Nie trzeba posługiwać się prawem jak cepem – rozmowa z prof. Ewą Łętowską

Nie trzeba posługiwać się prawem jak cepem – rozmowa z prof. Ewą Łętowską

Rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego czasami okazywały się bardzo rozczarowujące

Z prof. Ewą Łętowską rozmawia Andrzej Dryszel

Czy poglądy i sympatie polityczne sędziów TK wpływają na wydawane przez nich wyroki?
– Uważam to za kwestię drugorzędną. Nie zgadzam się z wekslowaniem dyskusji o pracy Trybunału Konstytucyjnego na poziom poglądów politycznych. Praca sędziowska jest oparta na wiecznym dyskursie – to zespół, którego członkowie dyskutują, spierają się ze sobą. Płaszczyzną takiego sporu są albo zasady, reguły, konstrukcje – czyli wszystko to, co nazywamy nauką prawa – albo czysta aksjologia, czyli wyznawane wartości. Lenin był prawnikiem, ale przede wszystkim był ideologiem i sfera aksjologiczno-polityczna przeważała u niego ponad wszystkim. Na każdym wyroku ważą poglądy sędziów – nie tyle polityczne, ile wyznawany przez nich system wartości. Aksjologia sędziów nie powinna jednak zastępować wiedzy fachowej. Jak mówi stara anegdota, sąd może lubić chudy ser, ale musi, w granicach widełek, skazać sprzedawczynię fałszowanego mleka.
Jeśli lubi, może jej wymierzyć najniższą możliwą karę.
– Oczywiście, ale nie poniżej widełek. Jeśli natomiast nie ma pojęcia, jakie są te widełki, kiedy i w jaki sposób nimi operować, skaże ją wedle swego uznania. Wiedza prawnicza powinna trzymać sędziów w ryzach, niezależnie od tego, jakie mają poglądy. Do tego, aby dyskusja była prowadzona na tej samej płaszczyźnie, wszyscy muszą reprezentować ten sam poziom wiedzy fachowej. Wszelkie dyskusje, skąd przyszedł ten, a skąd tamten, są dla mnie bez znaczenia, pod warunkiem że do Trybunału Konstytucyjnego wybiera się dobrych fachowców. Miarą i cnotą dobrego prawnika jest to, że poglądy nie wpływają na jakość jego pracy. Sędzia ma prawo ujawnić swój światopogląd, ale nie używa go do gwałcenia zasad swego rzemiosła.
Bagatelizuje pani wpływ poglądów i sympatii sędziów na ich orzekanie. A przecież np. w USA przywiązuje się dużą wagę do tego, czy kandydat na sędziego Sądu Najwyższego ma poglądy liberalne, czy może jest chrześcijańskim konserwatystą.
– Gdy w Sądzie Najwyższym USA jest wakat, prezydent mianuje oczywiście kandydatów bliższych sobie politycznie. Jeśli mianuje dobrych, to nie ma żadnego problemu. I wydaje mi się, że tam wszelkie dyskusje na temat sympatii przyszłych sędziów przyjmują, że podstawą jest bardzo wyrównany i wysoki poziom fachowy, który każdy kandydat powinien reprezentować, niezależnie od poglądów. W USA mają inny kłopot – sędziowie Sądu Najwyższego są mianowani dożywotnio, niektórzy mają prawie sto lat, już niespecjalnie kojarzą, ale trwają na stanowiskach, póki sami nie zrezygnują.

