Sposób na Czerwoną Gwiazdę

Sposób na Czerwoną Gwiazdę

Choćbyś, drogi Czytelniku, nie wiem jak wykręcał język, nie powiesz przyzwoicie CRVENA, tak żeby nikogo nie opluć, a Serb był zadowolony. Na to słowo składają się nie dwie, jak się na oko wydaje, ale trzy sylaby. Pierwszą tworzy dźwięk zapisany dwiema literkami cr. Obie wyglądają jak spółgłoski, na dodatek artykulacyjnie odległe od siebie. Najbardziej wygimnastykowany język nie poradzi sobie z nimi bez włączenia wiatraczka w buzi.

Najłatwiejsze wyjście jest takie: pomiędzy obie spółgłoski pakujemy samogłoskę y i jesteśmy uratowani. Mówimy zatem CYRWENA. Tak będzie w porządku, chociaż w alfabecie serbskim nie ma ani y, ani w. Upoważnia nas do takiej wymowy serbska literka r. W tym słowie nie jest ona znakiem spółgłoski, lecz zapisem półsamogłoski, która się zachowała w języku serbsko-chorwackim. I możemy na domowy użytek zrobić już z tego zasadę na przyszłość: jeśli w nazwach i nazwiskach serbskich bądź chorwackich mamy r w nieznośnym, bo najbliższym sąsiedztwie spółgłosek, z przodu i z tyłu, nie kombinujemy, czytamy yr i po krzyku. Na przykład premierem dzisiejszego rządu Serbii jest pani Ana Brnabić; mówimy Byrnabić i jest u redu, czyli OK.

Ale wróćmy do Crvenej zvezdy, bo obiecałem kibicom i sprawozdawcom piłkarskim, że podrzucę im patent na poprawne wymawianie nazwy klubu, kiedy tylko zacznie lepiej grać. Ponieważ tak się stało, piłkarze Czerwonej Gwiazdy z Belgradu mogą awansować w Lidze Mistrzów po ostatnim remisie z Arsenalem w Londynie, dzisiaj wywiązuję się z danego słowa.

Anglicy nie zawracają sobie głowy słowiańszczyzną i mówią Red Star. Francuzi – Étoile Rouge, o czym przypominam, bo kilka razy widziałem w polskiej prasie (dawno temu) tabelę pierwszej ligi jugosłowiańskiej z klubem pod francuską nazwą na czele, a nie było to w czasie, kiedy miłość do koloru czerwonego mogła być podejrzana. W kraju, który ma klub Białej Gwiazdy (Wisła Kraków), nie przyjęło się nazywanie Crvenej zvezdy Czerwoną Gwiazdą. Ilu mamy sprawozdawców, tyle u nas w radiu i telewizji idiotycznie przekręcanych określeń wyrazistego przecież koloru belgradzkiej gwiazdy. Jest czrfena, crfena, a nawet krfena, czerwenacerwena, jest blisko i coraz bliżej, ale ciągle nie czerwona.

Drużyna najczęściej gra na czerwono i sprawozdawcy mówią crveni, nawet kiedy zawodnicy wychodzą na boisko ubrani na biało. Prawie każda liga ma jakichś swoich czerwonych, najczęściej zresztą – diabłów. Zvezda nie, bo w Serbii diabły są czarne. W odróżnieniu od innych crveni mają kolor zapisany w oficjalnej nazwie. Dlaczego nasi sprawozdawcy nie mówią o nich per czerwoni, nie wiem. To przecież poręczniejszy termin od trudnej do wymówienia oryginalnej nazwy klubu, którą trzeba w transmisji obracać kilkadziesiąt razy i jeszcze odmieniać przez wszystkie przypadki.

Słownik komentatora nie nadąża za zmianami w zawodowej piłce. Czasem chciałoby się powiedzieć o zawodnikach Czerwonej Gwiazdy Serbowie albo belgradczycy, a przecież nie wypada, bo więcej jest w tej drużynie cudzoziemców niż swoich. Najlepszy dowód, że nie mogę wygrzebać z pamięci, ale może to być wina mojej pamięci, ani jednego nazwiska z londyńskiego meczu belgradzkiej drużyny, w którym występowałoby półsonantyczne r, żeby utrwalić dzisiejsze ćwiczenie wymowy półsamogłoski.

Musimy poszukać bliżej. W Legii grał, a jeszcze dłużej nie grał, Vrdoljak; trochę trwało i Polacy się nauczyli: Wyrdoliak. Z zawodnikiem Rijeki, który nazywa się Kvrżić są większe kłopoty, bo jeszcze u nas nie grał, ale da się wymówić: Kwyrżić, podobnie jak Krkić, czyli Kyrkić z Barcelony, teraz na wypożyczeniu. Najgorzej z Wyrsalką, reprezentantem Chorwacji, który gra w Madrycie (Atletico), a którego polscy sprawozdawcy nazywają Wersaliko, bo tak odczytują nazwisko Vrsaljko (ćwiczenie z lj przekładamy na czas, kiedy Ljuboja powróci do Legii).

Trzeba ćwiczyć, bo malutka Serbia jest czwartym na świecie, a trzecim w Europie eksporterem piłkarzy.

Wydanie: 46/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy