Największa emigracja nowoczesnej Europy

Największa emigracja  nowoczesnej Europy

Polacy pracujący za granicą przysyłają nad Wisłę pieniądze, ale sami raczej nie palą się do powrotu

Z pieniędzy, jakie przekazałem do kraju, na pewno skorzystała administracja domów mieszkalnych, bo wykupione zostało mieszkanie. A także producenci mebli oraz materiałów wykończeniowych potrzebnych do remontów. W przyszłości zaś, gdy będę budować dom, skorzysta też jakaś firma budowlana – mówi Karol Karaszewski, który prawie cztery lata pracował w Wielkiej Brytanii. Wyjeżdżał z przekonaniem, że raczej do Polski nie wróci, miał dość stagnacji i braku możliwości rozwojowych wciąż panujących w kraju, mimo że tak ładnie rósł nam produkt krajowy brutto. Wrócił zaś z powodów, jak mówi, nie ekonomicznych, lecz kulturowych. Gdy Oskar, syn jego i narzeczonej, który urodził się na Wyspach, skończył dwa lata, Karol postanowił, że nie chce wychowywać go na Brytyjczyka. – Angielska kultura i angielski model wychowania, który nie potrafi zapobiec temu, że dzieci biorą narkotyki i rodzą dzieci, skutecznie zachęcił nas do powrotu. U nas są trochę inne wartości, jest tradycja, są babcie, które przekażą ją naszemu synowi. Musiałem wyjechać na Zachód, żeby docenić wartość polskiego, trochę konserwatywnego systemu wychowawczego – dodaje. Nawiasem mówiąc, bardzo wiele par woli, by ich dzieci rodziły się w Wielkiej Brytanii, bo niezależnie od ocen tamtejszego modelu wychowawczego, socjal związany z urodzeniem dziecka jest znacznie atrakcyjniejszy od polskiego becikowego.
Większość tych, którzy wyjechali po zagraniczne złote runo, też planuje powrót po kilku czy kilkunastu latach – ale na razie chcą przede wszystkim pracować i zarabiać. W ciągu ostatnich pięciu lat z Polski wyjechało ponad 1,2 mln ludzi, zwiększając do 2,3 mln liczbę Polaków pracujących obecnie za granicą. To największa emigracja nowoczesnej Europy, bo jeszcze nigdy, trawestując Churchilla, tak wielu nie wyjechało do tak wielu krajów tylko z jednego. To nie wyjazd panów Balcerów, którzy ponad sto lat temu wędrowali do Brazylii, jak opisywała Konopnicka, oraz do dziesiątków innych państw miał największe znaczenie dla Polaków, lecz to, co się dzieje obecnie.
Naukowcy wyróżniają kilka ważnych fal emigracyjnych. W latach 1800-1914 z ziem polskich wyjechało ok. 5 mln osób (Wielka Emigracja była w istocie bardzo niewielka, bo liczyła ok. 10 tys. osób). Ponad milion – emigranci lub ich dzieci – wróciło potem do odrodzonej Rzeczypospolitej. Jednak i z II RP wyjechało ok. 2 mln ludzi, z czego paręset tysięcy to emigracja wojenna, związana z klęską wrześniową i późniejszą ewakuacją Armii Andersa. Znaczące późniejsze ruchy migracyjne to powrót do Polski ponad 2 mln ludzi z terenów ZSRR oraz wyjazd – a raczej deportacja – z Polski na zachód i wschód prawie 7 mln Niemców, Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. A także prowadzone w latach 1957-1980 „łączenie rodzin”, które umożliwiło wyjazd z Polski ponad 600 tys. osób narodowości niemieckiej. Kolejne nasilenie emigracji nastąpiło po 1989 r., gdy nasz kraj opuściło niemal milion współczesnych panów Balcerów zmuszonych do wyjazdu przez reformy pana Balcerowicza.
Prawdziwa lawina ruszyła jednak po 2004 r., do czego przyczyniło się i to, że w wiek produkcyjny wszedł wyż demograficzny urodzony w latach 80., stanowiący potomstwo wyżu jeszcze wcześniejszego, bo z lat 50. Daleko za nami jest druga proemigracyjna nacja, Rumuni.
– To jest największa fala emigracyjna. Nigdy jeszcze Polska nie doświadczyła tak wielkiej emigracji. I nie doświadczyło jej żadne społeczeństwo w Europie – mówi historyk myśli ekonomicznej, prof. Tadeusz Kowalik.

Większość wybiera wierność

W ciągu owych pięciu lat Polacy za granicą zarobili prawie 125 mld euro. Przysłali z tego do kraju niemal 21 mld euro. Przeciętne wynagrodzenie Polaka za granicą to ok. 1,3 tys euro miesięcznie, a więc trochę więcej niż przeciętne wynagrodzenie w Polsce (3,1 tys. zł miesięcznie). Wyższe są jednak również koszty utrzymania, zwłaszcza że model funkcjonowania z ograniczeniem własnych potrzeb do minimum jest w dłuższym okresie dość trudny do realizacji.
Polacy za granicą, choć przeważnie nieźle wykształceni, są generalnie dosyć nisko wynagradzani. Przykładowo w Anglii znajdują się pod koniec listy rankingowej rozmaitych narodów. Dostają średnio niespełna 7,5 funta za godzinę, czyli mniej niż wszystkie ciemnoskóre nacje wchodzące kiedyś w skład Imperium Brytyjskiego, takie jak emigranci z Kenii, Ghany, Indii, Pakistanu czy Ugandy; a także mniej niż Turcy czy Włosi. Ale więcej niż Bułgarzy i Rumuni.
Przyczyny niewysokiego statusu materialnego Polaków są dość oczywiste. Mimo że za granicę wyjeżdża wielu absolwentów naszych uczelni, dość rzadko, w porównaniu z innymi narodami, dysponują oni znajomością jakiegoś konkretnego zawodu. Nasilenie się polskiej emigracji zarobkowej trwa dopiero od kilku lat, to jeszcze za krótko, by wypracować sobie mocną pozycję ułatwiającą drogę awansu. Jesteśmy słabi językowo, pod tym względem biją nas na głowę wszystkie ludy afrykańskie, znające doskonale języki swych kolonizatorów. Brakuje nam także umiejętności współpracy i ukierunkowania na działania kolektywne. Dlatego, choć w pracy na szeregowych stanowiskach osiągamy znakomite rezultaty i dobrze wykorzystujemy czas, a tam, gdzie to możliwe, jesteśmy bardzo kreatywni, awansują przeważnie przedstawiciele innych narodów, dysponujący tymi pożądanymi zaletami.
Jest jeszcze jedna przyczyna, typowa głównie dla Polaków – brak solidarności między rodakami pracującymi za granicą. Inne narody pomagają sobie wzajemnie, my głównie konkurujemy i oszukujemy się nawzajem. – Jeżeli ktoś może kogoś wystawić i złupić na kasę, to przede wszystkim Polak Polaka. W Anglii pomogli mi Albańczycy i Irańczycy, ale nie Polacy – mówi Karol Karaszewski. Zrozumiałe, że ten, kto nie doświadczy życzliwości od reprezentantów swego narodu, raczej nie okaże jej też kolejnym przybyszom z kraju.
Na emigracji zarobkowej lepiej wiedzie się Polkom niż Polakom. Różnica między wynagrodzeniem obu płci jest praktycznie niezauważalna. Raz, że w cywilizowanych krajach Europy jest ona systematycznie niwelowana, dwa, że panie z Polski mają większe możliwości obniżenia kosztów utrzymania niż panowie. Często wiążą się bowiem z obcokrajowcami. Mieszkając z „narzeczonymi”, Polki z reguły nie płacą za czynsz i wyżywienie. Dlatego nawiązywanie na obczyźnie romansów polsko-polskich zdarza się rzadko, a panowie z Polski, którzy raczej nie mogą liczyć na to, że jakaś tamtejsza dama weźmie ich na utrzymanie, wypowiadają się dość krytycznie na temat sposobu życia polskich emigrantek. Generalnie jednak nie jest tak źle – z badań prof. Jacka Kurzępy wynika, że aż 73% emigrantów obojga płci dochowuje wierności stałemu partnerowi zostawionemu w Polsce.

Serce labradora

Stopniowe obniżanie się kursów zachodnich walut wobec złotego sprawia, że praca za granicą jest dziś o prawie jedną piątą mniej atrakcyjna finansowo niż pięć lat temu. Kryzys spowodował, że od 2008 r. odsetek najlepiej wynagradzanych polskich emigrantów, zarabiających ponad 5 tys. euro miesięcznie, spadł z 5% do 3%. A jednak Polacy za granicą, choć chętnie opowiadają, jak to źle się wiedzie innym rodakom, raczej nie narzekają na swój poziom życia, czyli zachowują się dokładnie odwrotnie niż w kraju.
Sondaż autorstwa Polskich Badań Internetu (prawda, że sprzed ośmiu miesięcy) wykazał, że aż 66% badanych emigrantów z Polski uważa swoje zarobki za wystarczające. 6% twierdzi, że żyje w pełnym dostatku i bardzo wysoko ocenia swój poziom materialny. Emigranci generalnie mają dobre samopoczucie, są zadowoleni z decyzji o wyjeździe, za granicą czują się fajnie i bezpiecznie. Jeżeli tęsknią, to nie za Polską jako taką, lecz za rodziną, przyjaciółmi i polskim jedzeniem.
Zdecydowana większość, ponad 65%, pracuje na etacie, z wszystkimi wiążącymi się z tym przywilejami. Za granicą pracodawcy nie zmuszają zatrudnionych do zakładania własnej działalności, jak w Polsce, toteż tylekroć opiewany w kraju „fenomen aktywności gospodarczej Polaków” nie występuje. Własną działalność prowadzi tylko 9% rodaków.
Aż 74% polskich emigrantów ma oszczędności – w Polsce tylko 23%. I deklarują, że pieniądze te przeznaczają na turystykę, podróże oraz wypoczynek – czyli na to, co w zachodnioeuropejskim rozumieniu jest wyznacznikiem lepszego życia. Dopiero później myślą o przesyłaniu pieniędzy do kraju. Wśród państw, w których Polakom wiedzie się najgorzej, badani internauci najczęściej wymieniali Hiszpanię.
Nie narzeka jednak na nią dr Andrzej Pytel, lekarz, świetny specjalista z zakresu chirurgii biodra i kolana, pracujący w Hiszpanii od kilku lat. Mieszka w pięknej Cuence, niedawno kupił dom z ogrodem w centrum tego miasta, syn chodzi do szkoły hiszpańskiej i do polskiej prowadzonej przez ambasadę. – Emigracja dała mi i mojej rodzinie drobną niezależność finansową, zwiększającą radość życia i pozwalającą na wolność poznawania kultur europejskich. Zabrała natomiast szanse na karierę polityczną czy gospodarczą, bo w Hiszpanii ministrem nie zostanę. Tu się żyje spokojnie, na luzie, dzień jest przyjemnie zorganizowany, a wypoczynek to obowiązek. W hiszpańskich klinikach panuje system niemal tak samo hierarchiczny jak w polskich, ale tu w ochronę zdrowia ciągle się inwestuje, na miejsce starych szpitali powstają kolejne, coraz nowocześniejsze, nie ma ograniczeń w środkach na badania, pacjenci mają pełny dostęp do sprzętu i wszelkich procedur – mówi. Z jego środków finansowych skorzystał i kraj. – Głównie pracownicy, którzy budowali ogrodzenie i wykańczali mój dom pod Warszawą, oraz LOT (choć do kraju podróżuję też innymi liniami). Ale najwięcej chyba specjalne firmy przewozowe zajmujące się bezpiecznym transportem zwierząt samochodami, bo mój labrador ma słabe serce i nie może latać między Polską a Hiszpanią – uśmiecha się dr Pytel.

Tam zarabiać, tu wydawać

Pojedyncze, drobne nawet decyzje o wydawaniu w Polsce pieniędzy zarobionych za granicą sumują się i dają znaczący efekt. Te 21 mld euro przesłane do kraju w ciągu ostatniego pięciolecia miało niemałe znaczenie dla złagodzenia skutków kryzysu, poprawiło saldo polskiego bilansu płatniczego, wpłynęło na poprawę sytuacji materialnej wielu polskich rodzin. – Widać to przede wszystkim w tych regionach, z których wyemigrowało najwięcej Polaków, na Podkarpaciu, na Podlasiu. Tam te pieniądze pracują, wspierają zwłaszcza lokalne rynki, trafiają do tamtejszych firm budowlanych i sklepów – wskazuje prof. Dariusz Stola z Instytutu Nauk Politycznych PAN.
W porównaniu z całym polskim PKB, wynoszącym ponad bilion złotych rocznie, nie jest to znacząca suma, ale pomaga w ograniczaniu rozmiarów biedy, zwłaszcza na polskiej ścianie wschodniej, zwiększa rozmiary konsumpcji i sprzyja utrzymaniu tempa rozwoju gospodarczego.
Na środkach napływających z zagranicy korzysta przede wszystkim drobniejsza wytwórczość – producenci i sprzedawcy materiałów budowlanych, firmy przewozowe, branża telekomunikacyjna i informatyczna, a także zakłady niepublicznej opieki zdrowotnej. Głównie jednak szeroko pojęty handel, bo środki z zagranicy przeznaczane są w dużej mierze na zakup wszelkich dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku. Deweloperzy oceniają też, że zwiększone zainteresowanie zakupem mieszkań, domów i ziemi wydatnie zmniejszyło rozmiary dołka cenowego na rynku nieruchomości. Ciekawym, choć niebezpośrednim skutkiem emigracji jest także pewien wzrost zatrudnienia nauczycieli, bo zwiększyło się zainteresowanie uczęszczaniem do techników dających fach przydatny w pracy za granicą.
Prof. Stola pozytywnie ocenia skutki tak dużej emigracji zarobkowej Polaków: – Ludzie na ogół działają racjonalnie, skoro wyemigrowało 2 mln ludzi, to jest to dobre dla nich i dla ich rodzin. Jeśli skorzystało na tym tylu ludzi, to skorzystała także Polska, przecież gdyby mieli tu pracę, znaleźliby dla siebie miejsce w kraju.
Zdaniem prof. Włodzimierza Pańkowa z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, na decyzje o emigracji wpływają stosunki pracy w Polsce zbliżone do zwykłego wyzysku. Tak duży ubytek produktywnych i dynamicznych na ogół ludzi nie może jednak pozostać bez wpływu na przyszłość naszego kraju. Należy też pamiętać o skutkach społecznych – w Polsce jest ponad 50 tys. eurosierot mających co najmniej jednego z rodziców za granicą.
– To jest w dużej mierze emigracja przymusowa, wynikająca z dużego bezrobocia w Polsce i z niemożliwości zdobycia przez młodych mieszkania. Mniejsze zło, ale zło – podkreśla prof. Kowalik, który tak duże rozmiary emigracji uważa za oskarżenie pod adresem polskiej polityki gospodarczej. Bo wprawdzie prawie 100 mld zł przysłane przez emigrantów pozwala zmniejszyć skalę spowolnienia ekonomicznego, ale to efekt doraźny. Czym innym są natomiast takie konsekwencje jak choćby wyjazd dziesiątków tysięcy specjalistów, wykształconych kosztem całego społeczeństwa, z których umiejętności i wiedzy korzystają inne państwa. W dodatku z powodu trwającego kryzysu część z nich nie znajduje pracy, trafiając na bezrobocie, tyle że za granicą.
Prof. Stola podpowiada, że dobrym rozwiązaniem, pozwalającym ostatecznie uznać, że wykształcenie każdego człowieka stanowi jego osobiste prawo, z którym może robić, co mu się żywnie podoba, byłby amerykański system kredytów subsydiowanych: – Student jest w stanie zwrócić taki kredyt bez większych obciążeń, a potem nikt już nie będzie mu wypominać, że wykształcił się na koszt państwa.

Powrotów nie będzie?

Emigracja zmienia Polaków – i tych, którzy wyjeżdżają, i tych, którzy zostają. – Po tych prawie czterech latach stałem się innym człowiekiem. W Polsce przez ten czas niewiele się poprawiło, ale ja nabrałem doświadczenia życiowego, odporności, woli walki. Jestem handlowcem, poznałem realia zachodniego handlu, często zupełnie inne niż polskie, dopracowałem swój angielski. Pewnie dzięki temu wszystkiemu w Polsce zostałem dyrektorem oddziału poważnej firmy – mówi Karol Karaszewski, który w Wielkiej Brytanii parokrotnie tracił i zdobywał pracę, więc wie, jak sobie radzić. I nie żałuje powrotu, a tym samym należy do większości, bo dwie trzecie obecnych emigrantów zarobkowych planuje kiedyś powrót do kraju.
Tyle że wszystkie badania pokazują, że ci, którzy na obczyźnie spędzą ponad pięć lat, na ogół zostają już tam na zawsze, a co najmniej do uzyskania zachodnioeuropejskiej emerytury. Do tego pięcioletniego okresu stopniowo zbliża się coraz więcej Polaków, którzy wyjechali za granicę po naszym wejściu do Unii. Kryzys, który nie omija Polski, sprawia, że zapał do powrotu, dość silny jeszcze rok temu, teraz wyraźnie słabnie w miarę wzrostu bezrobocia nad Wisłą.
Wiadomo, że Polacy tracą pracę również za granicą, choć nie wiadomo, o ile rzeczywiście wzrosło tam bezrobocie wśród naszych rodaków. Szacunki są różne, od 100 tys. do nawet 400 tys. osób. Zawsze jednak za granicą istnieje wentyl bezpieczeństwa, którego nie ma w Polsce – czyli praca opłacana na tyle nisko, że już nieopłacalna dla obywateli tamtych państw, ale jeszcze możliwa do zaakceptowania przez emigranta z naszego kraju. Inaczej też powodzi się bezrobotnemu Polakowi, który stracił etat w Niemczech czy Anglii, a inaczej takiemu, któremu podziękowano w ojczyźnie. Na pewno straciła już aktualność smutna wizja Marii Konopnickiej:
Przelecieliśmy, jako te żurawie
Przez morze, swoich puściwszy się włości.
Miał tu nas kraj ten spotykać łaskawie
Obiecywali przeróżnych dobrości.
Aż jak za nami zatrzasły się wnyki.
To my nie ludzie już? Nie katoliki?
Nawiasem mówiąc, jak oceniał dwa lata temu ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce, Charles Crawford, za sprawą przybyszów z naszego kraju nad Tamizą dominującą religią znowu stał się katolicyzm. Dodajmy, że po raz pierwszy od czasów Marii Tudor.
Nie wiadomo dokładnie, ilu Polaków spośród tych, którzy wyjechali po 2004 r., powróciło do kraju. Na pewno jednak nie więcej niż 200 tys. – a na ich miejsce przecież wyjechali nowi. W dodatku co trzeci emigrant zarzeka się, że do Polski nigdy na stałe nie wróci. Wygląda więc na to, że cokolwiek pod przymusem ekonomicznym, ale spełnia się odwieczne marzenie wielu rodaków – żyć i pracować w opiekuńczym państwie zachodnim, a do Polski przyjeżdżać tylko na święta i wakacje oraz z wizytą do członków najbliższej rodziny. I, miejmy nadzieję, wysyłać im pieniądze.

——————————————————–

Jakie skutki miał wyjazd ponad 2 mln Polaków do pracy za granicę?

Prof. Aldona Andrzejczak, rozwój zasobów ludzkich, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu
Przede wszystkim wzrosła zamożność społeczeństwa, ludzie trochę zarobili, a gdy wrócą, będą to bogatsze rodziny. Po drugie uniknęliśmy lawinowego wzrostu bezrobocia i także kryzys przebiega łagodniej, bo sporo ludzi odpłynęło z krajowego rynku pracy. Trzeci skutek to fakt, że pewne zawody czy też młodzi specjaliści, gdyby nie wyjechali, zostaliby zepchnięci na margines i stracili swoją szansę. Za granicą mogli zaistnieć, zdobyli dodatkowe umiejętności, choć dla kraju początkowo odpływ wykwalifikowanych kadr oznaczał pewne trudności. Jednak generalnie wyjazd ten nie wpłynął negatywnie na nasz rynek pracy, co więcej – poprawił się standard świadczenia niektórych usług, bo ci, którzy nauczyli się choćby przez krótki okres zatrudnienia za granicą innej kultury pracy, lepiej wykonują usługi w kraju. Widzę więc raczej pozytywne strony. Niektórzy uważają, że to strata, ponieważ wykształciliśmy absolwentów, którzy nie pracują w kraju. Wiemy jednak, że niechętnie zatrudnia się absolwentów, bo nie mają doświadczenia – więc pojechali po doświadczenie. Nasza gospodarka nie będzie odczuwać negatywnych skutków tej migracji, dopóki nie okaże się, że ci najlepsi zostaną na stałe, wrócą zaś ci, którym się nie udało za granicą. Wtedy pojawią się problemy. Na razie mamy same korzyści.

Dr Marcin Kowalczyk, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie, Wydział Prawa i Administracji
Z perspektywy ostatnich pięciu lat wyjazd tak licznej grupy głównie młodego pokolenia Polaków do pracy za granicą doraźnie poprawił sytuację na krajowym rynku. Kiedy statystyki bezrobocia w Polsce spadły do poziomu jednocyfrowego, można było mieć nadzieję, iż ta tendencja utrzyma się dłużej. Obecnie osiągnięcie takiego wyniku pozostaje w sferze marzeń. Trudno zresztą wskazać jakiekolwiek miejsce w Europie niedotknięte tym problemem. Oczywiście, zjawisko exodusu ma nie tylko wymiar ekonomiczny. Wyjazdy za pracą rozdzielają rodziny i partnerów życiowych, prowadzą do licznych rozterek związanych choćby z pozostawianiem dzieci w kraju, wyrywają ludzi z ich naturalnego środowiska. Jednak pomagają też w samodzielnym funkcjonowaniu w nowym środowisku, posługiwaniu się językiem obcym. Wśród emigrantów duża część obecnych 20-, 30-latków na obczyźnie założyła własne rodziny. Czy ludzie ci wrócą kiedykolwiek do Polski? Dla krajowej gospodarki powrót emigrantów, posiadających cenne umiejętności, doświadczenie oraz fundusze na rozpoczęcie własnej działalności mógłby stać się nie lada bodźcem rozwojowym. Ponadto nasze starzejące się społeczeństwo w dłuższej perspektywie nie może sobie pozwolić na utratę tak licznej grupy rodaków, zasilających swoimi podatkami budżety innych państw.

Prof. Janusz Sztumski, socjolog, Uniwersytet Śląski
Wyjazd wielu Polaków za granicę jest zjawiskiem, które trzeba oceniać, uwzględniając różne aspekty oraz skutki ekonomiczne i społeczne. Skutki doraźne oceniam negatywnie, ponieważ kraj opuszczają ludzie raczej młodzi, wykształceni, z dużym doświadczeniem zawodowym, energiczni i przedsiębiorczy. Mogliby oni pracować bardzo efektywnie w Polsce, gdyby tutaj znaleźli zatrudnienie. Obecnie nie ma dużego bezrobocia, brakuje też rozmaitych fachowców, cierpią na tym usługi hydrauliczne, budowlane, elektryczne itd. Wyjazd młodych, fachowych i aktywnych ludzi niesie również określone zagrożenia dla przyszłości polskiej gospodarki, a także skutki społecznie negatywne. Te wyjazdy są często powodem rozbicia rodzin i pojawiania się tzw. eurosierot, co dla mnie jako zajmującego się polityką społeczną stanowi problem godny uwagi. Wraz z rozwojem globalizacji będzie się nasilać zjawisko coraz większego przepływu ludzi na obecnie chłonnych rynkach pracy, pojawi się zapewne większa niż dotąd konkurencja między ludźmi oferującymi swoją pracę. Polacy w porównaniu z innymi obywatelami państw Europy Środkowo-Wschodniej byli najliczniej obecni na rynkach Zachodu i byli postrzegani jako dobrze przygotowani, chętni do pracy i tani, a zarazem mało egzotyczni. Spełnialiśmy kilka istotnych kryteriów poszukiwanego pracownika, ale to się może zmienić, gdy pojawią się dobrze przygotowani Litwini, Ukraińcy, nie mówiąc już o Chińczykach. Z tych względów uważam, że wielu wyjeżdżających wróci do kraju i będzie to tylko emigracja okazjonalna, a nie taka jak w początkach XX w. Wracający będą ludźmi zamożniejszymi i to jest jeden z pozytywów wyjazdów. Niektórzy będą w Polsce inwestowali swój kapitał, co przyniesie korzyści całej gospodarce. Jednak jako całość fala wyjazdów jest zjawiskiem bardzo złożonym, którego nie można traktować jednostronnie.

Prof. Marek Okólski, demograf, Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej
Po przystąpieniu do Unii odpływ z Polski okazał się jedną z najbardziej spektakularnych migracji we współczesnej historii Europy. W ciągu bardzo krótkiego czasu, pomiędzy 1 maja 2004 r. a 1 stycznia 2008 r. wyjechało około 6% populacji w wieku produkcyjnym (czyli między 15. a 59. rokiem życia). Dominująca część wyjechała w celu znalezienia pracy. Odpływ tych ludzi z Polski może przyczynić się do zmian w gospodarce. Np. znacznie silniejsze skłonności do emigracji obserwowano wśród osób pochodzących z regionów zacofanych gospodarczo, w których były ograniczone możliwości zatrudnienia. Wyjechał wysoki odsetek ludności mieszkającej w średnich i małych miastach oraz na wsi. Te rejony straciły relatywnie więcej młodych i bardziej wykształconych osób. Coraz więcej migrujących to absolwenci pojawiający się po raz pierwszy na rynku pracy. W tych regionach można więc mówić nawet o drenażu mózgów. Jednocześnie wyjazdy z kraju pozwoliły powstrzymać wzrost bezrobocia, ale i powiększyły deficyt niektórych zawodów. W efekcie spowodowało to zwiększenie elastyczności na polskim rynku pracy, co jest widoczne np. w dostosowaniu płac do niedoborów siły roboczej, w bardziej aktywnej rekrutacji dokonywanej przez pracodawców i zwiększeniu wkładu w inwestycje w kapitał ludzki. Jednak trudno wyciągać z faktu emigracji wyłącznie pozytywne wnioski, zwłaszcza w perspektywie długofalowych zmian demograficznych i naszych oczekiwań w tym zakresie.

Wojciech Paczyński, ekonomista CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych
Skutki migracji zarobkowych dotykają wielu sfer życia gospodarczego i społecznego, przy czym niektóre efekty będą się ujawniać dopiero w przyszłości. Na poziomie makroekonomicznym wyjazdy do pracy oznaczają m.in. duży wzrost prywatnych transferów gotówki do rodzin pozostających w kraju. Zmieniają też sytuację na rynku pracy, gdzie (przynajmniej w pewnych zawodach i na pewnych obszarach) pojawiały się trudności ze znalezieniem pracowników. Większość migrantów po jakimś czasie powraca do Polski. Kryzys gospodarczy mocno dotykający kraje, w których pracuje najwięcej Polaków (Wielka Brytania, Niemcy, Irlandia), przyspieszył falę powrotów. Pewna część migrantów pozostanie za granicą na długo, być może na stałe. Ciekawe, a przy tym bardziej skomplikowane i różnorodne są efekty na poziomie indywidualnym. Wyjazd to z jednej strony szansa na podniesienie kwalifikacji zawodowych, naukę języka, uzupełnienie edukacji, poznanie świata, przełamanie oporów przed mobilnością zawodową w przyszłości (zmianą zawodu czy miejsca zamieszkania), wzrost zamożności. Z drugiej strony cierpią więzi rodzinne (np. w sytuacji, gdy partnerzy czy dzieci osób pracujących za granicą pozostają w kraju). Niektórzy migranci podejmują pracę poniżej swoich kwalifikacji i nie udaje im się zbudować pozycji zawodowej odpowiadającej zdobytemu w Polsce wykształceniu – ich kwalifikacje ulegają wtedy deprecjacji. Podsumowując – pozytywne wymiary migracji zarobkowych wydają się dominować, choć warto też pamiętać o związanych z tym niekiedy problemach – zwłaszcza na poziomie poszczególnych osób czy rodzin.

Not. BT

Wydanie: 46/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy