Nie ma mocnych na radnego

Nie ma mocnych na radnego

Półtora roku małopolski radny z LPR unika odpowiedzialności za jazdę po pijanemu

Po wyborach samorządowych jesienią 2002 r. w Małopolsce zawarto prawicowe porozumienie koalicyjne, nad którym pracowali Jan Rokita z Platformy Obywatelskiej, Marek Kotlinowski z Ligi Polskich Rodzin i Zbigniew Ziobro z Prawa i Sprawiedliwości. Dzięki włączeniu do koalicji Marka Nawary ze Wspólnoty Małopolskiej prawica uzyskała zdecydowaną większość w sejmiku (25 radnych na 39). Porozumienie zawierało jednak nie tylko umowę koalicyjną, lecz także tajny aneks, który rozdzielał między koalicjantów zarówno funkcje polityczne, jak i konkretne posady. Z politycznego klucza obsadzono kilkadziesiąt stanowisk w różnych spółkach. Nie ostał się nawet Małopolski Ośrodek Ruchu Drogowego. Łupy podzielono dokładnie. I tak na przykład członkiem rady nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska miał zostać radny Sejmiku MaZ gadziej perspektywy
Tego nie będą eksponować usłużne wobec prawicy gazety ani płaszczące się przed prawicą telewizje. Publiczne i komercyjne. A zdarzenie warte jest zauważenia.
5 stycznia, na początku sejmowego posiedzenia, wystąpił poseł, były wicepremier, minister rolnictwa Roman Jagieliński. Poinformował, że tego dnia o 7 rano w radiowej audycji „Sygnały Dnia” poseł, przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, Jan Maria Rokita, pomówił Jagielińskiego o korupcję polityczną, informując słuchaczy, że Jagieliński zagłosuje za Włodzimierzem Cimoszewiczem, bo został „przekupiony”. Taka informacja to poważne oskarżenie. Nie wolno go ot tak rzucać do radiowego mikrofonu. Jagieliński przypomniał ostrą interwencję Rokity sprzed kilku miesięcy, kiedy pomówiona o współpracę z radzieckim służbami została jego małżonka, była komsomołka. I wtedy przewodniczący Jan Maria Rokita żądał podczas Konwentu Seniorów od marszałka Sejmu RP działań zapobiegających bezpodstawnym pomówieniom niewinnych osób, zwłaszcza małżonek polityków. Teraz przewodniczący Rokita lekko pomawia swego parlamentarnego kolegę o korupcję polityczną. Ale to nie koniec. Jagieliński ujawnił, że kilka razy ze strony prawej, tam gdzie zasiada przewodniczący Rokita, wysyłano do niego jako lidera klubu, a potem koła poselskiego emisariuszy proponujących głosowanie wspólnie z prawą stroną. Za korzyści polityczne i inne, czego można było z wypowiedzi Jagielińskiego się domyśleć. Jagieliński wezwał też Rokitę do przeprosin albo ponownych pomówień już na sali sejmowej. Dzień cały minął i Rokita nie odezwał się ani słowem. Oskarżeń nie powtórzył, nie przeprosił. Tym samym potwierdził wyrażane wtedy wątpliwości Jagielińskiego co do męskości Jana Marii Rokity. Męskości politycznej. Zdolności honorowych „przyszłego premiera”, umiejętności przyznania się do błędu. Na koniec Jagieliński zauważył, że kiepsko będzie wyglądać Polska z takim premierem.
I tu Jagieliński słusznie czarno widzi. Aktualnie najwyższe przedwyborcze notowania mają partie kierowane przez liderów o prokuratorskiej mentalności. Ludzi łatwo rzucających oskarżenia i pomówienia. Są oni społecznie popularni, bo stale nagłaśniają ich media. Nakręcające sobie oglądalność, słuchalność, nakłady – czyli sprzedajność. W Sejmie pojawiła się nowa kategoria parlamentarzysty, specjalizacja: poseł śledczy. Stale węszący, grający jak zawodowy komediant. Wynajdujący afery, a przynajmniej je zapowiadający. Grzmiący stale o upadku państwa. I to w czasie, kiedy gospodarka tego państwa ma się znakomicie.
Politycy prokuratorzy, posłowie śledczy zapowiadają w przyszłej kadencji zmianę podejścia państwa do prawa. Tradycyjny trójpodział władzy państwowej oparty na zasadzie Monteskiusza to anachronizm. Do głosu dojdą ludzie sprawiedliwości i prawa, przesiąknięci poczuciem obywatelskości i w jej interesie uczynią z prawa instrument oczyszczający państwo z ludzi „przekupionych”. To brzmi wspaniale, zwłaszcza w prostych zdaniach wypowiadanych dla prostych ludzi, kupujących dziennik „Fakt”, organ ideowy Platformy Obywatelskiej. Ale przypadek Jagielińskiego dowodzi, że walcząca o sprawiedliwą i prawą IV RP prawa strona może korzystać z doświadczeń moralności Kalego. Przekupywany przez prawą stronę Jagieliński jest mężem stanu i poważnym politykiem. Kiedy jednak głosuje inaczej niż oni, od razu eliminuje się go z grona politycznego, zarzucając mu skorumpowanie.
Nadchodzą czasy dla ludzi o giętkich kręgosłupach.
Piotr Gadzinowski
Wlewka
Najwyższe przedwyborcze notowania mają partie kierowane przez liderów o prokuratorskiej mentalności. Ludzi łatwo rzucających oskarżenia i pomówienia.

łopolskiego, Czesław Kwaśniak z LPR. Ale Kwaśniak miał pecha. W maju 2003 r. zatrzymała go tarnowska policja. Prowadził samochód po pijanemu z całkiem niezłym wynikiem – 1,4 promila.

Kariera

Kariera Czesława Kwaśniaka może nie jest bajką, ale od pewnego momentu nabiera gwałtownego przyspieszenia. Urodzony w 1958 r. w Borzęcinie pracował najpierw w PKP jako toromistrz, potem był spedytorem kolejowym w Fabryce Opakowań Blaszanych – obecnie Pol-AM-Pack S.A. w Brzesku. W 1988 r. Kwaśniak zapisał się do „Solidarności” i konsekwentnie piął się po szczeblach kariery aż do funkcji członka Zarządu RS AWS Regionu Małopolska. W 1998 r. został radnym Sejmiku Małopolskiego. Dostał ponad 16 tys. głosów, co było trzecim wynikiem prawicowych kandydatów w Małopolsce.
– Przyszedł na spotkanie z załogą i powiedział, że jak się dowie, iż ktoś na niego nie zagłosuje, to zrobi porządek – wspomina jeden z byłych pracowników Pol-Am-Packu.
Przed ostatnimi wyborami samorządowymi Kwaśniak zmieniał barwy, aż zakotwiczył w Lidze Polskich Rodzin. Z kandydowania na senatora (jako niezależny) nic nie wyszło, ale w wyborach samorządowych do sejmiku wojewódzkiego znów dostał duże poparcie. Został radnym, przewodniczącym klubu LPR w Sejmiku Małopolskim, szefem komisji głównej i komisji ochrony środowiska i gospodarki wodnej.

Jedzie radny do burmistrza

Marek Latasiewicz redaguje „BIM”, lokalny miesięcznik ukazujący się w Brzesku. Chciał zamieścić informację o tym, że w Tarnowie policja przyłapała na jeździe pod wpływem alkoholu radnego Czesława K. Informacja w końcu poszła, ale gazeta ukazała się z opóźnieniem. Radny postanowił bowiem zadbać o swoje dobre imię. Zwrócił się do burmistrza Brzeska, Jana Musiała: – Jasiu, pasowałoby to jeszcze załatwić, żeby to nigdzie nie szło. Żebyśmy się dogadali. (…). Coś za coś, nie martw się. (…) Jak będziesz miał haka na mnie, to będę cię musiał wspierać przez cztery lata. (…) Po co to ma z Brzeska wychodzić taki paszkwil, jak ja już sobie sprawę dograłem. Po co to, chłopie. Po co to? (…) Chciałbym, Jasiu, żebyś mi pomógł. Wiesz. A co będziesz tam żądał w województwie, rozumiesz, a naprawdę jestem mocny. Będę wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej WFOŚ, już jest dogadane z Ziobrą i z Rokitą. Nawara też na wiceprzewodniczącego wchodzi. Wchodzi Marek, dogadaliśmy się w piątek, idziemy prawicą, nie ma żadnych już jakichś… (…) Sprawa jest na dogrywaniu, żadna gazeta nie podała, żadne media, jest cisza. Nie chciałbym, żeby lokalna gazeta.
Radny usiłuje też nakłonić Latasiewicza do odstąpienia od zamieszczenia informacji. Jest zaniepokojony, ale pewny siebie. Mówi: – Powiem panu wprost: chciałbym, żeby mi pan pomógł. Ja nie będę sugerował. Ja też będę wtedy wdzięczny i… Co ja mogę pomóc? Mogę pomóc, różne są możliwości. W Krakowie czy dodatkowo w urzędzie marszałkowskim jako dziennikarz, dodatkowe jakieś możliwości. To mam takie przy marszałku. Jak są dziennikarze, którzy – załóżmy – piszą w jednej gazetce, załóżmy w Krakowie, później lokalną też prowadzą dodatkowo… Niektórzy dziennikarze to sobie pisali w (…), a później po prostu chcieli sobie coś dorabiać, to pisali w tych lokalnych gazetkach, u wójtów i burmistrzów. Ja bym też się starał panu pomóc, czy tam jakaś potrzeba w przyszłości, czy gdzieś… (…) Krzywda mi się wielka nie stanie, bo w takich rzeczach z dużej chmury mały deszcz (…) Nie uciekałem, nie wpieprzyłem się w coś, tam jeszcze jakiś wypadek albo coś, karambol. Albo się komuś coś stało, albo się mnie coś stało. A to tak – rutynowa kontrola. To była kontrola taka przyjemna, że, że, że tego… no, coś wykazało, no wykazało… Człowiek się czuł dobrze, a jednak, a jednak, a jednak… Czasami coś popiję, podrinkuję, załóżmy do późnych godzin wieczornych, może przed południem wsiąść w samochód i może wykazać. I może wykazać, jak organizm nie spala, to zależy od organizmu. Jak się nie je, po nocy jak się nie je, a popali się papierosów i pije się, nie przegryza, to w organizmie nawet do południa może być tyle…
A w ogóle to skutek zalecanej przez medyków kuracji piwnej.
Ani burmistrz, ani Latasiewicz nie zablokowali informacji. Nagrali natomiast rozmowy z radnym. Sprawa przeciekła do innych gazet. Kwaśniak nie pomylił się natomiast w jednym – że wielka krzywda mu się nie stanie.

Cywilizacja miłości

Sprawa trafia do sądu w Tarnowie. Okazuje się jednak, że radny Kwaśniak zapada na zdrowiu. Jest tak chory, że choroba uniemożliwia mu zjawienie się w sądzie. Sprawa musi być poważna, bo przecież tak się składa, że Czesław Kwaśniak to również członek Rady Społecznej Szpitala Wojewódzkiego im Św. Łukasza w Tarnowie, więc ma do czynienia ze specjalistami. Ale i specjaliści bywają czasem bezradni. Mija pół roku, a Kwaśniak nadal choruje. Choroba jest na tyle podstępna, że dopada radnego nawet na urlopie. Stąd pewnie z dokumentacji brzeskiej „Solidarności” za rok 2003 wynika m.in., że Czesław Kwaśniak wziął 11-dniowy urlop od 13 do 31 maja, a na zwolnieniu lekarskim był od 21 do 25 maja oraz że w trakcie 45-dniowego zwolnienia lekarskiego od 17 listopada do 31 grudnia przebywał też na urlopie od 6 do 14 grudnia. Musi to być więc straszne paskudztwo. Na szczęście nie zwala radnego kompletnie z nóg. Kwaśniak nie tylko pojawia się na wiecach, pisze ulotki i zasiada w loży podczas meczów żużlowych tarnowskiej Unii. Włącza się też w kampanię wyborczą, pracując nad sojuszem LPR z Centrum Narodowym Młodych Rolników przed wyborami do Europarlamentu.
– Każdy, kto czuje się zdrowy, jest nam pomocny – wyjaśnia Marek Kotlinowski, szef parlamentarnego klubu LPR.
W czasie choroby Kwaśniak wytacza burmistrzowi Musiałowi sprawę o zniesławienie. Dotknęło go stwierdzenie burmistrza, że Kwaśniak „w sposób ewidentny prawo naruszył, a obecnie ma poważne problemy z wymiarem sprawiedliwości, zmienia zeznania i mataczy”.
Kiedy brzeski sąd postanawia zbadać stan zdrowia radnego Kwaśniaka, ten rezygnuje z domagania się przeprosin.
Chory dla sądu Kwaśniak przygotowuje też projekt deklaracji Sejmiku Małopolskiego o… „cywilizacji miłości”: „Przyjęta przez Sejmik I Kadencji strategia rozwoju Województwa Małopolskiego wyznacza politykę regionalną i jest skierowana na człowieka, aby mógł się rozwijać, aby dobro wspólne mogło mu lepiej służyć. Zarówno w myśli przewodniej misji, jak i wielu zapisach w strategii staraliśmy się wyeksponować etos, by w pogoni za dobrami materialnymi nie zgubić człowieka w sferze jego duchowości, by raczej wyzwolić w nim dobro zakorzenione w wierze i w wielowiekowej tradycji. Dołożymy wszelkich starań, by te zapisy nie pozostały martwymi, by zasady cywilizacji miłości wyznaczały nasze działania”.
Radni wprawdzie nie dyskutowali, czy pisał to człowiek chory, czy zdrowy, ale projekt w głosowaniu jednak nie przeszedł. Cywilizacja miłości na prawej stronie sprawiła jednak, że Zarząd Województwa zaproponował Kwaśniaka na członka rady nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Radny Kwaśniak członkiem rady nadzorczej WFOŚ jednak nie został i nie tylko dlatego, że nawet niektórzy radni z koalicji uznali to za bezczelność. Nieoficjalnie mówiono o tym, że sprawą Kwaśniaka zajęła się kuria, ale biskup Wiktor Skworc zaprzeczył, by osobiście z radnym rozmawiał, natomiast pewnie radny, jako człowiek głęboko wierzący, był w niedzielę na mszy i zrozumiał biskupie słowa o potrzebie zachowania trzeźwości w życiu.
W sądzie zaś dalej lądowały zwolnienia lekarskie radnego, aż wreszcie rzecznik tarnowskiego sądu Zbigniew Zabawa poinformował, że radny zostanie skierowany na badania do kliniki Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Wyniki miały być znane pod koniec listopada lub na początku grudnia. Niestety, radny Kwaśniak nie mógł zostać zbadany przez biegłych na okoliczność swej choroby, ponieważ był chory.

Jak Kennedy

Dewiza życiowa Czesława Kwaśniaka brzmi: „Nie patrz, co kraj może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla kraju” (jak sam pisze – autorstwa G.F. Kennedy’ego). – Nawet do parlamentu się zastanawiałem, czy może nie kandydować. Ale to jest takie, no to człowiek pod lupą, nie ma prywatności, nie ma życia rodzinnego, to gdzieś usiądę, to z tym, to tu już mnie widzieli tutaj, to tutaj mnie już widzieli, to tu był Kwaśniak. To jest tak chaotyczne, że już nerwy, że szkoda zdrowia, naprawdę – żali się dziennikarzowi.
W 2001 r. kandydat na senatora Czesław Kwaśniak przyznawał skromnie na swej stronie internetowej, że w 2000 r. jako przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” mieścił się w pierwszym progu podatku dochodowego. Zawartość strony się nie zmieniła wprawdzie do dziś – w przeciwieństwie do dochodów. Już dwa lata później Czesław Kwaśniak zarobił 77.541 złotych 27 groszy. Do tego doszła dieta radnego w wysokości 25.279 złotych i 8 groszy. W ubiegłym roku Kwaśniak jako związkowiec zarobił 90.393 złote, a jako radny – 26 tys. zł. Plus blisko 14,5 tys. zł z tytułu zasiadania w radach nadzorczych trzech spółek. Daje to w sumie całkiem przyzwoitą kwotę 130 tys. zł.
Od 1995 r., kiedy Kwaśniak został etatowym szefem „S” w swoim zakładzie, w jego życiu wiele się zmieniło, bo zrobił nie tylko karierę polityczną, lecz także został magistrem ekonomii na Wydziale Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego oraz skończył kurs na członków rad nadzorczych.
Czesław Kwaśniak ma jeszcze dwóch braci. Janusz został w wieku 23 lat najmłodszym w Polsce wójtem w Borzęcinie. Nie tak dawno temu radni obcięli mu pensję. Zapewnił, że to go nie zniechęci, ale doprowadził do referendum w sprawie odwołania rady. Zabrakło kworum, a potem sprawą zajęła się policja na podstawie informacji, że za odwołaniem rady głosowali nawet ci, którzy byli tego dnia za granicą. W sumie może chodzić o kilkaset osób (na 1700 oddanych głosów). Wójt nazywa to prowokacją opozycji, policja pracuje dokładnie, więc wolno. Wójt taki wolny nie jest. Na jego stronę przeszło już czterech opozycyjnych dotąd radnych. 30 listopada Rada Gminy Borzęcin podjęła uchwałę ustalającą nowe wynagrodzenie miesięczne wójta. I tak wójt gminy liczącej 8,5 tys. mieszkańców zarabia 7850 zł. Trzeci z braci – Adam – pracuje w Domu Pomocy Społecznej podlegającym wójtowi Borzęcina.
O Czesławie Kwaśniaku krąży wiele opowieści. Także i ta – „Słuchajta, chłopy, jo słyszoł, jak na mnie godajom Dyzma. A kto to kurwa jest właściwie ten Dyzma?”. Na pewno jednak prawdą jest to, co mówił Kwaśniak w rozmowie telefonicznej z Markiem Latasiewiczem, kiedy ten zadzwonił zbulwersowany groźbami radnego o zajęciu się dziennikarzem i jego rodziną przez Centralne Biuro Śledcze. Kwaśniak, po kilkukrotnym powtórzeniu, że jest przecież psychiczny i będzie się leczył, burmistrz to głuptok, powiedział do Latasiewicza tak: – Ja jestem z Borzęcina. Ja jestem borzęcok twardy, jak mnie nożem pokrojom, to jeszcze moje kawałki bedom skokać wom do gardła. Ja pana i pana żony poszukam do końca, do końca was poszukam. No to zgłoś, pan, kurwa, na policję. Zoboczysz, kolego. Taki twardy borzęcok jestem.
W Borzęcinie urodził się też Sławomir Mrożek. Ale on by tego wszystkiego przecież nie wymyślił.

 

Wydanie: 2/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy