Nie chcę skabotynieć

Nie chcę skabotynieć

Wielkimi krokami idziemy w kierunku cenzury, więc może ta niezbyt zdrowa sytuacja pomoże kabaretom. A może i piosenkom? Z Katarzyną Groniec rozmawia Przemysław Szubartowicz – Dlaczego pani na mnie nie krzyczy? – O to, że spóźnił się pan pół godziny na spotkanie, bo zablokował pana protest pielęgniarek? – No właśnie, bardzo przepraszam… – Mam się złościć na to, że pielęgniarki walczą o swoją godność? Rozumiem te kobiety, popieram je i wybaczam panu spóźnienie. – Dziękuję… A chciałem panią zapytać, czy dobre mamy czasy dla wrażliwców… – Sądzi pan, że jestem wrażliwcem? – Śpiewa pani piosenki, które dotykają wrażliwych strun w człowieku. – Swoją wrażliwość oceniłabym na siedem w skali dziesięciostopniowej, bo jednak dość dobrze poruszam się w rzeczywistości, choć oczywiście śpiewam po to, by tę rzeczywistość trochę zmiękczyć i upiększyć. A że śpiewam takie, a nie inne piosenki? Że lubię poezję? Lubię, bo jest wymagająca i mieszka piętro wyżej od prozy. I ja o to piętro lubię dbać, bo nie przepadam za mieszkaniem na parterze. Dziś są takie czasy, że właśnie parter jest hołubiony i rozpieszczany. – W jakim sensie? – Poprzez proste rytmy i banalne słowa. Niech pan spojrzy choćby na kabaret: żeby dowcip został zrozumiany, najlepiej żeby był dosadny, prosty, bezpośredni. Metafory, aluzje i nawiązania literackie odpłynęły wraz z przeszłością, mało kto o nie dba. Ale jest nadzieja! Wielkimi krokami znów idziemy w kierunku cenzury, więc może ta niezbyt zdrowa sytuacja pomoże kabaretom. A może i piosenkom? W końcu w smutnych czasach, kiedy cenzura była żywa, szukało się metafor, a ludzie byli wrażliwsi na ukryte aluzje. Zakazy bywają twórcze, choć nie mogę powiedzieć, by mnie to szczególnie radowało. – Jak zachować niezależność artystyczną w czasach prostych rytmów i banalnych słów? Pani się udaje… – Przywiązuję dużą wagę do słów, a niektórych zbyt często używa się na wyrost: niezależność, wolność… Staram się być niezależna. Myślę, że niezależność można zachować, gdy nie ma się wyłącznie ciągot popkulturowych, potrzeby uwielbienia, popularności i akceptacji. To może się udać, jeśli się dba o jakość, pielęgnując i rozwijając własne pragnienia artystyczne. – I dlatego rozstała się pani z Sony, dużą wytwórnią płytową? – Mieliśmy podpisany kontrakt na trzy płyty i ten kontrakt został wypełniony. Nasza współpraca stanęła pod znakiem zapytania. Zapytano mnie, czy chcę dalej. Nie widziałam zaangażowania z ich strony. Nie chciałam wydawać swojej muzyki po to, żeby potem nie być jej właścicielem, nie mieć praw do własnej pracy ani wpływu na to, gdzie ona się później może ukazać. Pal sześć – oddałabym, ale w zamian za rzetelną kampanię promocyjną i poczucie, że nie jestem kulą u nogi prężnie działającej wytwórni tych samych piosenek. Rozmawiałam z szefem, przyniesiono nam kawę, wyraziłam swoje wątpliwości. Nie zdążyłam dopić kawy… Rozstaliśmy się, mam wrażenie, że może nawet zbyt entuzjastycznie jak na rozstanie… Może wypadało trochę się zasmucić… – Duże wytwórnie liczą na tanią kasę. – To po pierwsze, a po drugie, nastawione są obecnie na muzykę zagraniczną, głównie na taką, która przynosi kolosalne zyski. Poza tym nie chce im się wymyślać, jak promować taką osobę jak ja. – Na świecie potrafią i chcą promować takie osoby, to wręcz duma mieć u siebie kogoś takiego. – Na świecie jest duży segment na bardziej ambitną twórczość, a w Polsce, niestety, jest jedynie segmencik. Problemem jest też to, że u nas nie ma polityki kulturalnej, nie tylko tej państwowej, ale także prywatnej. W takim klimacie jest oczywiście szansa, że znajdą się małe wytwórnie, które przygarną artystów mniej popkulturowych, ale generalnie jest to chora sytuacja, kompletnie pozbawiona logiki. Bo to nie jest tak, że moje płyty nie przynoszą kasy. Przynoszą, choć mniejszą. Ja żyję z tego, co robię, i to całkiem przyzwoicie. Nigdy – odpukać! – nie musiałam się wynajmować do czegoś innego niż śpiewanie. – Pani szuka akceptacji? Czy u zarania pani kariery leży to pragnienie? – Nie wiem… Trochę jestem nieśmiała. Jako dziecko byłam zamkniętym w sobie samotnikiem i w jakimś stopniu zostało mi to do dziś. Szybko się męczę w dużych grupach i sprawiam, na wszelki wypadek, wrażenie osoby zimnej, twardej, niedostępnej i konkretnej. – Coś

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2007, 27/2007

Kategorie: Kultura