Magister i polityk na sędziego

Czy sędziami TK w Polsce zostają osoby reprezentujące wyrównany i wysoki poziom fachowy?
– Każdy lekarz ma dyplom. Czy to oznacza, że wszyscy są fachowcami tej samej klasy? Oczywiście nie. Tak samo jest z prawnikami, radcami i profesorami.
Sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybiera się nie tylko spośród profesorów. Zasiadają tam także ludzie, którzy są jedynie magistrami.
– Owszem, magistra wolno wybrać do Trybunału Konstytucyjnego i zapewniam, że może on być wspaniałym sędzią. Jeśli będziemy zwracali uwagę tylko na czysto formalne kwalifikacje, zawsze będzie problem, czy kandydat na pewno jest świetnym fachowcem, którego szukamy, czy niekoniecznie. Sądzenie składa się z paru elementów: aksjologia (jakąś trzeba mieć), bardzo dobra wiedza fachowa, umiejętność porozumiewania się z innymi (bo to praca zespołowa) oraz charakter, co zresztą łączy się z ostatnim wymienionym czynnikiem. Dziś prawo staje się coraz trudniejsze, w przepisach nie wszystko jest „od do”, rola sądów rośnie. Krajowe władze ustawodawcze muszą uwzględniać regulacje Unii Europejskiej, bo inaczej zostaną pozwane do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Nie wolno naruszać zasad tworzących europejską Konwencję praw człowieka, bo za to grozi trybunał w Strasburgu. Ingerencja ze strony władz nakładających obowiązki lub wymierzających sankcje powinna być wyważona i proporcjonalna, gdyż zbyt surowa, nieproporcjonalna może być niekonstytucyjna. Do Trybunału trzeba wybierać ludzi, którzy poradzą sobie z tym wszystkim. Niekoniecznie powinni to być profesorowie i doktorzy prawa. Np. mój wieloletni kolega i dawny wiceprezes Trybunału, Janusz Niemcewicz, nie ma doktoratu, ale jest jednym z najmilej przeze mnie wspominanych sędziów TK, z uwagi na rozsądek, mądrość życiową, wiedzę prawniczą, spokój i odpowiedzialność. Razi mnie myślenie typu: wybraliśmy profesora, to on z definicji musi być dobry. Profesorowie też mogą mieć braki w elementach koniecznych do dobrego sądzenia. Chodzi o to, żeby po prostu wybierać ludzi na bardzo wysokim poziomie fachowym – tylko i aż tyle.
A jeśli magister to w dodatku polityk? Sędzią Trybunału Konstytucyjnego jest np. mgr Marek Kotlinowski, który był prezesem Ligi Polskich Rodzin do czasu wyboru na sędziego TK.
– Jeśli sędzią Trybunału Konstytucyjnego zostaje polityk, może się pojawić problem, choć nie ma tu reguł. Ktoś, kto odznacza się bardzo dobrym wyczuciem pełnionej aktualnie funkcji, jest w stanie powiedzieć sobie: OK, byłem politykiem, ale w tej chwili jestem sędzią, wiem, co mi przystoi jako fachowcowi, a co nie. Uprzedzając zaś kolejne pana pytanie, powiem, że byłoby mi niezręcznie krytykować fachowość moich kolegów z Trybunału i na pewno tego nie zrobię. To wy – media – powinniście o tym dyskutować, biorąc za podstawę to, co czytacie w orzeczeniach. Niestety opis orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego w mediach jest niesłychanie powierzchowny, co powoduje, że ich obraz jest całkowicie fałszywy. Media dają się brać na plewy, zamiast zajmować się ziarnami. Interesuje was głównie „kto kogo”, a nie zagadnienia prawne. To tak, jakby zachwycić się meczem, w którym było 20 do 1, tyle że 18 bramek padło ze spalonego. Wy napiszecie, że cudownie, wspaniały wynik, ja – że to patałachy, bo tylko trzy bramki strzelili prawidłowo.
Wybaczy pani, ale przy 18 bramkach ze spalonego każdy dziennikarz napisze jednak, że rzeczywisty wynik wynosił 2 do 1.
– O to mi właśnie chodzi, by także w sprawach prawnych dziennikarze znali podstawowe zasady i reguły gry. Niestety, rzadko się to zdarza. Przykładem jest choćby wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2007 r. uznający, że wiele przepisów ustawy lustracyjnej było sprzecznych z konstytucją. Uważam, że ten wyrok (wszyscy grymasili, choć z różnych przyczyn) został bardzo przyzwoicie zrobiony przez Trybunał, zważywszy na tempo prac i na to, że do ustawy zgłoszono bardzo dużo zarzutów rozmaitej rangi i kalibru. A większość dziennikarzy uznała tylko, że Trybunał „jest przeciwny” lustracji. Żeby zrozumieć, jak pracuje Trybunał, trzeba wiedzieć, że może on orzekać jedynie w granicach złożonego wniosku lub skargi, które określają, w jakim zakresie zajmie się sprawą. A także (co osobiście uważam za złe rozwiązanie) uważa się, że Trybunał jest związany wskazaniem we wniosku tego, jakie przepisy konstytucji mogły zostać naruszone. Załóżmy, że sprawa została „źle” zaskarżona, czyli jest potencjalna niekonstytucyjność, ale jako wzorzec wskazano niewłaściwy przepis konstytucji. Wyrok musi wtedy brzmieć: nie stwierdzono niezgodności z konstytucją. Publiczność nie rozumie, idzie błędny sygnał, Trybunał sam niekontent z siebie. Byłam sprawozdawczynią w sprawach, w których nie miałam wątpliwości, że problem jest trafnie określony, np. we wniosku rzecznika praw obywatelskich dotyczącym dostępu do informacji niejawnych. Wniosek był jednak tak sformułowany i umotywowany, że orzeczenie musiało brzmieć: przepis jest konstytucyjny. Po prostu sprawę źle zaskarżono. Jedynie w uzasadnieniu można było przeczytać, że to wcale nie znaczy, iż wyrok wyraża aprobatę dla istniejącego stanu rzeczy. Przy innym zaskarżeniu mógłby być inny wyrok. Na to wszystko media nie zwracają jednak żadnej uwagi. Dawniej, gdy dopiero przyszłam do Trybunału, dziennikarze interesowali się kwestiami prawnymi, bywali na konferencjach prasowych robionych po to, żeby wyjaśnić orzeczenia. Dziś nie wykazują cienia zainteresowania. Tylko „wygrał – przegrał” – jedynie to jest ciekawe dla mediów. W tym świetle to, co one wypisują – czy pod hasłem „jakież to niekonstytucyjne bezeceństwo”, czy „jak wspaniale działają organy ustawodawcze, uchwalając świetne prawo” – jest jednakowo nic niewarte!

Zmiana przepisów nie jest lekarstwem

Czy względy polityczne decydowały czasem o kolejności rozpatrywania spraw przez Trybunał?
– Uważam, że nie. Często się myśli, że jeśli sprawa wpływa do Trybunału, to w ściśle określonym czasie (czy kolejności rozpatrywanych spraw) musi z niego wyjść. Tak jednak się nie da. Sprawy są przydzielane sędziom sprawozdawcom po kolei, alfabetycznie według nazwisk, każdy dostaje tyle samo. Stopień skomplikowania spraw jest jednak różny, na jedną sędzia musi poświęcić więcej czasu, na drugą mniej. Nie wszyscy pracują w jednakowym tempie, mogą też powstać zaległości, jeśli się zdarzy choroba. Fachowość także ma znaczenie, bywa, że sędziemu trudno „ugryźć” sprawę. Niekiedy projekt rozstrzygnięcia jest odrzucany przez Trybunał, wtedy albo powołuje się innego sprawozdawcę, albo sędzia zmienia swój projekt – i to wszystko trwa. Niektórymi sprawami Trybunał zajmuje się szybciej – pytania prawne zwykle są załatwiane w pierwszej kolejności, bo jeśli sąd kieruje pytanie do Trybunału Konstytucyjnego, to znaczy, że na rozstrzygnięcie czeka czyjaś konkretna sprawa i należy się pośpieszyć; a np. skarga konstytucyjna może wtedy poczekać. Ważne też, ile spraw w spadku po poprzedniku dostaje nowy sędzia wchodzący do Trybunału. Oczywiście, gdyby sędziowie chcieli, mogliby coś przymanipulować. Nikt jednak tego umyślnie chyba nie robi. W tym celu trzeba by było całe scenariusze układać. I bez tego jest mnóstwo czynników powodujących, że sprawy są załatwiane w różnym tempie.
Czy należy zmienić przepisy określające sposób powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego?
– Jestem bardzo sceptyczna, gdy słyszę, że zmiana przepisów miałaby coś uzdrowić. Nie wiem, czy dałoby to jakikolwiek efekt. Niezależnie od tego, jaki będzie system powoływania sędziów, wpływu polityków nie da się wyeliminować. Wszędzie na świecie jest podobny problem. Podniesienie kryteriów formalnych nic nie da, w sytuacji gdy jednocześnie – z czym mamy teraz do czynienia – w Polsce wyraźnie obniża się poziom studiów prawniczych, doktoratów, habilitacji i profesur.
Można jednak przyjąć regułę, że sędziami Trybunału Konstytucyjnego zostają tylko osoby z doświadczeniem sędziowskim. Tymczasem mogą tam zasiadać nawet ludzie, którzy nigdy nie byli w sądzie w żadnym charakterze.
– Sama mam praktykę sędziowską i wiem, że w Trybunale Konstytucyjnym jest ona niezwykle potrzebna – ale sędziowie jakoś się specjalnie nie garną do pracy w TK. Ostatnio mieliśmy chwalebny przykład pana prof. Andrzeja Wróbla, sędziego SN z 17-letnim stażem. Uważam, że to świetny nabytek dla Trybunału, bardziej zresztą dlatego, że jest on sędzią niż z powodu tytułu profesora, choć to naprawdę wybitny naukowiec. Nie jestem jednak przekonana do proponowania ulepszeń typu: zmieńmy przepisy tak, by do Trybunału trafiali sami sędziowie. Wolę spokojną, organiczną pracę nad podniesieniem fachowego poziomu kandydatów.
Czy sędziom Trybunału Konstytucyjnego łatwo przychodzi uzgadnianie wyroków?
– Generalnie w polskim społeczeństwie istnieje słaba zdolność do kompromisu – i od tej przypadłości nie są też niestety wolni ludzie, którzy mają głosować gdziekolwiek. Zdolność do kompromisu jest jednak pochodną fachowości. Jeśli ktoś może tylko zaprezentować swój pogląd i nie jest w stanie zmodyfikować go lub przedstawić w inny sposób, to o jakikolwiek kompromis trudno. Wyrok zapada większością głosów, nawet jednoosobową. Głosuje się jego poszczególne punkty, więc głosów jest zwykle więcej niż sędziów. Oczywiście najtrudniej wyłonić większość, jeśli Trybunał orzeka w składzie 10-, 12- czy 14-osobowym. Wniosek stąd, że nie należy kierować spraw na składy parzyste. A i to się zdarzało. Ten, kto został przegłosowany, może napisać zdanie odrębne, ale nie zawsze korzysta z tej możliwości, więc brak zdań odrębnych nie świadczy o jednomyślności.

Zdanie odrębne potrzebne

Po co w Trybunale Konstytucyjnym instytucja zdania odrębnego? Przecież od jego wyroków nie ma odwołania, więc podkreślanie, że któryś sędzia zajął inne stanowisko niż większość, niczemu nie służy.
– Sędzia nie jest marionetką i czasem musi móc głośno powiedzieć: non possumus. Jeśli dał się przegłosować, nie przekonał pozostałych członków składu do swych racji, powinien zgłosić votum separatum. Inaczej to nie honor, bo jak to: głosuje przeciw, ale nie wyjaśnia dlaczego? Zdanie odrębne pełni też ważną funkcję społeczną, przedstawiając opinii publicznej – mediom, społeczeństwu, środowisku naukowemu – możliwość alternatywnego rozwiązania, którego nie dostrzegła czy nie zaakceptowała większość. Dobrze napisane i logicznie uzasadnione zdanie odrębne ukazuje większe bogactwo rzeczywistości prawnej, inne aspekty zagadnienia niż sam wydany wyrok. Może więc doprowadzić np. do dyskusji, która spowoduje zmianę kontrowersyjnego przepisu. Prawo działa przecież nie tylko środkami władczymi.
Jak podsumowałaby pani swoją dziewięcioletnią kadencję w TK?
– W każdym miejscu, w którym zawodowo byłam – w Trybunale Konstytucyjnym także – poszerzałam swoje doświadczenia na temat tego, jak działa prawo i jakie czynniki mają na to wpływ. I bardzo bym pragnęła, żeby kultura prawna en masse była na wszystkich szczeblach, od ustawodawcy poczynając, na nieco wyższym poziomie. Także rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego czasami okazywały się bardzo rozczarowujące. Albo niedostateczna była dyscyplina prawniczego wywodu, albo kompromis zawierano na zbyt niskim poziomie merytorycznym, albo uzasadnienie było marne. Podpisywanie się pod takimi wyrokami bywało frustrujące. Rozczarowaniem był też nikły odbiór społeczny oraz powierzchowne reakcje mediów, które sprowadzały się, jak już mówiłam, do „wygrał – przegrał”. Pamiętam, jak orzekaliśmy o konstytucyjności akcesji Polski do Unii. Pełny skład, ważna sprawa, bo podnoszono nawet zarzuty naruszania suwerenności, a na sali nikogo. Nikt nie był zainteresowany wysłuchaniem, dlaczego traktat akcesyjny jednak nie naruszał suwerenności Polski.

Coraz gorsze ustawodawstwo

Czy prawa rządzące polskim życiem stają się stopniowo coraz lepsze i doskonalsze?
– Zdecydowanie coraz gorsze. Poziom ustawodawstwa spada, nasila się tolerancja dla bylejakości w legislacji, sądownictwie i kształceniu prawników. W Polsce najczęstsza reakcja to: jest jakieś zjawisko, coś się dzieje, natychmiast, więc należy uchwalić ustawę na ten temat. Mamy coraz więcej ustaw pisanych byle jak, na kolanie, po to, żeby opowiadać, że rzekomo rozwiązało się jakiś problem. Tymczasem niczego się nie rozwiązało, nie ma żadnej refleksji na temat funkcjonowania wcześniejszych przepisów, nikt nie zwraca uwagi na praktykę sądową ani na krytyczne opinie dotyczące rozmaitych rozwiązań. Są sprawy wracające jak bumerang do Trybunału Konstytucyjnego, np. Ustawa o spółdzielczości mieszkaniowej, która była zaskarżana chyba aż osiem razy, i nikt nie wyciąga z tego żadnych wniosków. Mamy problem dopalaczy, pedofilii, bezpieczeństwa na imprezach sportowych czy obrzucania się błotem w dyskursie publicznym – tu oczywiście należy jak najszybciej wydać nowe przepisy, najlepiej karne, zakazujące, o możliwie surowej sankcji. To, że będą one niezgodne z konstytucją lub nieskuteczne, a praca nad nimi pochłania masę czasu i uwagi społecznej, dla nikogo nie ma żadnego znaczenia. Powstał teraz znów przepis o zakazie zasłaniania twarzy na stadionach – przecież to już było, jest niegdysiejsze orzeczenie Trybunału, które – wydane w ramach kontroli prewencyjnej – spowodowało, że nowela do prawa o zgromadzeniach nigdy nie weszła w życie z powodu rozmaitych błędów. Błyskawiczne sądzenie na stadionach? – mamy już przecież nieudany eksperyment z sądami 24-godzinnymi. Jestem zresztą ciekawa, jak podczas takiego stadionowego sądzenia zostanie zapewnione prawo do obrony. Jak rozumiem, posłowie, w mądrości swej, zadbają o stosowne rozwiązania. Z pewną pobłażliwością patrzę na obecny zapał legislacyjny naszych władz, bo wszystko to już przerabialiśmy, wystarczy przejrzeć wcześniejsze regulacje.
Nie są przeglądane?
– A skąd. Np. po wejściu w życie w 1997 r. obecnej konstytucji należało przejrzeć i zmodyfikować przepisy Kodeksu karnego wyłączające karalność za zniewagę i pomówienie. Czym innym jest bowiem, gdy dopuszcza się tego osoba prywatna, a czym innym, gdy media, czym innym, gdy ma to miejsce publicznie, ale w ramach tego za pomocą prasy, a czym innym prywatnie lub publicznie, ale nie medialnie. Kodeks zaś tego nie różnicuje w wystarczający sposób. Inny przykład – w przepisie mówiącym o zniewadze prezydenta jest kara pozbawienia wolności do lat trzech. Natomiast w przepisie dotyczącym zniewagi konstytucyjnego organu państwa sankcja jest bardziej elastyczna: grzywna, ograniczenie wolności lub pozbawienie wolności do lat dwóch. Efekt jest taki, że prokuratury z reguły umarzają postępowania o zniewagę prezydenta, bo nie chcą wnioskować o pozbawienie wolności, a innej możliwości nie mają. Paradoksalnie więc surowsza sankcja za zniewagę prezydenta sprawiła, że stał się on bardziej bezbronny. To dobry przykład kary nieproporcjonalnej do naruszenia i dowód na to, że postulaty zaostrzania sankcji i uczynienia ich bardziej bezwzględnymi wcale nie służą lepiej dobrom, które mają chronić. Jaki sens ma przepis nakazujący zamianę grzywny na karę bezwzględnego pozbawienia wolności? Sąd ma wtedy związane ręce i produkuje sztucznych męczenników, takich jak ów dziennikarz z Polic, który nie chciał płacić grzywny i musiał iść siedzieć, a w jego obronie w klatce w Warszawie protestowali koledzy po fachu. Przecież wystarczyłaby egzekucja komornicza grzywny, a czasami może tylko ciągłe publiczne upominanie, że delikwent jeszcze nie zapłacił. Przypuszczam, że to byłoby skuteczniejsze. Nie zawsze trzeba posługiwać się prawem jak cepem.

I prawo, i muzyka

Czy po zakończeniu kadencji zamierza pani jakoś walczyć o jakość prawa?
– Jeśli uznam, że powinnam zwrócić uwagę na coś ważnego, czego inni może nie zauważyli lub nie powiedzieli, oczywiście to zrobię. Będę pisała o błędach w mechanizmie funkcjonowania prawa; no i o muzyce. Na przypadające we wrześniu tego roku 50-lecie Warszawskiej Opery Kameralnej napisałam nieco żartobliwe studium z zakresu hermeneutyki stosowanej dzieła operowego. Ostatnio zajęłam się zaś kościelną Komisją Majątkową. Gdy powołano ją w 1989 r., jej funkcjonowanie było zgodne z konstytucją. Miała działać tylko dwa lata, ale pracowała 22. W międzyczasie uwłaszczono gminy. Wcześniej państwo dawało Kościołowi rekompensaty ze swojego majątku, od 1990 r. było to już mienie gmin, rozdawane nawet bez informowania ich o tym, a przecież od wejścia w życie konstytucji z 1997 r. gminy mają konstytucyjną gwarancję własności jako zabezpieczenia samodzielności. Trzeba było ustawę z 1989 r. dostosować do konstytucji – nie zrobiono tego. Przepisy o komisji majątkowej bynajmniej nie mówiły, że osoby trzecie, będące dzierżawcami zwracanej nieruchomości lub mające do niej inne prawa, nie mogą skorzystać z drogi sądowej, jeśli ich prawa miałyby zostać naruszone. Droga sądowa była wyłączona tylko ze sporów między skarbem państwa a Kościołem. Tymczasem nasze sądy uznały, że w żadnym przypadku droga sądowa nie może być stosowana – i prawem kaduka takie orzecznictwo utrzymało się po dziś dzień.
Myślę, że zadecydowało to, co pani zdaniem nie powinno wpływać na orzekanie, czyli światopogląd sędziów. Oni po prostu bardzo chcieli, wbrew prawu, wykazać się przychylnością wobec Kościoła.
– Raczej zaważył tu nie tyle światopogląd, ile pewien oportunizm sądów i ich niechęć do narażania się temu, co w danym momencie jest (albo jest uważane za) politycznie lub społecznie poprawne. Nie jest to zatem kwestia światopoglądu sędziów, lecz ich charakteru. Gdyby było więcej odwagi, śmiałości i znajomości prawa, nie doszłoby do takich ekscesów, jakie wystąpiły w działalności kościelnej Komisji Majątkowej. Coś, co było wyrazem sprawiedliwości transformacyjnej w 1989 r., z czasem samo stało się kolejną dziejową niesprawiedliwością. Teraz zresztą (już po zakończeniu prac przez Komisję i nawet po wyroku Trybunału umarzającym postępowanie) także nie dostrzega się wszystkich aspektów prawnych istniejących uprawnień gmin. Skoro to wszystko widzę, piszę o tym – oczywiście w fachowej prasie. Jeśli nie umieją czy nie chcą pisać inni.
Gdyby jakieś ugrupowanie zaproponowało pani start w wyborach?
– Na szczęście jest to absolutnie wykluczone, bo cały czas jestem sędzią, choć w stanie spoczynku, więc obowiązuje mnie przepis o apolityczności. Szczerze mówiąc, dziwię się, że ktokolwiek może zajmować się działalnością polityczną przez wiele lat z własnej woli. Uważam, że to wynik jakichś problemów osobistych i braku możliwości realizowania się w innych dziedzinach.


prof. Ewa Łętowska, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002-2011. Była pierwszym rzecznikiem praw obywatelskich w Polsce, orzekała też w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Jest członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności. Wybitna znawczyni muzyki klasycznej.

 

Wydanie: 29/2011

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Ossi
    Ossi 27 lipca, 2011, 18:09

    Piękny wywiad, pełen wyważonych słów. Tak rzadko spotykam się z postawą, którą reprezentuje Pani Prof. Łętowska – dla mnie autorytet w dziedzinie prawa. Takich Sędziów potrzebujemy – gdzie wiedza fachowa, kręgosłup moralny, odwaga cywilna w wyrażaniu i bronieniu swoich poglądów łączy się finezyjnie z elegancją i taktem w stosunku do innych poglądów i postaw. Przeraża mnie coraz więcej prawników, którym trudno oprzeć się presji społecznej i politycznej w procesach trudnych, bo dotyczących spraw tak niedawnych.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy