Nie bójmy się imigrantów!

Nie bójmy się imigrantów!

Becikowe to znakomity przykład degrengolady polskiej polityki demograficznej

Pamiętacie 16 uchodźców przywiezionych przez ministra Sikorskiego z Tunezji? Dostąpili zaszczytu wejścia do polskiego raju, bo mieli pewną zaletę – byli chrześcijanami. Przy okazji min. Sikorski zaprezentował żelazną zasadę przyszłej polskiej polityki migracyjnej – przyjmiemy nawet Murzynów, pod warunkiem że zostali ochrzczeni.
W tegorocznej kampanii wyborczej kandydujący do parlamentu unikają rozmów na dwa fundamentalne tematy: podwyżek podatków i polityki migracyjnej. Wyłamię się i przerwę milczenie. Podatki wzrosną, pojawią się też nowe. Ale o tym będzie można poważnie dyskutować dopiero po przedstawieniu przez nowy rząd projektu przyszłorocznego deficytu budżetowego. O polityce migracyjnej możemy natomiast dyskutować już teraz.
Nawet musimy. Obecnie ok. 2 mln obywateli Polski przebywa na emigracji zarobkowej. Jest nas w kraju już zaledwie 36 mln. Prof. Krystyna Iglicka, demograf z Centrum Stosunków Międzynarodowych, alarmuje: – Mamy jeden z najniższych współczynników dzietności w Europie. Wynik zapewniający zastępowalność pokoleń to 2,1, u nas zaś wynosi on 1,23.
Dotychczasowe sposoby pobudzania krajowego przyrostu naturalnego nie przyniosły dużych efektów. Nie mogły, bo ograniczały się albo do deklaracji, albo do Giertychowskiego becikowego – jednorazowej zapomogi, wypłacanej wszystkim, także tym, którzy jej nie potrzebują. Becikowe to znakomity przykład degrengolady polskiej polityki demograficznej. Tworzenia prawa zarówno pod wpływem aktualnych nastrojów społecznych czy

pod presją ogłupiałych

i ogłupiających społeczeństwo mediów, jak i na użytek kampanii wyborczej.
Procesy demograficzne są niestety nieuchronne. Nawet gdybyśmy dzisiaj wprowadzili efektywną politykę demograficzną, podobną do tej obowiązującej np. we Francji czy w Szwecji, i tak nie uciekniemy od konieczności zaakceptowania imigrantów. Bez ich napływu Polska nie ma szans na rozwój, nigdy nie stanie się poważnym partnerem w Unii Europejskiej. Bo w 2025 r. będzie nas tylko 35,5 mln, a w 2035 – niecałe 34 mln. Dodajmy do tego niekorzystną strukturę wiekową. W 2035 r. może być nas ok. 20 mln w wieku produkcyjnym i ok. 10 mln w wieku poprodukcyjnym. Warto pamiętać, że brak przyszłych pracowników to problem całej Unii.
Gdy byłem posłem, pisałem do wszystkich premierów interpelację nawołującą do stworzenia rządowej polityki migracyjnej. Każdy premier, niezależnie od przynależności do partii politycznej, serdecznie mi dziękował za zwrócenie uwagi na „tak ważny temat” i zapewniał, że rząd RP stale o nim myśli. Jednak poza słowa uznania i refleksję nie wyszedł.
Bo żaden rząd nie wyjdzie poza zapewnienia, jeśli

nie przezwycięży strachu.

Strachu przed naruszeniem świętego spokoju kraju jednolitego narodowo, przed mediami, przed nieznanym w tej kwestii stanowiskiem polskiego Kościoła katolickiego, przed koniecznością zmierzenia się z nowym problemem.
I jest to strach uzasadniony, bo skoro sama kanclerka Niemiec Angela Merkel ogłosiła klęskę multikulti – niemieckiej polityki asymilacji imigrantów, a socjaldemokrata Thilo Sarrazin napisał w świetnie sprzedającej się książce, że „Niemcy likwidują się same”, to dlaczego my mamy sprzeciwiać się aktualnym trendom?
Co prawda w Niemczech stanowisko Merkel potraktowano jako głos w dyskusji, w Polsce jednak uznano je za dogmat i powód zwalniający nas z myślenia.
Jednocześnie wielu obywateli naszego kraju jest świadomych nieuchronności napływu migrantów i próbuje się z tym problemem oswajać. Takim przykładem jest obywatelski projekt Ustawy o repatriacji, mający na celu zorganizowanie migracji z byłego ZSRR pod pozorem patriotycznych zadośćuczynień. Boję się jednak, że ustawa organizowana w ten sposób tylko zdyskredytuje problem.
W Polsce po cichu wielu decydentów przyznaje, że chętnie ściągnęliby do naszego kraju obywateli Ukrainy, Białorusi czy Mołdawii. Bo to Słowianie, chrześcijanie, nie powinno być trudności z ich asymilacją, jak np. w przypadku muzułmanów. Ale poprawność polityczna nie pozwala tego głośno wyrazić. W efekcie problem jest zamiatany pod dywan.
Tymczasem jeśli dalej tak będzie, za kilka lat znajdziemy się w jeszcze gorszym położeniu. Na Ukrainie zachodzą podobne procesy demograficzne jak w Polsce: spada przyrost naturalny, wzrasta śmiertelność, zwłaszcza mężczyzn. Dochodzi emigracja zarobkowa do Rosji i do zachodnich krajów UE. W Portugalii Ukraińcy są już bardzo silną grupą narodowościową. W Rosji też maleje populacja mieszkańców i rządowa polityka migracyjna zakłada pozyskiwanie migrantów z byłych krajów ZSRR, szczególnie Słowian. Może się zatem okazać, że kiedy władze polskie dojrzeją do polityki migracyjnej – nie będzie już zbyt wielu Ukraińców, Mołdawian czy Białorusinów chętnych do skorzystania z zaproszenia.
Nie ma co czekać. Uformowany po wyborach rząd powinien zwrócić uwagę na zasady polityki migracyjnej i nie bać się dyskusji na ten temat. Trzeba jak najszybciej otworzyć nasz kraj na imigrantów z byłych krajów ZSRR, a także innych, np. z Wietnamu. Wietnamczycy są obecnie największą grupą nowej migracji. Udowodnili, że

są niezwykle pracowici,

lojalni wobec polskiej władzy, potrafią się asymilować, nie są fanatykami religijnymi i – w przeciwieństwie do Chińczyków – nie stoi za nimi globalne mocarstwo.
Należy zacząć od liberalizacji polskiego prawa o obywatelstwie. Trzeba zapraszać obcokrajowców na studia do Polski, wprowadzić do szkół lekcje multikulturowości i wychowania w tolerancji.
Polska potrzebuje imigrantów i ma warunki do ich osiedlenia. Zresztą największy rozkwit naszego kraju mieliśmy w czasach, kiedy Rzeczpospolita była wielonarodowa i wielokulturowa. Nie bójmy się multikulturowości.


Autor w latach 1997-2007 był posłem na Sejm RP. Obecnie kandyduje z listy SLD, z ostatniego miejsca na liście w Warszawie

Wydanie: 40/2011

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy