła. Gdyby i ten się opierał, Senat powinien w imieniu wszystkich poddanych wystąpić z błaganiem, żeby przynajmniej, w podzięce za dobrodziejstwa Polsce wyrządzone, zwykły poseł zechciał przyjąć tytuł Ojca Ojczyzny. Wzór proszalny pan marszałek znajdzie w odezwie ludu do cara Piotra I z roku 1721. Wtedy poskutkowało, Piotr się zgodził być imperatorem. Trzeba tylko grzecznie prosić i dobrze zacząć, tak jak w tytule tego tekstu, zapożyczonym z natchnionego apelu.

Napisali też list dziennikarze do dziennikarzy, z zupełnie innym apelem, aby mianowicie pisać prawdę. Na razie nadawcy i adresaci badają, gdzie prawda leży. Egzekwie zaczną się po ustaleniu adresu. Chyba zdążę za dwa tygodnie.

Wydanie: 17-18/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy