Najpierw wrobił królika Rogera

Najpierw wrobił królika Rogera

Piotr Adamiec pracował z największymi gwiazdami Hollywoodu. Teraz wrócił do rodzinnych Chróścic

– Piotr Adamiec? Tak, znam go. Przez rok chodziłam z nim do podstawówki. Czym się zajmuje? – kobieta uśmiecha się niepewnie i nieco ciszej mówi – Kto go wie? Pracował w Ameryce.
Niewiele więcej może powiedzieć o Piotrze. Sama już tylko czasami odwiedza Chróścice, bo na stałe osiadła w Niemczech. Zachęca jednak do odwiedzenia rodziny Czyrków. – Oni znali go bardzo dobrze – wskazuje drogę w głąb wsi.
Pani Czyrek, nauczycielka historii, mówi tylko, że “to był dobry, życzliwy, pogodny chłopak”. Jej syn, Janusz, jest bardziej skłonny do rozmowy. A zna Piotra dobrze, jeszcze z piaskownicy.
– Nasze matki pracowały razem. Mieszkaliśmy w tym samym domu nauczyciela. Trzymaliśmy się całą grupą. I tak jest do tej pory. On nie zapomina o kumplach. Byłem u niego w Anglii i w Stanach, tutaj też się spotykamy. Nic się nie zmieniło.
Czy to dziwne, że ktoś taki jak Piotr Adamiec ma w Chróścicach, niewielkiej wiosce koło Dobrzenia Wielkiego na Opolszczyźnie, kumpli? Przez pierwszych 20 lat żył jak inni. Po podstawówce szkoła zawodowa i wyuczony fach elektryka, potem służba w wojsku. Z takich kolein losu trudno się wydostać i zrobić karierę.

Proszę: oto mój dźwig

W 1979 roku pracował w warsztatach poczty i telekomunikacji w Opolu. – To były takie czasy, kiedy za wnio-ski racjonalizatorskie dostawało się mnóstwo kasy – opowiada Adamiec.
– Skonstruowaliśmy maszynę, która sprawdzała, czy kable są prawidłowo lutowane i czy dobrze przewodzą. W tym samym czasie pracowało nad tym biuro konstrukcyjne, którego projekt miał kosztować kilkadziesiąt tysięcy złotych. Z Maćkiem Ryśniakiem, moim przyjacielem i obecnym wspólnikiem, zrobiliśmy to samo za 30 złotych.
Wykształconym konstruktorom nie spodobała się ich aktywność. Sekowanie i torpedowanie ich projektów skończyło się w 1981 roku, kiedy Piotra wezwała “w kamasze” ojczyzna.
– Po wojsku nie chciałem już wracać do zakładu. Pomyślałem, że pojadę na trochę do Niemiec. W Bonn czekał zadomowiony już tam kuzyn. Pełne sklepy, pełne półki. Szok. Jak tylko przyjechałem, zjadłem chyba dwa kilogramy bananów. Efekt był oczywisty. Pochorowałem się i Niemcy natychmiast przestały mi się podobać – śmieje się niedoszły gastarbeiter.
W “kraju dobrobytu” pobył tylko osiem miesięcy. Przypadek zrządził, że znalazł się w środowiskach artystycznych. Piotr zdecydował się na wyjazd do Londynu. Miał pomysł, a dowód na jego powodzenie w ręku – był to prototyp dźwigu, który umożliwiał inną niż dotychczas pracę kamery filmowej.
– Wtedy kręcenie filmu z dźwigu odbywało się na sztywnym ramieniu. Kamera mogła się poruszać jedynie w poziomie i w pionie, w ściśle określonym zasięgu. Moja miała 7-metrowe teleskopowe ramię. Możliwość regulowania jego długości bez przerywania kręcenia nadało filmowi trzeci wymiar
– tłumaczy Adamiec.

Bez kompleksów

Razem z kumplami trafili do Technovision Camers – firmy zajmującej się produkcją i wynajmem sprzętu niezbędnego do filmowania. Piotr odetchnął z ulgą, gdy na tabliczce szefa przeczytał polskie nazwisko. Henry Chroscicki nie dał się długo przekonywać. Projekt zaakceptował i wyłożył pieniądze na jego realizację.
– Prototyp montowaliśmy ze złomu. Wykorzystywaliśmy wycieraczki samochodowe, stare silniki, naprawdę bardzo dziwne rzeczy – wspomina konstruktor.
Pieniądze za pierwszy sprzedany egzemplarz pozwoliły im na zmianę technologii. Sprowadzali mikroprocesory wojskowe, specjalne stopy.
Czy pamięta wszystkie filmy, przy których pracował? Tylko niektóre, ale “Kto wrobił królika Rogera?” z 1986 roku był pierwszym, jaki zrealizował z Technovision i tym, od którego zaczęło się poważne udoskonalanie dźwigów. Przy “Wielkim błękicie” Luca Bessona kamery w nowym systemie pracowały już pełną parą. Piotr miał 26 lat i przekonanie, że jeśli się bardzo chce, to wszystko się uda.
– Czy miałem kompleksy? – zastanawia się Piotr. – Nie. Ci ludzie wokół mnie byli zupełnie normalni. Po prostu przychodzili do Technovision, pytali, do czego służy to, a do czego tamto. W końcu wybierali sprzęt i zaczynaliśmy pracę.
Produkcja dźwigów trwała, pracy było sporo do czasu, gdy premier Tha-tcher znacząco opodatkowała kinematografię. Producenci amerykańscy masowo wycofali się z rynku angielskiego.
– W samym Londynie do tamtego czasu robiło się 160 filmów kinowych rocznie. Nagle produkcja zeszła do 20 telewizyjnych seriali. Setki ludzi straciły pracę i my też dostaliśmy po głowach. W ciągu roku mieliśmy zaledwie 30 dni zdjęciowych – opisuje Piotr Adamiec. Wyjścia z patowej sytuacji szukał we współpracy z BBC.
– Żeby nas brali, zacząłem schodzić z cenami – wyjaśnia Piotr. Takie rozwiązanie nie odpowiadało Chroscickiemu. Któryś z kolejnych konfliktów o cenę wynajmu zakończył się trzaśnięciem drzwiami. Zamknął je Adamiec.

Amerykański sen

W 1991 roku Piotr wyjechał na podbój Hoollywood. Zabrał swoje dźwigi, niemałe oszczędności i jednego ze współpracowników. Wynajął apartament, kupił samochód, zadbał o biuro i zaczął odwiedzać producentów. Pukał do wszystkich drzwi.
– Byłem przekonany, że moja sława mnie wyprzedziła, że już poszła fama o dźwigach. Ale okazało się, że Amerykanie nie wierzyli, że to w ogóle może działać – wspomina.
Najpierw zrezygnował z wynajmu biura, przestał jeździć, kiedy zabrakło na paliwo, w pewnym momencie nie stać go było nawet na McDonalda.
Przełomem stał się rok 1994, kiedy zauważono ich na Showbiz Expo. Prezentacja się powiodła i nieufni Amerykanie zobaczyli, że “to” faktycznie działa. Firma Piotra zdobyła pierwsze poważne zlecenie przy “Strefie zrzutu”, z Wesle-yem Snipsem w roli głównej.
– Potem byliśmy już rozrywani
– Piotr podsumowuje kolejne lata.
Cztery dźwigi, pełna obsługa, udział w największych amerykańskich produkcjach. Nawet jeśli nie było przy nich Piotra, to był jego dźwig. Operatorzy zastrzegali sobie jednak, że przy filmowaniu trudnych sekwencji jego obecność jest konieczna. W “Air Force One” – filmie o uprowadzeniu prezydenckiego samolotu z Harrisonem Fordem w głównej roli – Adamiec miał jedno z trudniejszych zadań. – Musieliśmy w środku małego samolotu zamocować dźwig – Piotr opisuje jedno z ujęć. – Pełno ludzi, do tego ekipa obsługująca. W filmie jest taka scena: otwiera się klapa samolotu, po obu stronach biegną spadochroniarze i skaczą. Środkiem samolotu poruszało się ramię dźwigu, które sprawiało wrażenie, że wszystko widzimy okiem spadochroniarza. Po skoku ramię wysuwa się z samolotu. Wygląda to tak, jakby kamera skakała razem z nimi.
Równie skomplikowane były efekty w “Karmazynowym przypływie” z Genem Hackmanem. Zbudowano monstrualną platformę, wysoką na sześć metrów, sterowaną hydraulicznie, symulowano przechyły, wstrząsy i wibracje łodzi podwodnej. Na platformie powstało całe wnętrze statku, a kamera obserwowała to wszystko z dźwigu. Piotr komentuje jednym zdaniem
– trudne ujęcia, wielkie pieniądze, niepotrzebnie wydatki.
Adamiec był też obecny przy kręceniu “Liberatora 2” ze Stevenem Segalem, którego akcja rozgrywa się w pędzącym pociągu, a w dużej części na jego dachu. – On naprawdę jechał i to czasami blisko 65 kilometrów na godzinę. Dźwig zamocowaliśmy na platformie pchanej albo ciągnionej przez lokomotywę. Udało się w ten sposób sfilmować akcje toczące się na dachu pociągu, w wąskim kanionie, tuż przy ścianie. Z helikoptera nie byłoby szans na takie ujęcia.
W trakcie kręcenia “Godzilli” musieli zabezpieczyć przed wodą (lało w całym niemal filmie) maszynę i 10-metrowe teleskopowe ramię.
– Ujęcia, w których wydaje się, jakby patrzyła Godzilla, są kręcone właśnie z naszego dźwigu.
Ostatnim filmem, przy którym pracował w Hoollywood, był “U-571”. Wybierał między nim a “Gladiatorem”. Zdecydowała sympatia do reżysera, ale mimo że film Ridleya Scotta zdobył najwięcej Oscarów, Piotr nie żałuje swego wyboru.

Zawodowi filmowcy, mierna telewizja

Piotr nie ma pamięci do nazwisk, szafuje narodowościami, bo jego zdaniem one najrzetelniej opisują ludzi. Na przykład za Włochami nie przepada – dużo mówią, mało wiedzą i niczego nie chcą się nauczyć. Najtrudniej pracowało mu się z Francuzami, zwłaszcza z bardzo skrupulatnymi operatorami, reprezentującymi starą szkołę filmową.
– Jak przyjeżdżali do firmy Anglicy albo Amerykanie, to wybierali obiektywy, namierzali plan i jeśli odpowiadało, było po wszystkim. A Francuzi robili próbne zdjęcia, a potem z lupą siedzieli i patrzyli na każdą klatkę, sprawdzali dystorsje. Chyba nikt już prócz nich tak nie robi.
Z Polakami dotychczas nie pracował, nawet z tymi osiadłymi w Stanach, ale przed rokiem w jego życiu ponownie zaczął się etap polski. Dlaczego wrócił do kraju, który w filmowym świecie raczej nie bryluje?
– Muszę produkować następne, coraz nowocześniejsze dźwigi. Tutaj jest taniej. Mam dom, warsztat i przyjaciół. Znów pracuję z Maćkiem Ryśniakiem. Kombinujemy nad nowymi rozwiązaniami i współpracujemy z polskimi filmowcami – mówi Adamiec i kompletuje następne, tym razem polskie doświadczenia. Już trochę ich uzbierał. – Telewizja jest mało zawodowa, źle się z nimi współpracuje. Pierwsze spotkanie z twórcami reklam telewizyjnych nie było udane. Jedna z firm miała pomysł: zaśnieżoną ulicą jedzie samochód, razem z nim porusza się kamera. I pojazd, i dźwig miały się zatrzymać w określonym miejscu. Kamera stopowała, auto nie, ale producenci mieli zastrzeżenia do pracy dźwigu i jego operatorów.
– Kiedy takie sekwencje kręci się w Stanach, za kierownicą siada tak zwany stoper, który potrafi zahamować w każdych okolicznościach, przy każdej pogodzie tam, gdzie mu się wskaże. A tutaj go nie było. Dokończyliśmy reklamówkę, ale naprawdę szło już na noże i tylko chwili brakowało, żebyśmy się pożegnali – Piotr nie ukrywa, że irytuje go brak zawodowstwa.
Kiedy w innej produkcji cały sprzęt został już wystawiony i zamontowany w centrum Warszawy, okazało się, że producent nie zadbał o pozwolenie na filmowanie w tym miejscu. Wszystkim wlepiono mandaty.
Inaczej z filmem. W Polsce filmowcy są naprawdę profesjonalni, a jeżeli mają ograniczenia, to wynikają one z braku pieniędzy, a nie umiejętności.
– Mam nadzieję – pociesza się Adamiec – że przy produkcji polskich filmów będzie zawsze tak jak w “Przedwiośniu”, gdzie pracowaliśmy przy kilku scenach, np. przy wymarszu wojsk z Warszawy.
Jego wizyty w Polsce były dla znajomych na opolskiej wsi dotknięciem magicznego Hollywood. Ale czuł się nieswojo, odpowiadając na pytania o Jeana Reno, Jodie Foster, czy Jona Bon Jovi. To, że z jednymi pił wódkę przez całe noce, a z innymi zamienił tylko kilka słów, nie miało znaczenia dla jego interesów. – Myślałem, że pytają o nich, bo nabijają się ze mnie, ale chyba jednak nie. Jednych aktorów czy reżyserów lubię, innych nie znoszę. Nie robię sobie zdjęć z gwiazdami, nie zbieram autografów.
Piotr próbuje sobie wyobrazić taką sytuację i bardzo go to bawi. – O rany, ale by na mnie patrzyli! Jak na stukniętego. Przecież ja na nich zarabiam.

Wydanie: 19/2001

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy