Nasi w Guinnessie

Nasi w Guinnessie

Konstruują miniaturowe telefony, czytają wspak albo… rzucają beretem

W Kielcach 406 osób zjechało na miskach i patelniach ze zbocza po śniegu. W Warszawie 860 piłkarzy i 40 piłkarek strzeliło 1914 bramek jedną piłką przez 50 godzin. Zmieniali się co 45 minut. W Gdańsku 25 tys. mieszkańców pozowało do zbiorowego zdjęcia.
W Krakowie grano hejnał mariacki na 1914 trąbach. To ledwie kilka tegorocznych przykładów prób bicia rekordów do Księgi Guinnessa.
Wśród 150 Polaków, którzy zasłużyli sobie na to, by ich nazwiska znalazły się w Księdze, najwięcej jest sportowców, muzyków, literatów, podróżników. Dużo mniej mamy tam inżynierów i techników.
Polskie wydania Księgi zawierają specjalne rozdziały, dzięki którym można porównać ważniejsze rodzime wyczyny ze światowymi. W najnowszej, milenijnej Księdze (wydanej przez wydawnictwo Panteon) na stronie polskiej jest 26 rekordów. Wydaje się więc, że nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi od innych nacji, może nieco spóźnieni. Księga Rekordów jest wszak znana od 1955 roku, a do Polski trafiła w tłumaczeniu po raz pierwszy przed dziesięcioma laty.

Pianista najdroższy
i najwytrwalszy

Księga Guinnessa odnotowuje różne rekordy, choć nikt ich nie bił. W ten sposób do Księgi trafił np. Jan Paweł II. Guinness zauważa, że dokonał on najwięcej kanonizacji (ponad 280) i beatyfikacji (ponad 800). W polskiej edycji Księgi znalazł się górnik Alojzy Piątek, który w 1970 r. został zasypany w kopalni i przeżył bez jedzenia i picia siedem dni. Nie jest on jednak światowym rekordzistą. Pewien Austriak w 1979 r. przeżył we wraku samochodu aż 18 dni, zanim go wydobyto.
Nazwisk kilkudziesięciu polskich sportowców, którzy trafili do Guinnessa, w większości nikt już dziś nie pamięta. Z kilkoma wyjątkami. Irena Szewińska – zdobywczyni aż siedmiu olimpijskich medali – jest w ścisłej czołówce “kolekcjonerów”, a poza tym jako jedyny sportowiec przywoziła złote medale aż z czterech letnich olimpiad pod rząd. W Księdze znajduje się jednak informacja, iż jej rekord Polski w biegu na 400 m nie został pobity od 1976 r., co dowodzi opłakanego stanu naszej lekkiej atletyki. Z podobnego powodu polski wydawca pisze o nie zmienionym od 11 lat rekordzie Polski w pływaniu na 200 m stylem dowolnym Artura Wojdata i o “najbliższym światowej czołówce” pływackim rekordzie na 100 m Rafała Szukały. W Księdze jest także mowa o rekordowo długiej karierze sportowej szablisty Jerzego Pawłowskiego (od 1954 do 1971 r.), nie ma natomiast wzmianki o jej smutnym końcu.
Do Księgi trafili dwaj polscy architekci, Szaroszyk i Kaczorek, którzy zaprojektowali warszawską willę, “najpiękniejszy dom świata”, jak orzekli jurorzy pewnego konkursu we Włoszech w 1995 r. Znajdziemy tam też Jacka Pałkiewicza, który w 1996 r. oświadczył, iż odkrył właściwe źródło Amazonki i podał długość tej rzeki z dokładnością do 1 km, ale nawet w kraju ma konkurentów. Księga Guinnessa pisze o Ludwiku Zamenhofie, twórcy języka esperanto, w którym nie ma czasowników nieregularnych, o Korczaku Ziółkowskim, autorze największej rzeźby na świecie (Pd. Dakota), o pianistach Janie Paderewskim i Mieczysławie Horszowskim, z których pierwszy najwięcej zarabiał, a drugi najdłużej grał, wreszcie o kompozytorze Henryku Mikołaju Góreckim, którego III Symfonia stała się po 17 latach od jej napisania płytowym bestsellerem.
Mamy w Księdze Guinnessa najdłużej rządzącego premiera Józefa Cyrankiewicza (31 lat), niestety z przerwami, co odbiera mu absolutne pierwszeństwo, mamy najbardziej okazały bankiet u króla Polski Augusta II (na 30 tys. osób) i najokrutniejszą “wampirzycę”, Elżbietę Batory, która uśmierciła aż 600 dziewic, aby pić ich krew i kąpać się w niej. Nie wiadomo natomiast, na jakiej zasadzie trafił do spisu rekordów Waldemar Pawlak. Chyba tylko przez złośliwość, bo jego trwająca 85 sek. reklama wyborcza, kiedy w 1995 r. kandydował na prezydenta, nie była żadnym ewenementem, tym bardziej w skali światowej.

Polska specjalność

Co skłania Polaków do bicia rekordów Guinnessa? Psycholog społeczny, prof. Janusz Czapiński, z Uniwersytetu Warszawskiego uważa, że typowy rekordzista nie zaczyna od czytania Księgi Guinnessa, ale już od pewnego czasu ma osiągnięcia w jakiejś dziedzinie. Księga Rekordów może co najwyżej go zdopingować, ale nie zmienia zasadniczo jego przyzwyczajeń i sposobu życia. Rekordzistami stają się ludzie, którzy po prostu lubią sami siebie sprawdzać, stawiać sobie coraz wyżej poprzeczkę. – To nie jest z pewnością cherlak, który siedząc w fotelu, pod wpływem informacji, że jakiś Polak dostał się do Księgi Guinnessa, zabiera się do kozłowania piłki przez trzy doby – twierdzi prof. Czapiński. – Rekordzistą staje się ten, kto piłkę od dawna z lubością kozłował, przekraczał kolejne rekordy życiowe i w którymś momencie uznał, że odległość od wyniku podanego w Księdze jest już niewielka. Rekordzista nie jest byle kim, chociaż niektóre dyscypliny są śmieszne, przedziwne, szokujące. Ta różnorodność rekordów bierze się z niezwykłego zróżnicowania upodobań i hobby wśród ludzi. Oczywiście, nie każda ekstrawagancja popłaca, poza tym bicie rekordu trzeba uzgodnić z wydawcą Księgi, ale dziedziny tam uwidocznione mogą być impulsem do tworzenia nowych rekordów. Jeśli np. ktoś z fantazją dowiedział się z Księgi, że jakaś grupa próbowała sprawdzić pojemność popularnego volkswagena garbusa, to zrozumiałe, że zorganizuje próby, ile osób wejdzie do małego fiata.
– Sądzę, że Księga Guinnessa jest kresem dla tych, którzy się w niej znaleźli, ale może być dodatkowym bodźcem dla nowych kandydatów do rekordów – dodaje prof. Czapiński.
Do typowo “guinnessowskich” rekordzistów należy Adam Pieńkowski, który jest rekordzistą w rzucie beretem. Rzucił nakryciem głowy, które ważyło 132 g na odległość 28,16 m. Beret upadł antenką do góry, gdyby było inaczej nie można by zaliczyć rzutu do rekordu.
Martyna Florczak zdobyła niecodzienną umiejętność czytania wspak. W ciągu 15 minut przeczytała tym sposobem nieznany sobie wcześniej tekst liczący 2358 wyrazów. Aleksandra Kośmider oraz Alicja Gałązka znalazły się w Księdze, bo potrafiły bezbłędnie odtworzyć z pamięci w ciągu 4,5 godziny, pierwsza ciąg 999 liter, druga – 996 cyfr z 1000 podanych. Okazało, że ćwiczenie pamięci jest niemal naszą narodową specjalnością. Powstały nawet szkoły i ośrodki doskonalenia pamięci, gdzie kandydaci ćwiczą pod okiem mistrzów.
W drugiej polskiej edycji Księgi Rekordów Guinnessa znajdziemy aż pięć nowych polskich osiągnięć. Monice i Maksymilianowi Wojakowskim niepotrzebne są komputery. Ona zapamiętuje bezbłędnie wyniki 200 rzutów kostką do gry. Potrafi je podać od pierwszego do ostatniego, a nawet w dowolnej kolejności. Odpowie również na pytanie, ile razy wypadła 13. Maksymilian Wojakowski (młodszy brat Moniki) pobił rekord 15 maja 1991 roku w kasynie sopockiego Grand Hotelu. Wyczyn był rejestrowany przez I Program Telewizji Polskiej i transmitowany w audycji “5, 10, 15”. Monika i Maksymilian jako kilkuletni uczniowie mieli pewne problemy z pamięcią. Ich ojciec, Przemysław Wojakowski, postanowił pomóc dzieciom. Efektem były rekordy Guinnessa. Wojakowski zachęcony sukcesem dzieci zaczął organizować kursy, utworzył Centrum Treningowe Wojakowskich. Pierwszą olsztyńską filię przed kilku laty zorganizował dr matematyki Jarosław Kosiorek, który także zapowiedział kolejną próbę bicia kolejnego rekordu Guinnessa, tym razem w Olsztynie.

Mały, mniejszy,
najmniejszy

Także kolejny przykład rekordzisty świadczy o tym, jak wiele uporu wymaga znalezienie się na liście Guinnessa. Nazwisko Zbigniewa Różanka z Pleszewa, który w 1992 r. zbudował najmniejszy telefon świata, a następnie pobił ten rekord, dwukrotnie figuruje w Księdze. Pan Zbigniew wcześniej osiem razy próbował dostać się do Księgi. Pierwsze było wieczne pióro o gigantycznych rozmiarach – ponad 2 m. Aby rozpocząć pisanie, należało zassać 10 l atramentu. Pióro rzeczywiście było największe, ale okazało się, że w Księdze nie ma takiej konkurencji. Kolejna próba to budowa największego tranzystora. Niestety, z Anglii i tym razem nadeszła odpowiedź negatywna.
To niepowodzenie jednak go nie załamało. Skonstruował mikrofon estradowy – gigant. Wyposażył go w nadajnik. Próby wypadły pomyślnie, gdy ktoś miał włączony odbiornik radiowy na daną częstotliwość, mógł słyszeć głos Zbigniewa Różanka w zasięgu kilku kilometrów. Napisał list do Londynu, prezentując rozwiązanie. Odpisano, że owszem – jest to rzeczywiście rekord, ale takiej konkurencji w Księdze też nie ma. Jednak wydawcy Księgi pozostawili jakąś nadzieję, zatrzymali opis w aktach i być może kiedyś wrócą do tego.
Ambitny pleszowianin spróbował szczęścia w innej dziedzinie. Napisał bajkę dla dzieci. Miała 101 stron. Jej wymiary to 6×5 mm, a grubość 3 mm. Aby ją napisać, pan Zbigniew skonstruował specjalne pióro o stalówce cieńszej od włosa. Pisząc, korzystał ze szkła powiększającego. Bajka ukazała się w nakładzie 85 egzemplarzy. Londyn odpowiedział, że mają książeczkę o grubości 1 mm. W drodze do Księgi Guinnessa powstał następnie poemat składający się z 3333 zwrotek. Liczył 407 stron. Niestety, znów okazało się, że już ktoś ułożył dłuższy poemat. Zbigniew Różanek postanowił więc napisać list do cywilizacji pozaziemskich. Na taśmie papierowej o długości 111 m znalazło się 28 tys. słów. Znowu niepowodzenie. Guinness miał list męża do ukochanej żony zawierający 1,5 mln słów. Gdy w 1991 r. ukazała się pierwsza polska edycja Księgi Guinnessa, Zbigniew Różanek mógł zobaczyć, w jakich konkurencjach warto starać się o laury. Wybrał hymn kościelny. W ciągu miesiąca powstał utwór liczący 1051 zwrotek i 3566 wierszy. Znajdujący się w Księdze hymn-rekordzista miał 2966 wierszy. Wydawało się, że szczęście jest tuż-tuż. Londyn postawił jednak warunki: hymn musi być wykonywany w kościołach oraz znaleźć się w rejestrze hymnów kościelnych. Kuria biskupia nie chciała dać imprimatur.
Wreszcie pan Różanek znalazł coś dla siebie. Postanowił pobić rekord Jeffa Smitha ze Stanów Zjednoczonych, który stworzył miniaturowy telefon o wymiarach 10,48×3,82 cm i grubości 1,9 cm. Udało się. Polski telefon ma 6,7×2,80 cm, a grubość jak amerykański. To zegarmistrzowska praca. Produkcja miniaturowych części, konstruowanie, próby – pochłonęły około roku. Gdy już telefon był gotowy, Zakład Telekomunikacji w Kaliszu wystawił zaświadczenie, że telefon spełnia warunki.
– Do Wielkiej Brytanii wysłałem opinię, zdjęcie aparaciku oraz wycinek z prasy – opowiada Zbigniew Różanek. – Był rok 1992. Pobiłem rekord. Znalazłem się w wydaniu z 1992 r. Pewnego dnia pomyślałem sobie – a może by tak pobić własny rekord. Zacząłem wszystko od początku. Każdy element oglądałem wielokrotnie – co można by jeszcze zmniejszyć. I tak doszedłem do wymiarów 3,30×3,97 cm przy grubości 1,6 cm. – Moim marzeniem jest wykonanie miniaturowego samolotu, którym mógłbym się unieść – dodaje Zbigniew Różanek.

Nogą
i głową

Harmonijnie przebiegała droga do rekordu Edmunda Lechowicza, który ćwiczy od 20 lat. Jego początki to kulturystyka, jednak zajmowane na zawodach czwarte miejsca nie dawały mu satysfakcji i od roku 1993 zajął się wyciskaniem ciężarów na ławeczce. W 1994 r. zdobył pierwszy tytuł wicemistrza Europy i świata, wyciskając wtedy 140 kg w kategorii do 75 kg. W 1997 r. zdobył już złoto, został mistrzem Polski i mistrzem świata. W 1998 r. znów było złoto i srebro na Mistrzostwach Polski, potem mistrzostwo Europy, mistrzostwo świata i Puchar Świata. Wreszcie w 1999 r. przyszedł upragniony rekord Guinnessa, który traktuje jako najwyższe trofeum.
Podobnym rekordzistą, który dochodził do wyników ze sportową konsekwencją, jest 24-letni Jacek Roszkowski. Kiedyś należał do klubów KKS Gedania i Lechia Gdańsk, a odbijanie piłki traktował jak hobby. Z czasem stało się podstawą do organizowania płatnych pokazów. Po paru latach treningów Jacek zdecydował się zawalczyć o rekord świata w tej dziedzinie. W 1993 r. w Gdańsku w hotelu “Heweliusz” odbił piłkę futbolową głową 173 razy w 30 sekund, natomiast w 1995 ustanowił nowy rekord na AWF w Gdańsku-Oliwie. Oba znalazły się w Guinness Book of World Records.
Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy bijący rekord podczas jakiejś imprezy używa nazwy “Rekord Guinnessa” wyłącznie jako hasła promocyjnego, a w istocie chodzi tylko o spektakl, o popis sprawności. Do takich wydarzeń zaliczyć można rekordy 29-letniego Janusza Chomontka, który przez trzy godziny 100 tys. razy odbijał piłkę nożną stopą, barkiem i głową, a równocześnie czytał, rozmawiał, pił napoje itd. Dziennikarze obecni na pokazie zauważyli jednak, że mimo zapewnień nie było na sali żadnych obserwatorów z biura Giunnessa, odbicia piłki nie były wcale dokładnie liczone, a pomyślna próba poprawienia rekordu nie została zarejestrowana na taśmie wideo. Ktoś policzył, że Janusz Chomontek ma już na swoim koncie 13 innych nietypowych rekordów, m. in. 16-godzinny maraton w odbijaniu piłki, 70-kilometrowy bieg z piłką i inne, ale zarazem żaden z tych wyczynów nie znalazł się w Księdze.

O krok od trumny

W wielu przypadkach uzyskanie rekordu, a nawet sama walka o dobry wynik, działa korzystnie, bo integruje miejscowe środowisko, promuje miasto, region, zakład, wyrób, markę itd. Przypomnijmy: Cieszyn i 1600 m kiełbasy z indyka, kaliskiego loda na patyku dł. 4 m, katowicką
6-metrową stonogę z klocków Lego, największą filiżankę do herbaty na 5 tys. litrów itd., itp. W biernych, sfrustrowanych środowiskach taki wyczyn stanowi zwykle impuls do zainteresowania pozytywną ideą.
W większości wypadków pogoń za rekordem schlebia jednak niskim gustom. Wtedy bicie rekordu ociera się o makabrę. Przykładem niech będzie pomysł p. Bogusława Barczaka z Mysłowic, który w 1994 r., pragnąc wyrównać poprzedni rekord 141 dni, chciał się na dni 150 zakopać w trumnie (oczywiście z dostępem powietrza, pożywienia i odprowadzeniem nieczystości). Planował nawet wzięcie urlopu bezpłatnego z pracy.
Refleksja nad stanem finansowym i potencjalnymi zyskami z przedsięwzięcia skutecznie wyperswadowały podejmowanie takiej próby.
Księga Guinnessa pełna jest informacji o rekordach, których nie powinno się już zmieniać, nie służą bowiem rywalizacji. Jeśli ktoś miał już najdłuższy atak kichania trwający 978 dni, to mogłoby się okazać, że przy próbie poprawienia tego “wyniku” doszłoby do zgonu. Podobnie z najgłośniejszym chrapaniem o sile 93 decybeli. Także osiągnięcie największej prędkości na rowerze – ponad 245 km/godz. – może być równie niebezpieczne jak zjadanie tych rowerów. Chciałoby się, aby już nie było więcej rekordzistów – seryjnych morderców, takich jak uwidoczniony w Księdze Zdzisław Marchwicki, domniemany zabójca 14 kobiet i Paweł Tuchlin, ps. Skorpion, który zgładził 11 kobiet młotkiem.
Biuro Guinnessa zastrzega wprawdzie, że nie wyrazi zgody na rekordy zagrażające życiu, np. w zjadaniu gwoździ, ale z lubością powtarza w swoich wydaniach wyczyn pewnego Francuza, który dziennie spożywał 900 gramów wszelkiego żelastwa, miał na swoim koncie m.in. 18 rowerów, mały samolot Cesna i trumnę wraz z okuciami.
Ale są też dziedziny w miarę bezpieczne i zdrowe, tyle tylko, że dość dziwaczne. Polak rzucił najdalej beretem, ale do wyboru były uwidocznione w księdze rzuty: krowim plackiem, gumiakiem, kartą, cegłą i jajkiem. Istnieje też inna konkurencja: plucie na odległość. Nic dziwnego, że sceptycy nazywają Księgę Rekordów Guinnessa – encyklopedią dla ubogich.

Regulaminowy łańcuch ze spinaczy

Dla prawie wszystkich kategorii bicia rekordów – od mycia okien i słania łóżek do lizania znaczków pocztowych i rzucania ciastem z kremem – opracowano odrębne regulaminy. Istnieje sześć kategorii, w których zgłasza się najwięcej kandydatów: wchodzenie po drabinie, klejenie najdłuższego łańcucha z papieru, łączenie najdłuższego ze spinaczy, tworzenie ludzkiej stonogi, gra w rzutki i tańczenie szeregowe. Oto przykładowe wymagania, które pozwolą zorientować się co do oczekiwań stawianych pretendentom w dziedzinie łączenia łańcucha ze spinaczy.
1. Maksymalna długość użytych spinaczy wynosi 4 cm.
2. W łączeniu łańcucha uczestniczy najwyżej 60 osób, czas wynosi 24 godziny jednorazowo (a nie na przykład trzykrotnie po 8 godzin).
3. Łańcuch musi być pojedynczy, każdy spinacz powinien być zaczepiony do jednego końca kolejnego spinacza.
Aktualny rekord świata w tej dziedzinie wynosi 27 km 189 m, 25/26 lipca 1997 r. ustanowiło go 60 studentów Uniwersytetu Technicznego Nanyang w Singapurze.

Tego im nikt nie odbierze
Prócz rekordów nieco naciąganych albo podanych wyłącznie w celu porównania są u Guinnessa polskie osiągnięcia bezsprzecznie unikalne. Nikt przecież nie zmieni już faktu, że kpt. Krystyna Chojnowska-Listkiewicz jako pierwsza kobieta na świecie w latach 1976-78 samotnie opłynęła kulę ziemską na jachcie “Mazurek”. Tak samo nikt, poza Markiem Kamińskim, nie będzie już pierwszym człowiekiem, który w jednym roku 1995 dotarł o własnych siłach na oba bieguny. Nikt już nie będzie, poza Janem Pawłem II, najmłodszym papieżem wybranym w XX wieku, a przecież nie jest to jedyny rekord pobity przez polskiego Ojca Świętego.

Złoty interes
Księga Rekordów Guinnessa w języku angielskim ukazuje się obecnie w 40 krajach, oprócz tego ma 37 edycji w innych językach.
W 1984 r. łączna sprzedaż przekroczyła 50 mln egzemplarzy, w 1994 r. – 75 mln egzemplarzy, i szacuje się, że na początku III tysiąclecia osiągnie 100 mln. Członkowie zespołu zbierającego informacje, mającego siedziby po obu stronach Atlantyku: w Londynie i Stanford w stanie Connecticut (USA), nie tylko zebrali dane o najnowszych osiągnięciach, ale przygotowali też zupełnie nowe kategorie odpowiadające stanowi faktycznemu i potrzebom świata rekordów w 1999 r. W porównaniu z rokiem ubiegłym w Księdze znalazło się więcej informacji z dziedziny najnowszych osiągnięć techniki i świata komputerów.
Są nowe rozdziały poświęcone muzyce i modzie oraz znacznie więcej wiadomości o gwiazdach i sławnych ludziach.
Honorowane są też osiągnięcia oryginalnych rekordzistów, wyszczególnione w rozdziale “Nadzwyczajni ludzie”, w którym znalazło się wiele nowych rekordów i osób, ale także są tam niektórzy dawni mistrzowie, poprawiający własne nadzwyczajne osiągnięcia.

Rzut beretem i ćwiczenie pamięci

– Przede wszystkim należy pobić rekord. Trzeba jednak pamiętać, że konkurencja nie może być niebezpieczna dla zdrowia ani np. taka, jak próby pochłaniania zbyt dużych ilości żywności. Należy wcześniej zasięgnąć konsultacji; wszystkie próby są podejmowane na wyłączne ryzyko kandydatów. Guinness Publishing Limited ani polski wydawca Księgi nie mogą w żadnych okolicznościach brać odpowiedzialności za śmierć lub uszkodzenie ciała powstałe w czasie próby bicia rekordu.
– Wydawcy Księgi przyjmują do publikacji wyniki lepsze od już odnotowanych. Warto zapoznać się również z dyscyplinami istniejącymi w Księdze, ponieważ wprowadzenie nowych jest bardzo trudne. Wreszcie należy przedstawić wiarygodną dokumentację oraz wycinek prasowy opisujący rekord.
– Każdy wniosek o uznanie rekordu musi być poparty szczegółową dokumentacją. Na wymagane minimum składają się dwa niezależne potwierdzenia świadków, którymi powinny być osoby o pewnym prestiżu, wywodzące się z lokalnej społeczności, np. lekarz, prawnik, doradca, policjant, lub też etatowy pracownik klubu albo organizacji sportowej. Niektóre rekordy mogą dodatkowo wymagać oceny eksperta, jak np. mierniczego czy pracownika publicznej służby zdrowia.
Świadkowie nie mogą być spokrewnieni z pretendentem do tytułu rekordzisty. Ich świadectwo musi zawierać potwierdzenie pomyślnego dokonania próby bicia rekordu i jej zgodności z regulaminem.
– Zespół Księgi Rekordów Guinnessa nie ma możliwości kierowania przedstawicieli i obserwatorów na miejsce podejmowania prób bicia rekordu, ale zastrzega sobie takie prawo.
– Niezależnie od kategorii, w której chce się podjąć próbę bicia rekordu, należy skontaktować się wcześniej z redakcją Księgi. Zaakceptowanie propozycji jako nowej kategorii wymaga opracowania nowego regulaminu, w czym uczestniczą eksperci. Kandydaci proszeni są więc, by dali sobie i redakcji nieco czasu na przygotowania. Na krótko przed próbą bicia rekordu warto też ponowić kontakt, by sprawdzić, czy np. rekord nie został pobity przez kogoś innego.
– Aby skontaktować się z redakcją Księgi Rekordów Guinnessa, należy zadzwonić pod numer (0044) 891 517 607. Można też wysłać pocztę elektroniczną pod adresem infouk@guinness-records.com albo faks: (0044) 891 4504.
List zaadresowany: Guinness Publishing L.t.d., 338 Euston Rd. London NW 1 38D, United Kingdom także na pewno trafi do właściwych rąk. Strona internetowa: http://www.guinnessrecords.com/.

Wydanie: 27/2000

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy