Narodowa terapia jodowa

Narodowa terapia jodowa

Po katastrofie w Czarnobylu przez siedem dni 18,5 mln Polaków, w tym 95% dzieci, dostało leczniczą dawkę płynu Lugola

Gdy wczesnym rankiem 28 kwietnia 1986 r. radioaktywny pył zawisł nad Mazurami, wychwycono go w stacji monitoringu radiacyjnego w Mikołajkach. Początkowo nie bardzo wiedziano, jak zinterpretować zaskakujące pomiary. Bo czujniki wykazały, że radioaktywność powietrza wzrosła z dnia na dzień aż 550 tys. razy! Prof. Zbigniew Jaworowski z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, który koordynował prace 140 stacji pomiaru skażeń rozsianych po całej Polsce, najpierw podejrzewał, że gdzieś wybuchła wojna atomowa. Inni sugerowali, że to odprysk prób z bronią nuklearną. Może w Nowej Zelandii? Brali pod uwagę także akcję terrorystyczną z użyciem bomby jądrowej. Albo jakąś manifestację, próbę sił mocarstw atomowych. Wkrótce analiza składu chmury, którą przeprowadziło CLOR, wskazała awarię elektrowni jądrowej. Może radzieckiej? Rosjanie stanowczo zaprzeczyli.

Szwedzi alarmują

Podobnie po omacku działali Szwedzi, którzy także odnotowali drastyczne podwyższenie radioaktywności. Gdy sprawdzili, że to nie ich elektrownia Forsmark jest źródłem i że wiatry wieją z południowego wschodu, a w radioaktywnym pyle znaleźli substancje typowe dla radzieckich elektrowni atomowych, domyślili się, że promieniotwórcza mieszanka dociera do nich przez Bałtyk z europejskiej części ZSRR. Chcieli – oczywiście – jak najszybciej się dowiedzieć, która to elektrownia. Jak duży był wybuch? Co grozi Szwecji i Europie? Ale żeby uzyskać te informacje, musieli sprawę nagłośnić i wytworzyć międzynarodową presję na ZSRR. Bo Kreml – choć zobowiązany umowami – nie zamierzał informować, że w nocy z 25 na 26 kwietnia wybuch rozsadził elektrownię atomową w Czarnobylu na Ukrainie i do atmosfery zaczęły się przedostawać substancje radioaktywne, a złowroga chmura poleciała nad północno-wschodnie rejony Polski i Skandynawię. W rezultacie Polacy, w tym polskie władze, o katastrofie dowiedzieli się dopiero 28 kwietnia późnym popołudniem, od Anglików, z radiowej stacji BBC.

Gdy świat znał już prawdę, tegoż 28 kwietnia w wieczornym wydaniu radzieckiego dziennika telewizyjnego „Wremia” podano w lakonicznym komunikacie: „Doszło do awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Uszkodzony został jeden z reaktorów. Powzięto środki w celu usunięcia następstw awarii. Poszkodowanym udziela się pomocy. Powołana została specjalna komisja rządowa”. Wiadomość podano jako siódmą z kolei.

Rakotwórczy jod

A wtedy w Warszawie stężenie cezu-137 w powietrzu było ponad 80 tys. razy większe niż średnio przed rokiem, stężenie jodu-131 wyniosło zaś ok. 100 Bq/m sześc., choć przed awarią badania nie wykrywały go w ogóle. Natomiast moc promieniowania gamma okazała się trzy razy większa niż zwykle. Najbardziej martwił jod-131. Ten promieniotwórczy pierwiastek wchłonięty przez organizm koncentruje się w tarczycy i wywołuje raka. Jest niebezpieczny zwłaszcza dla młodych. Instytut Problemów Jądrowych: „Z pobieżnych ocen wynikało, że dawka promieniowania od promieniotwórczego jodu w tarczycy dzieci może przekroczyć 50 mSv, powyżej którego Międzynarodowa Komisja Ochrony Radiologicznej (ICRP) zalecała blokowanie tarczycy jodem nieradioaktywnym”*.

Dlatego komisja rządowa powołana 29 kwietnia o godz. 6 pod przewodnictwem wicepremiera Zbigniewa Szałajdy już o godz. 11 zadecydowała o wprowadzeniu profilaktyki jodowej w Polsce. Ustalono – po raz pierwszy w historii medycyny – że dzieciom będzie podawany płyn Lugola zamiast tabletek z jodkiem potasu.

Dlaczego płyn Lugola? Bo nie było wystarczającej ilości tabletek, a płyn Lugola bez trudu sporządzić mogła każda apteka z ogólnie dostępnych składników. Ten preparat wynaleziony w 1829 r. przez francuskiego lekarza Jeana Lugola składa się z wody destylowanej (97%), jodku potasu (2%) i jodu (1%). Działa bakteriobójczo. Stosuje się go powszechnie do odkażania ran i otarć skóry. Jest pomocny w zwalczaniu chrypki, zapalenia gardła. Ale w 1986 r. ważne było, żeby jod z płynu Lugola przyswojony przez dziecięce tarczyce blokował osadzanie się tam promieniotwórczego jodu-131.

Błyskawiczna akcja

„Akcję rozpoczęto jeszcze wieczorem, 28 kwietnia, i kontynuowano nocą w województwach północnowschodnich”, podkreślił Instytut Problemów Jądrowych i ocenił: „Akcja przebiegała bardzo sprawnie. Podawanie płynu Lugola zorganizowano we wszystkich przedszkolach, szkołach, ośrodkach zdrowia i aptekach. Około 75% populacji dzieci w Polsce w tych województwach przyjęło stabilny jod w ciągu pierwszych 24 godzin akcji. W innych rejonach kraju (…) akcja ciągnęła się jeszcze do 5 maja. Jod otrzymało 18,5 mln osób, w tym 10,5 mln dzieci (…)”.

Po brązowy płyn Lugola – szybko nazwany radziecką coca-colą – w całej Polsce ustawiały się kolejki w aptekach. Jego przykry smak często powodował wymioty, nie tylko u najmłodszych. Jeszcze trudniej przyswajalna była rozcieńczona jodyna, którą także masowo pito w obawie przed promieniotwórczym jodem. Bo aptekarze nie nadążali z produkcją wynalazku dr. Lugola.

Była to największa w historii medycyny akcja profilaktyczna dokonana w tak krótkim czasie – podkreślał w wywiadach prof. Zbigniew Jaworowski, lekarz radioterapeuta. I chętnie porównywał Polskę z USA, gdzie w 1979 r. po awarii w elektrowni jądrowej Three Mile Island podano okolicznej ludności tabletki z jodem dopiero po ośmiu dniach. Instytut Problemów Jądrowych 20 lat po wybuchu w Czarnobylu napisał wprost: „Trudno zgodzić się z oceną o »nieco opóźnionej« akcji podawania płynu Lugola, gdyż nawet dzisiaj zapewne akcja nie przebiegałaby sprawniej”.

Dodatkowo władza wstrzymała wypasy bydła i nakazała podawanie dzieciom tylko mleka skondensowanego lub w proszku. Zalecano nieotwieranie okien i ograniczenie spożycia nowalijek, czyli rzodkiewek, sałaty, młodej marchwi itp. A jednocześnie nie było jej stać na odwołanie 1 maja pochodów i towarzyszących im zabaw na świeżym powietrzu. 6-22 maja odbył się również Wyścig Pokoju, który startował przecież z Kijowa, leżącego 134 km od Czarnobyla.

Jakie skutki?

Jak katastrofa w Czarnobylu odciśnie się na zdrowiu Polaków? Jakie będą długofalowe skutki? – zastanawiano się w 1986 r. w wielu polskich domach. Po latach okazało się, że wzrost promieniowania beta 550 tys. razy nie jest dla ludzi groźny. Prof. Zbigniew Jaworowski tłumaczył cierpliwie w swoich wywiadach, że był to jedynie wzrost tzw. całkowitej aktywności beta w powietrzu, „która stanowi wyłącznie wskaźnik alarmowy, sygnalizujący, że dzieje się coś niedobrego z radioaktywnością. Tego nie da się prosto przeliczyć na dawkę promieniowania pochłanianą przez ludzi. Natomiast dla człowieka niebezpieczny jest radioaktywny cez i jod oraz promieniowanie gamma wielu innych radioizotopów. Jego dawki, jak się okazało, wzrosły wówczas tylko trzykrotnie i nie stanowiły żadnego zagrożenia dla zdrowia”.

Prof. Maria Górska, kierownik Kliniki Endokrynologii, Diabetologii i Chorób Wewnętrznych w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku oceniła po latach w jednym z wywiadów: „Mieliśmy świadomość, że po katastrofie może wzrosnąć liczba zachorowań na raka tarczycy. I rzeczywiście w naszych kolejnych badaniach, już po katastrofie, stwierdziliśmy wzrost. Nie potrafiliśmy jednak jednoznacznie ocenić, z czego to wynika: czy z tego powodu, że mamy lepszą diagnostykę, robimy więcej badań USG i jest lepsza wykrywalność, czy też jest to skutek awarii elektrowni w Czarnobylu. Okazało się jednak, że wzrost zachorowalności na raka tarczycy obserwuje się nie tylko w Polsce, ale na całym świecie: w Stanach Zjednoczonych czy w Europie. (…) Ten nowotwór łączy się otyłością, dobrobytem; nie powinniśmy tego łączyć z awarią w Czarnobylu”.

Komitet Naukowy ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) ustalił, że w wyniku katastrofy w Czarnobylu w pierwszym roku każdy Polak otrzymał średnio dawkę promieniowania wielkości 0,3 mSv, a w kolejnych 70 latach przyswoi 0,9 mSv. Dodatkowo, w tym samym czasie, dostanie 170 mSv dzięki naturalnemu promieniowaniu. Dlatego uznał, że to czarnobylskie promieniowanie nie miało – najprawdopodobniej – wpływu na zdrowie Polaków.

Zmarły prawie 10 lat temu prof. Jaworowski, który był specjalistą w dziedzinie skażeń promieniotwórczych o międzynarodowym autorytecie, przyznawał wprost, że gdyby w kwietniu 1986 r. miał pełną wiedzę na temat wybuchu w Czarnobylu, na pewno nie zalecałby podawania płynu Lugola.

m.piszcz@tygodnikprzeglad.pl

* Cytowane uwagi Instytutu Problemów Jądrowych pochodzą z opracowania „W 20-tą rocznicę awarii Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej” W. Trojanowskiego, L. Dobrzyńskiego, E. Droste.

Fot. PAP/CAF/Krzysztof Sitek

Wydanie: 7/2021

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy