Kto nas będzie leczyć

Kto nas będzie leczyć

Lekarze na walizkach, pielęgniarki się pakują

42-letni Marcin Kucharski, lekarz rodzinny z Gdańska, raz na dwa miesiące wsiada do samolotu, by po czterech godzinach wylądować w irlandzkim Cork. Spędzi tam tydzień, zastępując irlandzkiego kolegę w przychodni medycyny rodzinnej. Zarobi 2,5 tys. euro. W Polsce na taką samą kwotę musi pracować około półtora miesiąca.
Bliżej, bo do Malmö w Szwecji, kilkanaście razy w roku lata dr Rafał Olszewski, reumatolog z Poznania, który bierze dyżury weekendowe płatne od 1,2 do 1,5 tys. euro. Dr Olszewski i w Polsce, i w Szwecji pracuje w szpitalu, ale za granicą ma lepsze warunki – mniej pacjentów pod opieką. – Kiedy w poniedziałek wracam, jestem wypoczęty i mogę od razu iść na popołudniowy dyżur .
Obecnie do pracy za granicą wyjeżdża ok. 20% polskich lekarzy, część na zastępstwa – tygodniowe, trzytygodniowe i dłuższe oraz weekendowe dyżury, inni na stałe. Ci ostatni już nie wracają. Zainwestowali w naukę języka, urządzili się, w Polsce musieliby wszystko zaczynać od początku. Do wyjątków należy dr Tadeusz Zielonka, specjalista chorób płuc z Warszawy, który przez wiele lat mieszkał i pracował we Francji. – Wróciłem, bo mam leciwych rodziców, którymi trzeba się zaopiekować – mówi. – Ale warunki we Francji są o wiele lepsze. Lekarze zarabiają tam od 7 tys. euro miesięcznie wzwyż. To kilka razy więcej niż w Polsce, gdzie doktor dostanie średnio 5-6 tys. zł. Niektórzy mają więcej, ale kosztem czasu wolnego.
– Różnica jest taka, że w innych krajach UE lekarz pracuje ok. 160 godzin miesięcznie, a u nas 265. A gdzie czas na życie? – pyta dr Dariusz Rembisz ze szpitala św. Elżbiety w Warszawie. Wrócił do kraju po pobycie w Szwecji, bo założył rodzinę i chciał, żeby dzieci mówiły po polsku. Dr Rembisz nie dziwi się, że ludzie po ukończeniu studiów wyjeżdżają z kraju, i to nie tylko ze względu na lepsze warunki pracy. W innych krajach łatwiej jest zrobić specjalizację. Poza tym rezydent, czyli lekarz w trakcie specjalizacji, zarabia np. w Szwecji trzykrotnie więcej niż w Polsce.
Dr Michał Sutkowski, lekarz rodzinny, który przeciętnie raz na miesiąc dostaje propozycję wyjazdu zagranicznego do Skandynawii za cztero- czy pięciokrotnie wyższą stawkę niż ta, którą ma w Polsce, mówi, że chętnie by wyjechał, ale gdyby był młodszy, teraz za późno na zmiany.
Oficjalne statystyki podają, że 10-20% lekarzy szuka pracy za granicą. W większości to młodzi ludzie – po studiach albo z kilkuletnią praktyką. O skali zjawiska świadczy liczba wydawanych zaświadczeń pozwalających polskim lekarzom ubiegać się o pracę w innych krajach Unii Europejskiej. Najwięcej – nawet 2,5 tys. rocznie – wydawano ich w pierwszych latach po przystąpieniu Polski do Unii. Potem liczba wyjeżdżających zmalała. Ale od dwóch lat znowu rośnie i obecnie izby lekarskie wydają po 1 tys. zaświadczeń na rok. – To sporo, biorąc pod uwagę, że co roku uczelnie medyczne kończy 2,5-3,5 tys. absolwentów – mówi dr Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Wynika z tego, że jest to 25-procentowy wzrost w porównaniu z poprzednimi latami, gdy o prawo do pracy za granicą ubiegało się 800 lekarzy rocznie.
Wyjazdy do krajów UE to nie wszystko. Część lekarzy znajduje pracę w Stanach Zjednoczonych, Australii czy RPA. Takie pozaeuropejskie wyjazdy nie są ujęte w statystykach izb lekarskich. – Ogółem można przyjąć, że dotąd za granicę wyjechało 10% medyków. W efekcie w Polsce według OECD przypada 2,2 lekarza na 1 tys. mieszkańców i jest to jeden z najniższych wskaźników w Europie – stwierdza dr Maciej Hamankiewicz.

Młodsi do krajów UE

Najwięcej osób wyjeżdża do Wielkiej Brytanii i Niemiec, nieco mniej, ale także dużo, do Irlandii. W Niemczech wielu lekarzy znajduje zatrudnienie na stałe, zwłaszcza we wschodniej części kraju. – W niektórych landach, takich jak Saksonia czy Brandenburgia, kierownikami klinik są Niemcy. Reszta personelu to obcokrajowcy, a wśród nich wielu Polaków – mówi dr Hamankiewicz. Lekarze z drugim stopniem specjalizacji zarabiają tam średnio 80-100 tys. euro rocznie, czyli kilka razy więcej niż w Polsce.
Do Anglii nadal sporo osób jeździ na stałe, ale ostatnio przeważają wyjazdy okresowe. – Taki lekarz pracuje w Wielkiej Brytanii nieprzerwanie trzy-cztery tygodnie, a potem wsiada w samolot i wraca do Polski – wyjaśnia dr Hamankiewicz. Na same weekendy do Wielkiej Brytanii najczęściej wyjeżdżają anestezjolodzy i radiolodzy. Stawka za godzinę wynosi od ponad 30 do przeszło 70 funtów. W Anglii polscy medycy bardzo chętnie są widziani w domach opieki społecznej i jako specjaliści leczenia odwykowego. Sporo młodych lekarzy trafia do pracy w opiece okołooperacyjnej. – Mamy dla nich wiele ofert na stanowisko resident medical oficer. Taka osoba zajmuje się pacjentem przed operacją i po niej. Na tym stanowisku zatrudniani są lekarze bez specjalizacji, zarabiają 1,9 tys. funtów tygodniowo – mówi Alicja Borkowska z firmy NES Health­care pośredniczącej w załatwianiu pracy w Anglii. Warunek jest jeden – trzeba dobrze znać angielski. Firma ma stałych pracodawców, z którymi współpracuje.
Wielu młodych ludzi wyjeżdża, aby za granicą zrobić specjalizację – bo tam nie ma z tym problemu. Niektórzy jadą, aby ją dokończyć w innym kraju. Przyszli onkolodzy i psychiatrzy wyruszają do Szwecji, bo te specjalności stoją w Skandynawii na bardzo wysokim poziomie.
W Danii i Norwegii poszukiwani są psychiatrzy, reumatolodzy, patomorfolodzy, radiolodzy i lekarze rodzinni. Jeśli ktoś ma drugą specjalizację, średnio zarabia tam rocznie 95 tys. euro, przy czym pracuje 35 godzin w tygodniu. Kinga Łozińska z Paragony, jednej z najbardziej rozpoznawalnych firm pośredniczących w pracy dla lekarzy za granicą, twierdzi jednak, że ostatnio liczba lekarzy pytających o zatrudnienie w Norwegii i Szwecji zmalała. Powodem jest wydłużenie czasu rekrutacji oraz wymóg znajomości języka norweskiego czy szwedzkiego bądź chęci nauki. Z językiem angielskim możliwa jest tylko praca na zastępstwa. Nie każdego przybysza z Polski to satysfakcjonuje. Wielu młodych ludzi chciałoby zostać w Skandynawii, zwłaszcza w Szwecji, kraju bardzo przyjaznym, gdzie nie tylko można więcej zarobić, ale także są dłuższe urlopy i gwarantowana emerytura. Nie mówiąc już o tym, że tam pracuje się spokojniej i w jednym miejscu, a nie jak w Polsce – biegając z jednej przychodni do drugiej.
Większość polskich lekarzy, którzy porobili kariery w Szwecji i doszli tam do wysokich stanowisk, to ludzie, którzy wyjechali wcześniej. Dzisiejsi ordynatorzy Polacy to fala emigracji zarobkowej z lat 2004-2005. Nie mają zamiaru wracać, ale chętnie przyjeżdżają do kraju na sympozja naukowe i różne spotkania. – Pomagają nam, opowiadając kolegom w Polsce, jak tam jest – uśmiecha się Kinga Łozińska.
Starsi do Emiratów

Nowym kierunkiem wyjazdów jest Zatoka Perska – Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska, które lekarzom z Europy oferują znakomite warunki. – Można tam odłożyć wszystkie pieniądze, ponieważ lekarz ma za darmo wyżywienie i mieszkanie. W ciągu dwóch lat da się zarobić na ładny dom w Polsce – mówi Katarzyna Wyrzykowska z łódzkiej firmy GMS Recruitment. Pracodawcy zapewniają także przelot w obie strony, pieniądze na sprowadzenie rodziny i raz do roku bilety do Polski i z powrotem. Lekarze pracujący w regionie mają luksusowe warunki mieszkaniowe – domy z basenami i kortami tenisowymi. Cieszą się też dużym szacunkiem – są uważani za znacznie lepszych niż miejscowi. W krajach Zatoki Perskiej funkcjonują wydzielone szpitale niemieckie czy czeskie, gdzie często pracują Polacy. Katarzyna Wyrzykowska wysłała tam już kilkadziesiąt osób. – Najchętniej przyjmują ludzi w wieku 40+, z doświadczeniem i wąską specjalizacją – np. ortopedów stawów biodrowych – mówi Katarzyna Wyrzykowska. W ofertach pracy z Arabii Saudyjskiej jest zaznaczona płeć lekarza, jakiej potrzebuje dana klinika, ponieważ zazwyczaj będzie on przyjmował pacjentów tej samej płci. – A nie ma już mowy, aby do mężczyzny ginekologa przyszła kobieta. Nie pozwoliłby na to jej mąż – tłumaczy przedstawicielka firmy rekrutującej.
Od niedawna dużym zainteresowaniem zaczyna cieszyć się Szwajcaria, która choć nie należy do Unii, jest bardzo przyjazna i otwarta dla lekarzy obcokrajowców. Dlaczego? – Szwajcarzy nie mają własnej uczelni medycznej, uważają bowiem, że kształcenie lekarzy jest zbyt kosztowne. Wolą zatrudniać obcokrajowców, w tym chętnie Polaków, ze względu na doskonałą opinię – mówi dr Hamankiewicz.

Nie tylko finanse

Powody, dla których polscy lekarze szukają pracy w innych krajach, generalnie się nie zmieniły. Na pierwszym miejscu są finanse, chociaż w ostatnich latach zarobki lekarzy w kraju wyraźnie wzrosły. Zdaniem dr. Hamankiewicza, ok. 70% lekarzy jest zadowolonych ze swoich dochodów, w tym ponad 20% twierdzi, że zarabia bardzo dobrze. Ciągle jednak nie jest to ten poziom płac, co w innych krajach UE, biorąc pod uwagę, że tam pracuje się krócej, w jednym miejscu, a nie w kilku. Inne, pozafinansowe przyczyny wyjazdów zagranicznych to: bałagan organizacyjny, biurokracja, problemy z kształceniem specjalizacyjnym. Specjalizacja w innych krajach odbywa się w lepszych warunkach i na wyższym poziomie. Dlatego niektórzy rozpoczynają ją w kraju i kontynuują na Zachodzie. Ponadto lekarz w Polsce jest zestresowany i przytłoczony obowiązkami administracyjnymi. – To prawda, że w Niemczech też panuje biurokracja, ale tam lekarz ma sekretarkę – komentuje dr Maciej Hamankiewicz. W innych krajach europejskich lekarze zajmują się tylko sprawami medycznymi. Kolejną przyczyną są rosnące w Polsce wymagania wobec doktora ze strony pacjentów i przełożonych. – Lekarz znajduje się między młotem a kowadłem. Pacjent ma duże wymagania co do procesu leczenia i zastosowanej terapii, a przełożeni naciskają, aby lekarz leczył taniej. W badaniach NIL i PAN 62% lekarzy przyznało, że naciski, jakie wywierają na nich przełożeni, mają charakter ekonomiczny – podkreśla dr Maciej Hamankiewicz.
Katarzyna Wyrzykowska z GMS Recruitment dodaje, że nie bez znaczenia w podejmowaniu decyzji o wyjeździe są zmiany polityczne oraz kryzys ekonomiczny w danym kraju. Zauważyła, że zwłaszcza w ostatnich sześciu miesiącach wzrosło zainteresowanie wyjazdami. – Tak samo było na Węgrzech po dojściu do władzy Orbána oraz w Grecji i Hiszpanii, gdy kraje te dotknął kryzys – mówi Katarzyna Wyrzykowska, która wysyła do pracy za granicą lekarzy z różnych państw.
Do tego trzeba dodać, że polski lekarz ma za granicą doskonałą markę. Na naszych medyków wszyscy czekają z otwartymi ramionami.
Potwierdzają to firmy rekrutacyjne, które twierdzą, że pracodawcy z Unii Europejskiej bardzo często pytają o Polaków i ich właśnie wybierają, uważając naszych lekarzy za znakomicie przygotowanych, a do tego zdyscyplinowanych jako pracowników. Emigranci z innych krajów nie wytrzymują z nami konkurencji. – Na pewno zawsze chętniej wezmą do pracy Polaka niż Greka czy Hiszpana – zapewnia Katarzyna Wyrzykowska. Z kolei polscy lekarze lepiej się czują w warunkach, gdzie praca jest dobrze zorganizowana.
Co w takiej sytuacji lekarzom może zaoferować Polska? Kto nas będzie leczył tutaj – na miejscu?


NIE CHCEMY, BY UMIERALI PACJENCI I LEKARZE
Pod tym hasłem w sobotę w Warszawie demonstrowali pracownicy służby zdrowia. Manifestację zorganizowało Porozumienie Zawodów Medycznych, które skupia dziewięć ogólnopolskich związków zawodowych. Po raz pierwszy wspólnie manifestowali lekarze, także lekarze rezydenci, ratownicy, fizjoterapeuci, radiolodzy, technicy medyczni i laboranci, pielęgniarki i położne, dietetycy. Protestu nie poparła Solidarność.


Wyjazdy lekarzy z Polski*
Chirurdzy klatki piersiowej      18%
Anestezjolodzy      17%
Chirurdzy plastyczni      16%
Patomorfolodzy      13%
Radiolodzy      11%
Chirurdzy ogólni      10%
Ortopedzi      10%

* Odsetek lekarzy danej specjalności wyjeżdżających za granicę

Źródło: NIL, marzec 2016 r.


Brakuje 100 tys. pielęgniarek

Kolejne strajki i protesty pielęgniarek nie rozwiązują problemu tej grupy zawodowej, ale tylko ujawniają go z pełną mocą. Brakuje 100 tys. pielęgniarek, średnia wieku w tym zawodzie to 50 lat – bo większość młodych wyjeżdża do pracy za granicę, dwie trzecie absolwentek szkół wyższych nie odbiera świadectwa prawa do wykonywania zawodu. Średnio co roku jest ok. 4,9 tys. absolwentek pielęgniarstwa, a w roku 2015 świadectwo odebrało zaledwie 1527 osób. Pozostałe zapewne wyjadą.
Już pod drzwiami uczelni siedzą przedstawiciele firm rekrutacyjnych, którzy od razu wyłapują świeżo upieczone pielęgniarki i wysyłają je do pracy w różnych krajach. Najwięcej wyjeżdża do Niemiec, Szwecji, Anglii i Norwegii, a także do Szwajcarii. Zarobią tam kilka razy, czasem nawet 10-krotnie więcej niż w Polsce. – Trzeba zrobić wszystko, aby zatrzymać pielęgniarki w kraju – apelowała w wywiadzie dla PRZEGLĄDU (nr 23) Lucyna Dargiewicz, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych – bo za chwilę reszta nam ucieknie. A propozycje środowiska można by zawrzeć w jednym punkcie: chodzi o podwyżkę płac. Po to, by zwiększyć zainteresowanie zawodem, sprawić, że pielęgniarki nie będą wyjeżdżały i nie będą musiały pracować na kilku etatach, aby zarobić na życie.
Jak jest teraz? Pielęgniarki są przepracowane, wiele z nich haruje po 500 godzin na miesiąc, na oddziałach są często tylko jedna-dwie osoby na dyżurze, podczas gdy powinno być cztery-pięć. Wiąże się to nie tylko z gorszymi warunkami pracy i słabszym zdrowiem samych pielęgniarek, ale także zagrożeniem bezpieczeństwa nas, pacjentów. Bo czy można wymagać od kogoś, kto jest sam na 40 łóżek, że przyniesie szybko basen, oklepie lub nasmaruje, bo mamy zapalenie płuc, albo zapobiegnie upadkowi? To fizycznie niemożliwe! Nie potrzeba do tego doktoratów, gdzie udowodniono, że wraz ze spadkiem liczby pielęgniarek wzrosła liczba zdarzeń niepożądanych w szpitalach. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o zakażenia szpitalne.
Jednym słowem, środowiska pielęgniarskie apelują do pana ministra o rozwiązanie problemu, sprawienie, by nasze dziewczyny nie szukały pracy za granicą, ale miały godne warunki wykonywania zawodu tutaj – na miejscu. A jest to w interesie nas wszystkich.
Niestety, nie możemy też liczyć na to, że polskie pielęgniarki zostaną zastąpione przez te z Ukrainy. Jeśli nawet Ukrainki u nas studiują, Polska jest dla nich tylko przystankiem w drodze po lepsze życie w krajach UE.


W Unii najłatwiej

We wszystkich krajach Unii Europejskiej uzyskane w Polsce kwalifikacje do wykonywania zawodu lekarza są automatycznie uznawane po przedstawieniu dokumentów – przede wszystkim dyplomu ukończenia studiów. Na tej podstawie lekarze uzyskują w tych państwach uprawnienie do wykonywania zawodu. Oprócz kwalifikacji powinni wykazać się niekaralnością zawodową, co potwierdzają izby lekarskie w stosownym zaświadczeniu.
Od stycznia tego roku w UE obowiązuje system wzajemnego ostrzegania. Kraje członkowskie informują się nawzajem o osobach ukaranych przez sąd lekarski zakazem lub ograniczeniem prawa wykonywania zawodu. Może to być podstawą odmowy wydania prawa wykonywania zawodu w innym państwie.


Wschodni zaciąg

Zagraniczni lekarze w Polsce to przybysze z Ukrainy, Rosji, Litwy, Armenii, Mongolii oraz krajów arabskich, czasem afrykańskich. Nie jest to ciągle duża grupa, obejmuje kilkaset osób. Nie sprawdziła się hipoteza, że skoro nasi lekarze masowo opuszczają Polskę, inni – np. ze Wschodu – zajmą ich miejsce. Ci, tak jak pielęgniarki, zwykle traktują nasz kraj jako tymczasowe miejsce pobytu, dążąc do polepszenia sobie warunków w krajach zachodnich.

Wydanie: 39/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. jacek Nadzin
    jacek Nadzin 29 września, 2016, 07:40

    Dawniej lekarzy obowiazywal jaki „kodeks moralny”. Studiowali na koszt polskigo społeczeństwa to i polskich pacjentów powinni leczyć. Teraz tylko pieniądz się liczy.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy