Nie jesteśmy grupą roszczeniową

Nie jesteśmy grupą roszczeniową

Chcemy być wyrzutem sumienia, pokazywać, że czas zająć się tymi, którym gorzej się powiodło Prof. Paweł Bożyk, inicjator Kongresu Porozumienia Lewicy – Jest pan szefem Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. Edwarda Gierka, wcześniej był pan głównym doradcą ekonomicznym tegoż, teraz organizuje pan kongres lewicy. Jaką lewicę chce pan jednoczyć? – Ruch Odrodzenia Gospodarczego pokazał, że w czasie naszej transformacji nie wszystko się udało, nie wszystkim się powiodło. I przede wszystkim o tych ludziach myślę. W ubiegłym roku kilkakrotnie zbierali się przedstawiciele różnych grup lewicowych, odbywaliśmy coś w rodzaju konsultacji, chcieliśmy zapytać, co myślą ludzie o poglądach lewicowych – a to przecież duża część naszego społeczeństwa. Były opinie, że lewica zapada się w niebyt i może na pokolenia zniknąć ze sceny społecznej i politycznej, więc zamiar jednoczenia w naturalny sposób pojawił się w trakcie naszych spotkań. Poproszono mnie, abym się tym zajął, w lutym spotkali się reprezentanci kilkunastu partii i ruchów politycznych, a na 23 czerwca postanowiliśmy zwołać Kongres Porozumienia Lewicy. – Chcecie przekonywać, że transformacja się nie udała, i trafiać do tych, którym się nie powiodło? PiS nie robi nic innego. – My nie przejmujemy się tym, co robi PiS. Czy w związku z tym lewica ma nie mówić o tym, co się nie udało, ani o ludziach, którzy są wykluczeni? – Tyle że w ten sposób walczycie o ten sam elektorat, a PiS jest skuteczniejsze. – Gdy w 2005 r. startowałem w Warszawie do Senatu, dostałem 102 tys. głosów, ale sam SLD zdobył tylko 8% głosów. Okazało się, że osoby o poglądach lewicowych niekoniecznie uważają SLD za swojego reprezentanta. – Czy sądzi pan, że te 102 tys. głosów przełoży się na poparcie dla nowo powstającego Kongresu Porozumienia Lewicy? – Myślę, że poparcie dla naszego Kongresu nie będzie zależało od mojego wyniku wyborczego w 2005 r., ale od tego, w jakim stopniu będziemy w stanie reprezentować ludzi gorzej radzących sobie w obecnej rzeczywistości gospodarczej. Olbrzymia część ludzi, którzy przychodzili na spotkania wyborcze ze mną, uważała się za tych, którym się nie powiodło, za ludzi wykluczonych. Opowiadali, że muszą wyżyć z 300-400 zł miesięcznie. W Warszawie! Kto ma ich bronić? – Oni właśnie stanowili elektorat PiS. – Czy myśli pan, że po dwóch latach rządów PiS tak im się poprawiło? Czy ugrupowania lewicowe nie powinny występować w ich interesie? Przecież SLD w czasach Leszka Millera zupełnie nie zajmował się sprawami tych ludzi. Sojusz cieszył się, że jest szybki wzrost gospodarczy, 4-5%, ale to się nie przekładało na warunki życia przeciętnych Polaków. Ci ludzie mówili: jeśli jest tak duży wzrost, to znaczy, że oni kradną, bo my z tego nic nie mamy. A skoro ukradli, to trzeba ich rozliczyć, a nie na nich głosować – i dlatego SLD przegrał wybory. Jeśli dochód narodowy zwiększył się o 40%, a płace tylko o 7%, to ludzie uważają, że reszta poszła na zyski tych, którzy mają kapitał. – Trochę poszło też na inwestycje. – Przeciętnie z tego, co dostaje w Polsce właściciel kapitału, jedna trzecia idzie na inwestycje, jedna trzecia na konsumpcję, a jedna trzecia na lokaty, często zagraniczne, w różnych funduszach. Taka jest dziś rzeczywistość i lewica musi o tym mówić, a jeśli nie, to niech zwija manele i schodzi ze sceny. Od 200 lat lewica zawsze broniła ludzi utrzymujących się z pracy rąk i szarych komórek, a nie tych, którzy żyją z kapitału, niekiedy zgromadzonego w sposób nieuczciwy, otrzymanego bez żadnego wysiłku od poprzedników. – W obecnej Polsce ci, którzy dorobili się kapitałów, wcześniej sami często byli pracownikami. – Toteż nie chcemy występować przeciwko tym, którym się udało, ale musimy pamiętać o interesie tych, którym się nie udało. W krajach skandynawskich czy w Niemczech w zarządach firm prywatnych są przedstawiciele pracobiorców, a związki zawodowe mogą działać bez żadnych utrudnień. Proszę u nas w jakimś przedsiębiorstwie założyć związek zawodowy, od jutra pana nie ma! Kto ma zabiegać o to, żeby w zarządzie prywatnej spółki mógł być przedstawiciel pracowników? Przecież jeśli usłyszałby on, że zysk takiej spółki wzrósł o 40%, to na pewno nie zgodziłby się, aby pracownicy dostali tylko siedmioprocentową podwyżkę, a reszta poszła dla udziałowców. – Dlatego właśnie w Polsce nigdy pracownicy nie będą w zarządach prywatnych spółek. – Co nie znaczy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2007, 25/2007

Kategorie: Wywiady