Nawet ryby mają potrzebę kontroli

Nawet ryby mają potrzebę kontroli

Koronawirus mówi: ucz się. Sprawdzać będzie nas za pół roku. To, przez co przechodzimy, to wciąż lekcja

Dr Ewa Jarczewska-Gerc – psycholog społeczny i trener biznesu, dyrektor ds. badań SWPS Innowacje

Co z nami robi pandemia?
– Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sobie uświadomić, w jakiej psychologicznie sytuacji się znajdujemy. A jest to kryzys. Moment, kiedy tracimy grunt pod nogami, choć jeszcze chwilę wcześniej wiedliśmy przecież dość ustabilizowane życie. Mieliśmy plany związane z wakacjami, ze studiami, z rodziną.

Innymi słowy, mieliśmy poczucie kontroli…
– …które jest fundamentem zdrowia zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Tak, mieliśmy poczucie, że możemy wpływać na to, co się dzieje w naszym życiu. Przy czym to poczucie jest fundamentalne nie tylko u ludzi, ale i u zwierząt. Bo nawet ryby mają potrzebę kontroli.

Jak to?
– Pierwsze badania nad wyuczoną bezradnością prowadzono właśnie na nich. To były bardzo nieetyczne eksperymenty, bo rażono je prądem. Obserwowano, że na początku starały się walczyć i uciekać, a dopiero z czasem popadały w bezradność, tak że nawet wtedy, kiedy mogły unikać rażenia prądem, nic nie robiły.

Dowodów na to, że w świecie zwierzęcym ta potrzeba wpływu jest bardzo silna, mamy zresztą więcej. Oczywiście zwierzęta mogą sobie z tego nie zdawać sprawy, ale mają to zakodowane w genach. Do sprawnego funkcjonowania jest im to niezbędne. Przykładem mogą być choćby badania na gołębiach czy psach Pawłowa, które doświadczyły powodzi. Gołębie np. wolały zjeść mniej, za to wybrać sobie pokarm.

A jeśli chodzi o psy Pawłowa?
– Te, które przeżyły zalanie laboratorium, zapomniały to, czego Pawłow je nauczył. Silny stres zabił komórki hipokampa, struktury mózgu odpowiedzialnej m.in. za pamięć. Zresztą u ludzi dzieje się podobnie. Poza tym część psów nigdy nie odzyskała dobrostanu psychicznego i fizycznego sprzed powodzi, już do końca życia nosiła znamiona zaburzenia po stresie traumatycznym, czyli PTSD. Te zwierzaki nie miały apetytu, nie były radosne, nie machały ogonem. Inne z kolei z czasem odzyskały siłę życiową.

Teraz takim czynnikiem, na który nie mamy wpływu, jest koronawirus.
– Ale nie tylko. Także zasady wprowadzane przed rząd, które powodują, że czy chcemy, czy nie chcemy, maseczki musimy nosić. Nie wolno nam było wychodzić z domu bez ważnego powodu itd. Choć działania te są epidemicznie uzasadnione, komplikują nam życie, w tym dążenia osobiste i relacje oraz poczucie wolności i sprawstwa. Wzbudzają frustrację i poczucie bezradności. Epidemia i związane z nią zagrożenie zdrowia i życia dla niektórych są wręcz sytuacją traumatyczną.

Z traumą mamy do czynienia – zgodnie z definicją – kiedy zachodzą równocześnie dwa warunki. Pierwszy: jesteśmy w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia naszego lub bliskiej nam osoby i drugi: towarzyszą temu silny strach, przerażenie i groza. Przy czym nawet jeśli nie boimy się samego wirusa, to możemy bać się jego konsekwencji: ekonomicznych, gospodarczych, edukacyjnych itd.

A gdyby prześledzić to na etapach?
– Pierwszy moment, kiedy stykamy się z epidemią, to szok. Zaprzeczanie. Niedowierzanie. Nie do końca wierzymy, że to naprawdę się dzieje i może mieć tak poważne konsekwencje. A jeśli już, to uważamy, że zaraz się skończy. Dopiero w drugim etapie pojawia się frustracja, bo nagle taki stan okazuje się przewlekły. Frustracja bierze się z tego, że mamy jakieś cele, marzenia, potrzeby i one pozostają niezrealizowane. Przecież ludzie chodzili do kina, na siłownię, do kawiarni, restauracji, na randki, spotykali się… A tu nagle nie mogą robić żadnej z tych rzeczy.

Do czego prowadzi frustracja, jakie ma konsekwencje?
– To najprostsza droga do agresji, którą przelewamy albo na siebie, albo na innych. Stąd podwyższona nerwowość wobec członków rodziny, irytacja, krzyki… Ale to zamknięcie w domach powoduje też, że osoby, które żyją w związkach przemocowych, doświadczają teraz jeszcze więcej przemocy ze strony swoich oprawców, o czym w Polsce wciąż mało się mówi. Tymczasem linie pomocowe kipią od zgłoszeń i problemów, które ludzie relacjonują. W jednym z budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli utworzono tymczasowe schronienie dla stu kobiet, które uciekły od partnerów w związku z nasiloną agresją z powodu zamknięcia w domach. Wcześniej zapewne partnerzy także byli przemocowi, ale nadmierne napięcie rozładowywało się przez ruch związany z chodzeniem do pracy i swobodnym poruszaniem się.

Jakby tego było mało, szukamy też kozłów ofiarnych.
– A to na pewno, bo łatwiej nam, kiedy kogoś obwiniamy. Rząd polski, Chiny, mężczyznę, który zjadł nadal nie do końca wiadomo jakie zwierzątko…

…albo koncerny farmaceutyczne. 26% Polaków, co wiemy z badań SWPS, jest przekonanych, że koronawirus został nagłośniony właśnie po to, żeby zwiększyć sprzedaż a to leków, a to środków ochrony osobistej.
– To kolejny naturalny element procesu radzenia sobie z kryzysem. W ten sposób również próbujemy odzyskać poczucie, że w jakikolwiek sposób możemy wpływać na sytuację.

A następne etapy?
– Staramy się już adaptować. Mija jakiś czas, najczęściej parę tygodni, i uznajemy, że nic się nie zmieni, to my musimy się zmienić. Szukamy ulgi. Czegoś, co zredukuje choć trochę emocje. I mamy tutaj dwie wersje, przy czym zazwyczaj najpierw przechodzimy przez pierwszą, później ewentualnie docieramy do drugiej. Tylko niektórzy mają na tyle siły, że od razu idą do wersji B. Wersja A jest taka, że popadamy w destrukcyjne zachowania. Pijemy alkohol, objadamy się, uciekamy w sen, oglądanie telewizji. Byle tylko odwrócić uwagę i sprawić, że choć na chwilę poczujemy się lepiej. To często jest też agresja wobec bliskich.

Ale niektórzy zauważają, że to nie działa.
– Jeśli się upiję, na drugi dzień wstanę z kacem i będę się czuć jeszcze gorzej. Tak, w związku z tym przechodzą do wersji B. Zaczynają szukać ulgi w zachowaniach konstruktywnych. Sport, automotywacja… Dokonują przewartościowań, dostrzegają w danej sytuacji nowe możliwości, widzą potencjał do zmiany, dzięki czemu następuje rozwój. Starają się zaadaptować w konstruktywny, pozytywny sposób. I to zresztą im się udaje. Oczywiście mogą potem wrócić do punktu wyjścia, cofnąć się do fazy wcześniejszej, to też się zdarza. Bo nie jest tak, że raz uzyskana faza adaptacji daje nam gwarancję, że już zawsze tak będzie. Nawroty do wcześniejszych faz mogą się zdarzać.

Gdzie tu w takim razie miejsce na syndrom stresu pourazowego?
– To określenie, które źle kiedyś przetłumaczono na język polski. Bo jest to zaburzenie po stresie traumatycznym – stres trwał wcześniej, a teraz mamy zaburzenie po tym stresie. PTSD pojawia się jakiś czas po urazie, choć u niektórych już teraz może mieć miejsce. Szczególnie u osób, które przeszły infekcję koronawirusową, u których było zagrożenie życia własnego albo bliskiej osoby.

Ale problemy wynikające z tego, co się dzieje teraz, mogą niejako „odkleić się” za chwilę. Jeżeli teraz stosujemy głównie ucieczkowe strategie radzenia sobie z problemami i emocjami, to tego pryszcza jedynie zapudrujemy. Nie będzie go widać, ale przecież sam nie zniknie. Za chwilę wybuchnie, gdy będziemy kłaść kolejną warstwę makijażu. Trudno określić, kiedy dokładnie. Zazwyczaj są to tygodnie, miesiące, czasem kilka lat.

Frustracja, bezradność, stres – zgoda. Ale skąd w nas podejrzliwość? Badania pokazują, że 63% uznaje, że rząd nie podaje pełnych danych dotyczących osób zakażonych.
– To nie tylko podejrzliwość, ale również brak zaufania do statystyk. Skąd się bierze? Wystarczy zestawić dane: 1 tys. osób umierających dziennie w Polsce na raka i choroby serca (łącznie) oraz najwyższą statystykę śmiertelności dobowej z powodu koronawirusa – ok. 30 osób. A rząd sparaliżował życie społeczne, wciąż pozamykane są szkoły, większość nie chodzi do pracy, więc chyba jednak coś w tych danych jest nie tak. Prosta matematyka. Jeśli statystyki dotyczące śmiertelności miałyby być prawdziwe, to są to promile naszej populacji. Po co więc rząd miałby organizować lockdown?! Skoro organizuje, musi coś mieć za uszami. Musi coś ukrywać – to rodzi podejrzliwość, że jednak zachorowań i śmierci z powodu wirusa musi być więcej. To jeden powód. Drugi – wyszło na jaw, że w Chinach statystyki bardzo zaniżano. Ba, stan Missouri w USA pozwał już za to Państwo Środka. Twierdzi, że chiński rząd okłamał świat, ukrywając prawdę o wysokiej śmiertelności COVID-19.

Taka perspektywa już teraz powoduje wzrost nieufności nie tylko do tego, kto wygłasza podobne komunikaty, ona dotyczy nas wszystkich.

Co też powiększa napięcie. Do czego może to prowadzić?
– Trudno powiedzieć, bo nigdy nie przeżyliśmy takiej sytuacji i aż takiego ograniczenia wolności i zagrożenia epidemicznego. Jako psycholog z 16-letnim stażem mogę jednak powiedzieć, że zwiększy się poziom patologii psychicznej w społeczeństwie. Będziemy mieć coraz więcej problemów emocjonalnych. Tym bardziej że ich poziom rośnie wykładniczo, co pokazują także badania z 2016 r. prowadzone przez fundację Melindy i Billa Gatesów, Global Burden of Disease Study (GBD), o powszechności różnego rodzaju chorób. Powołuje się na nie zresztą WHO. Wynika z nich, że już przed epidemią ten poziom był bardzo wysoki. Globalnie, w Polsce oczywiście też. Coraz więcej osób cierpi na depresje, zaburzenia lękowe czy zaburzenia osobowości.

Co może nas przed tym uchronić, szczególnie teraz?
– Jednym z istotniejszych czynników jest poczucie – niekoniecznie to, co faktycznie ma miejsce – że inni mi sprzyjają, są życzliwi i pomogą, gdy tylko będę potrzebować. Dowiodły tego badania nad mechanizmami radzenia sobie w trudnych sytuacjach, i to niezależnie od tego, czy chodziło o epidemię, powódź czy np. trzęsienie ziemi. Psychologicznie to bardzo podobne sytuacje, kiedy ludziom zabiera się wolności, kontrolę i poczucie wpływu.

Co jeszcze może okazać się skuteczne?
– Wszelkie działania zorientowane na znalezienie wyjścia z trudnej sytuacji, na rozwiązanie problemu. Konfrontowanie się z trudnymi stanami. Ale również aktywne formy obniżenia napięcia w ciele, czyli sport, techniki uważnościowe, medytacja, joga, rytuały, dziennik wdzięczności. Czy zwierzanie się, bliski kontakt.

Ile takich filarów zdrowia można wyróżnić?
– Pięć, zgodnie z opracowanym przez amerykańskiego psychiatrę Johna Ardena modelem SEEDS (tłum. z ang. jako ziarna). To akronim, gdzie pierwsze S oznacza social support, czyli relacje społeczne, a pierwsze E – exercise, czyli ćwiczenia fizyczne, regularne. Mieszczą się w tym też: medytacja, ćwiczenia oddechowe czy praktyki religijne. Chodzi o zadbanie o swoje ciało. Dostarczenie mu energii. Drugie E to education, uczenie się przez całe życie. Nie tylko słówek czy gry na instrumencie, to również otwieranie się na nowe idee, pomysły. Tu najważniejsza jest otwarta głowa. D to z kolei dieta (ang. diet), a ostatnie S – sen (sleep).

W tej chwili zaburzone są wszystkie te filary. Nie brakuje osób, które chodzą spać o godz. 3 nad ranem, źle się odżywiają, sięgają po używki czy nie mogą znaleźć siły, żeby regularnie uprawiać sport. To nie może się nie odbić na zdrowiu psychicznym.

Jakie są zatem możliwości, żeby ten kryzys w ogóle przeżyć?
– Tylko trzy. Pierwsza to tzw. survival. Będziemy żyć, kiedy to się skończy, ale funkcjonować znacznie gorzej niż przed kryzysem. Oczywiście rzeczywistość też będzie nieco inna niż kiedyś; nie ma możliwości powrotu do stanu sprzed epidemii. Przyszłość będzie jednak normalniejsza od tego, czego doświadczamy w tej chwili.

A druga możliwość?
– To recovery. Po kryzysie, w którym następuje pogorszenie naszego funkcjonowania, odbijamy się i funkcjonujemy równie dobrze jak na początku. Ale jest i trzecia możliwość. Często obserwujemy ją u tych, którzy przeżyli poważną chorobę i z niej wyszli. Jest to tzw. wzrost potraumatyczny, wzrost pokryzysowy.

Na czym polega?
– Na tym, że po kryzysie możemy funkcjonować nawet lepiej.

Od czego zależy to, czym on się dla nas zakończy?
– Od tego, co to za kryzys, jakie koszty przez niego ponosimy, ale przede wszystkim od tego, jak do niego podchodzimy. Jeśli postrzegamy go jak karę za grzechy, jako czynnik, którego chcemy się jak najszybciej pozbyć, nie możemy już go dłużej znosić, to się nie adaptujemy.

Prowadziłam z jedną z moich magistrantek badania wśród kobiet, które cierpiały na nowotwór piersi i go pokonały. Część doświadczyła wzrostu potraumatycznego. Sprawdzaliśmy, jakie czynniki psychologiczne i behawioralne temu sprzyjają. I co się okazało? Jednym z nich była prężność psychiczna. Wewnętrzna siła, umiejętność elastycznego reagowania na trudną sytuację. Dostosowywania się do warunków, ale też kształtowania swojego życia w tych obszarach, na które mam wpływ.

Czyli koronawirus, jak ciężka choroba, mówi teraz: sprawdzam?
– Raczej koronawirus mówi: ucz się. Sprawdzać nas będzie za pół roku. To, przez co przechodzimy, to wciąż lekcja. Bo wcześniej nie było tak przewlekłej sytuacji ograniczenia naszej wolności.

Ale to, co się dzieje, idealnie wpisuje się w zjawisko, które nazywamy luką empatyczną gorąco-zimno. Opisana została przez George’a Loewensteina, ekonomistę zajmującego się mechanizmami psychicznymi. Gdy jesteśmy w zimnym stanie, czytaj: nie czujemy się zagrożeni – nie sposób przewidzieć naszych ocen i zachowań w stanie gorącym. Z reguły mówimy wtedy: „O Boże, jak on się zachował, ja bym tego nigdy nie zrobiła, ale podły typ”. Oceniamy. Bardzo łatwo nam to przychodzi. W stanie gorącym nasza ocena sytuacji może być diametralnie inna. I właśnie teraz mamy ten moment, gorące warunki. Nie jesteśmy już tak racjonalni jak wcześniej. Pytanie, czy zachowamy się równie moralnie i empatycznie, pozostaje otwarte.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 20/2020

Kategorie: Psychologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy