Nie tylko głupota, ale zbrodnia

Generał Władysław Anders a powstanie warszawskie

Generał Władysław Anders uważał powstanie warszawskie za kardynalny błąd z politycznego i wojskowego punktu widzenia, a z moralnego za zbrodnię, za którą odpowiedzialność ponosili jego zdaniem dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór-Komorowski i jego sztab. Jan Nowak-Jeziorański, legendarny kurier z Warszawy oraz jeden z koronnych świadków i uczestników powstania warszawskiego, powtarzał często, że każdy myślący Polak rozpamiętujący dzieje tego tak bohaterskiego, a zarazem tragicznego, naszego ostatniego wielkiego, narodowego zrywu powstańczego jest głęboko rozdarty wewnętrznie.
Prawie każdego bowiem Polaka urzeka i imponuje mu rzadko spotykane bohaterstwo powstańców i ludności cywilnej stolicy, która przez 63 dni toczyła samotny, nierówny bój z Niemcami, a zarazem przeraża go ogrom strat ludzkich i materialnych poniesionych na skutek tego powstania. Niemcy podawali, że w czasie powstania warszawskiego zabili lub wymordowali ok. 200 tys. Polaków – dzieci, kobiet, starców i mężczyzn, obrócili też stolicę Polski w perzynę. Co więcej, ok. 550 tys. ludzi wypędzili ze zniszczonego miasta, z czego 165 tys. wywieźli na roboty w Rzeszy, a 50 tys. wysłali do obozów koncentracyjnych. Na skutek powstania większa część miasta uległa zniszczeniu. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona i 1. Armia WP wkroczyły do miasta ruin i grobów – do miasta warszawskich robinsonów. Takiej ruiny i katastrofy nie przeżyła żadna inna stolica europejska od najazdu Hunów na Rzym.
Straty poniesione przez powstańców też były niezwykle bolesne: 9,7 tys. zabitych, 5,3-7,2 tys. zaginionych, 25 tys. rannych i kontuzjowanych. Ponadto do niewoli niemieckiej, jak podaje Władysław Bartoszewski, dostało się ok. 16 tys. osób.
W czasie powstania straciliśmy sam kwiat stołecznej młodzieży, niedoszłej elity narodu, której później tak bardzo nam brakowało i jeszcze dzisiaj brakuje.
Niemcom udało się stłumić powstanie kosztem 2 tys. zabitych i 9 tys. rannych żołnierzy oraz 100-200 zabitych cywilów. Inne źródła podają, że straty niemieckie wynosiły zaledwie 1570 zabitych i 9044 rannych żołnierzy. Wymowa tych cyfr jest wręcz przerażająca.
Nic więc dziwnego, że wielu Polaków jest głęboko poruszonych i wzburzonych, kiedy rozpatruje sprawę powstania warszawskiego: jego przyczyny, przebieg i skutki, czego najlepszym przykładem jest gen. Władysław Anders, legendarny dowódca 2. Korpusu, zdobywca Monte Cassino, a po wojnie przywódca drugiej wielkiej polskiej emigracji politycznej, której rdzeniem byli jego żołnierze, wyprowadzeni przez niego z „nieludzkiej ziemi”.
Gen. Anders uważał wywołanie powstania, od samego jego wybuchu, nie tylko za głupotę, ale za „wyraźną zbrodnię” i

„największe nieszczęście dla Polski”.

Co więcej, oceniał, że jakakolwiek akcja przeciwko Niemcom w panujących wówczas w kraju warunkach prowadziła tylko do „niepotrzebnego przelewu krwi polskiej”. Gen. Anders był „na kolanach przed walczącą Warszawą”, ale sądził, że „gen. Komorowski i szereg innych osób” winni stanąć przed sądem za wywołanie powstania. W jego opinii powstanie to leżało jedynie w interesie Niemców i bolszewików.
Anders, doświadczony żołnierz i dowódca, uważał, że powstanie nie było należycie przygotowane i nie miało najmniejszych szans powodzenia, a ocena sytuacji militarnej na froncie wschodnim, dokonana przez dowództwo Armii Krajowej pod koniec lipca 1944 r., była fałszywa, z czym trudno się nie zgodzić. Nie uzgodniono też powstania z aliantami zachodnimi i nie upewniono się, „jaką pomoc mogli dać alianci walczącej stolicy”.
Gen. Marian Kukiel, szef Ministerstwa Obrony Narodowej w latach 1943-1945, wyśmienity historyk wojskowości, też uważał powstanie warszawskie za nieszczęście dla Polski. Do wybuchu powstania doszło, jak wiemy, ponieważ Komenda Główna AK uważała, że Niemcy na froncie wschodnim ponieśli już ostateczną klęskę, a wejście Armii Czerwonej do stolicy było tylko kwestią kilku dni.
Zdaniem gen. Andersa skutki i konsekwencje powstania warszawskiego były dla Polski fatalne, gdyż zniszczyły ośrodek dyspozycyjny w kraju, zniszczyły inteligencję i „puls walki o niepodległość w kraju, ułatwiając tym sowietyzację kraju”.
Zdaniem gen. Kukiela do wybuchu powstania doszło, gdyż Komenda Główna AK dokonała 21 lipca 1944 r. zbyt optymistycznej oceny sytuacji na froncie wschodnim. Doszła bowiem do przekonania, że Niemcy na wschodzie doznali druzgocącej klęski oraz że Armia Czerwona wkrótce wejdzie do Warszawy, a następnie będzie kontynuować marsz na zachód, w związku z czym zarządziła stan czujności do powstania powszechnego od dnia 25 lipca, które przewidywało opanowanie przez AK stolicy jako głównego polskiego ośrodka życia politycznego i narodowego, nie przerywając przy tym operacji „Burza”. Jak wiemy, do powstania powszechnego nie doszło, gdyż w ostateczności powstała tylko Warszawa.
Zgodnie z relacją gen. Tadeusza Pełczyńskiego autorem tej nader optymistycznej oceny działań na froncie wschodnim był gen. Leopold Okulicki, zastępca szefa sztabu KG AK ds. operacyjnych. Nie ulega kwestii, iż gen. Okulicki był głównym orędownikiem i autorem powstania warszawskiego, co było dla gen. Andersa wielkim zaskoczeniem.
Zdaniem gen. Kukiela wszystkie dalsze decyzje podejmowane w kraju, które doprowadziły do wybuchu powstania w Warszawie, były w zasadzie wynikiem owej wadliwej oceny sytuacji na froncie wschodnim. Np. decyzja podjęcia walki o Warszawę 1 sierpnia 1944 r. powzięta przez KG AK po południu 31 lipca, na skutek meldunku płk. dypl. Antoniego Chruściela „Montera”, komendanta Warszawskiego Okręgu AK, o pojawieniu się czołgów sowieckich pod Pragą. Dzisiaj wiemy, że KG AK źle wybrała moment rozpoczęcia walki o Warszawę. Jak to trywialnie określił gen. Kukiel, „oni

pociągnęli fałszywą kartę

– jokera – kiedy ostatecznie zdecydowali się działać”.
Dla gen. Kukiela „pojawienie się Rosjan w okolicach Pragi było niewystarczającym dowodem, że Armia Czerwona będzie w stanie przekroczyć Wisłę i zająć Warszawę”. Decyzję podjęcia boju o Warszawę 1 sierpnia w KG AK przeforsował, jak sam później przyznawał, gen. Okulicki. Tymczasem gen. Kukiel już 30 lipca doszedł do przekonania, po otrzymaniu wiadomości z Warszawy, że Niemcy ściągnęli pancerne posiłki do rejonu stolicy, że rosyjsko-niemiecka bitwa o Warszawę przeciąga się i że trzeba czekać na jej wyniki przed rozpoczęciem akcji AK.
W Warszawie natomiast sztab AK, zdaniem gen. Kukiela, „działał pod presją wypadków i zlekceważył przybycie niemieckich posiłków”. Dla gen. Kukiela niejasna była też sprawa meldunku płk. „Montera” złożonego gen. Borowi po południu 31 lipca 1944 r., o pojawieniu się czołgów radzieckich pod Pragą, który stał się bezpośrednią przyczyną wybuchu powstania.
Niestety gen. Kukiel nie przekazał swej trafnej oceny sytuacji do kraju, gdyż – mimo że był ministrem obrony narodowej – nie mógł się komunikować bezpośrednio z dowódcą AK, nie posiadał bowiem do tego żadnych uprawnień. Było to wyłącznie domeną naczelnego wodza.
Gen. Tadeusz Pełczyński też wielokrotnie zaznaczał, że ocena sytuacji na froncie wschodnim miała przemożny wpływ na decyzję o wywołaniu powstania w stolicy: „Od sytuacji na froncie uzależniony był moment rozpoczęcia walki i zdeterminowanie elementów taktycznych”.
Gdybym wiedział – przyznawał po wojnie gen. Pełczyński, jeden z głównych autorów powstania warszawskiego – że Rosjanie nie wejdą i nie będą działać na korzyść Warszawy, tobym 1 sierpnia 1944 r. walki nie podejmował. Poczekałbym na lepszy moment, który upewniłby mnie, że Rosjanie wejdą do Warszawy i Niemców wykończą. „Bo myśmy mogli tylko walkę rozpocząć, my ich (Niemców – JMC) wykończyć nie mogliśmy – tak zarozumiali nie byliśmy”.
Zgodnie więc z planami Komendy Głównej AK Armia Czerwona, a co za tym idzie sam generalissimus Stalin mieli być głównym i ostatecznym gwarantem powodzenia powstania, które, jak wiemy, było politycznie skierowane przeciwko jego planom podporządkowania Polski woli Kremla i zabrania jej naszych Kresów Wschodnich, co zakrawało wręcz na logiczną niedorzeczność.
„Były błędy – przyznawał później gen. Pełczyński – i nie wszystko było przemyślane do końca”. Należało bowiem przypuszczać, że – jak ostrzegał Komendę Główną Armii Krajowej płk dypl. Janusz Bokszczanin – Stalin, który kierował się zawsze przede wszystkim względami politycznymi, „będzie robił wszystko, co tylko będzie mógł, aby powstanie zakończyło się naszą klęską”.
Nie można było uzależniać ostatecznego sukcesu powstania

od dobrej woli Stalina,

który już w lutym 1943 r., a więc jeszcze przed zerwaniem stosunków z rządem polskim w sprawie Katynia, oświadczył gen. Sikorskiemu, że nie będzie współpracował militarnie z Armią Krajową, rzekomo aby nie narażać polskiej ludności cywilnej na represje niemieckie. Dodawał przy tym, że miał zamiar tworzyć oddziały polskie przy Armii Czerwonej, które później planował zwrócić Polsce. Było więc jasne, że Stalin traktował Armię Krajową jako siłę mu wrogą jeszcze na długo przed wybuchem powstania warszawskiego.
Co gorsza, nasi alianci zachodni wyłączyli Armię Krajową w listopadzie 1943 r. z działań inwazyjnych, uważając, że jej działania w Polsce nie będą miały wpływu na planowane operacje anglo-amerykańskie w północnej Francji. Aliantów zachodnich interesowała głównie działalność wywiadowcza AK, a nie jej od dawna planowane operacje powstańcze.
le uzbrojona, chociaż liczna i dobrze zorganizowana Armia Krajowa pod koniec 1943 r. znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji politycznej i militarnej. Co więcej, nie mogła już liczyć na wydatną pomoc lotniczą i zrzutową z Zachodu, chociaż w kraju – mimo wszystko – stale się jej spodziewano.
Tadeusz Komorowski stwierdzał słusznie, że w sprawie wsparcia sojuszniczego utrzymywano w KG AK „wykładnię własnych oczekiwań, a nie wyraźnych ustaleń z sojusznikami”, co później fatalnie odbiło się w czasie przeprowadzania w kraju operacji „Burza” i powstania warszawskiego.
W istocie, jak kategorycznie podkreślał Komorowski, działania powstańcze Armii Krajowej nie mogły liczyć na „żaden czynnik wsparcia: ani na lotnictwo polskie, ani na lotnictwo alianckie (zachodnie i sowieckie), ani na 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową, której znaczenie i tak ograniczałoby się do wybranych zadań operacyjno-taktycznych”.
AK w walce z Niemcami w zasadzie była skazana, przynajmniej w pierwszej fazie, na własne, niezwykle ograniczone siły, a współdziałanie taktyczno-operacyjne z Armią Czerwoną miano nawiązać już w trakcie podjętych działań własnych – czyli w czasie operacji „Burza” czy też powstania warszawskiego. Co więcej, oddziały AK biorące udział w walkach „Burzy” miały się ujawniać wobec Armii Czerwonej i odgrywać wobec Rosjan rolę gospodarzy. Gen. Kazimierz Sosnkowski, naczelny wódz polskich sił zbrojnych, uznał decyzję gen. Bora-Komorowskiego – ujawniania się wobec Rosjan oddziałów AK biorących udział w operacji „Burza”, 11 stycznia 1944 r. – za ofiarny poryw kraju, mający „na celu zadokumentowanie praw Polski do istnienia”.
Dodawał jednak: „Jasne są trudności i komplikacje, jakie stąd wyniknąć mogą wobec tego, że Sowiety nie zdradzają najmniejszej chęci do przywrócenia stosunków dyplomatycznych z Polską na podstawach dla nas dopuszczalnych”.
Naczelny wódz przestrzegał dowódcę AK, że realizowanie „Burzy” może doprowadzić do wybuchu powstania powszechnego „niestety bez dostatecznego uzbrojenia na terenie zalanym przez milionowe armie niemieckie” i walki na dwa fronty. Uprzedzał też, że „w tych okolicznościach obowiązkiem moim może stać się niebawem być przy zastępach Armii Krajowej”.
Naczelny wódz był przekonany, że nasze ostateczne zwycięstwo mogło nastąpić tylko w wypadku poważnego osłabienia Rosji przez Niemców i rozejścia się jej z zachodnimi aliantami. „Nasza racja stanu wygra integralnie tylko wtedy – stwierdzał kategorycznie w lutym 1944 r. – gdy Niemcy i Rosja osłabią się wzajemnie tak, że rozstrzygające zwycięstwo wraz z zajęciem terytoriów niemieckich i polskich przypadnie państwom anglosaskim. Bieda polega na tym, że państwa te nie doceniają swojej siły, są jak gdyby zmęczone wojną i na razie pozostawiają Rosji nadmiernie dużą swobodę ruchów w Europie, a przede wszystkim w tej połaci, z którą nasze losy są związane. Na tym, zdaje się, polega dramat Polski”.
W jego opinii „Moskwa dążyła do sowietyzacji Polski i uczynienia z niej 17. republiki w granicach, które określi Stalin”. Pocieszał się tylko tym, że wcześniej czy później – w ciągu następnych pięciu lat – dojdzie do rozprawy z imperializmem sowieckim, a cała kwestia polega na tym, kiedy to nastąpi i czy zdołamy przetrwać złe czasy.
Ponadto naczelny wódz podobnie jak gen. Anders uważał, że rozbudowa Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w oczekiwaniu na konflikt pomiędzy Wschodem a Zachodem była szczególną koniecznością.
Ze swej strony gen. Anders robił, co mógł, aby naczelny wódz wydał gen. Borowi-Komorowskiemu kategoryczny rozkaz zakazujący mu wywołania powstania w stolicy, które zdaniem dowódcy 2. Korpusu było z góry skazane na klęskę. Niestety gen. Sosnkowski nie wydał dowódcy AK tego rodzaju rozkazu, pomimo nacisków gen. Andersa, co w rezultacie doprowadziło do tragedii miasta. Nie ulega kwestii, że gdyby gen. Anders był naczelnym wodzem polskich sił zbrojnych, to wydałby dowódcy AK taki rozkaz i przez to uratowałby najprawdopodobniej Warszawę i jej mieszkańców od zagłady.
Jak to ponoć podkreślał marszałek Józef Piłsudski, który dobrze znał i cenił gen. Andersa, „Anders może się mylić, ale głupstwa nie zrobi”. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o dowódcy AK, gen. Borze-Komorowskim. Po wojnie gen. Anders podkreślał często, że gen. Sosnkowski miał kłopoty z podejmowaniem decyzji i wydawaniem rozkazów, gdyż w istocie był bardziej politykiem przy szabli niż żołnierzem. Był on typem raczej wiecznego i wspaniałego szefa sztabu niż dowódcy z krwi i kości – jakim był gen. Anders.
Gen. Sosnkowski był z wykształcenia inżynierem, z powołania działaczem niepodległościowym, a z wojskowego punktu widzenia samoukiem, który nie miał żadnego regularnego wyszkolenia i wykształcenia wojskowego, gdyż nigdy nie ukończył

żadnej szkoły wojskowej,

ani „niższej”, ani „wyższej”. Prawie nigdy też, aż do samej kampanii wrześniowej, nie dowodził żadnym większym oddziałem wojskowym na froncie.
W Legionach był szefem sztabu 1. Brygady. Wojskowa kariera gen. Kazimierza Sosnkowskiego przebiegała w błyskawicznym tempie, aż do przewrotu majowego w 1926 r. Po trzech latach służby w Legionach był on już pułkownikiem, a w roku 1918 generałem, po zakończeniu zaś wojny polsko-radzieckiej został zweryfikowany jako generał dywizji, ale dopiero w 1936 r., po śmierci marszałka Piłsudskiego został mianowany generałem broni.
Niemniej jednak gen. Sosnkowski był zawsze generałem o mentalności szefa sztabu, który umiał prawidłowo oceniać i analizować sytuację, i referować ją przełożonym i podkomendnym, ale miał kłopoty z wyciąganiem z niej odpowiednich wniosków i szybkim podejmowaniem koniecznych decyzji pod presją toczących się wypadków, jak to miało miejsce w przypadku powstania warszawskiego.
Gen. Sosnkowski był wspaniałym „referentem”, ale brakowało mu wrodzonego instynktu i talentu wodza, którym tak szczodrze był obdarzony jego pierwszy przełożony, komendant, a później marszałek Józef Piłsudski. Jako naczelny wódz stale sytuację analizował i wyjaśniał podkomendnym, szczególnie gen. Tadeuszowi Komorowskiemu, ale nigdy im niczego kategorycznie nie nakazywał.
Gen. Komorowski oczekiwał od swojego naczelnego wodza wyraźnych rozkazów i dyspozycji. Twierdził też, że gdyby naczelny wódz zakazał walki w Warszawie, to rozkaz jego byłby wykonany. Rozkazu takiego jednak nie otrzymał.
Gen. Sosnkowski zapominał, że dowodzenie jest nie tylko przewidywaniem i instruowaniem, chociażby najtrafniejszym, ale przede wszystkim wydawaniem na czas jasnych, krótkich i życiowych rozkazów. Niestety w swej długiej karierze wojskowej nigdy sztuki tej nie posiadł, w przeciwieństwie do gen. Andersa, któremu dowodzenie i rozkazodawstwo przychodziło z łatwością.
Anders podkreślał często brak stanowczości naczelnego wodza w stosunku do dowódcy AK. „W lipcu 1944 r. pod Anconą odbywały się nocne rozmowy Polaków, w których oprócz Naczelnego Wodza i mnie brał udział gen. Zygmunt Szyszko-Bohusz, płk Kazimierz Wiśniewski i inni. Gen. Sosnkowski był przeciwny akcji AK, która prowadziła do ujawnienia się wobec ZSRR. Starałem się utwierdzić go w tym przekonaniu (…). Telegramy gen. Sosnkowskiego spod Ancony do Warszawy i Londynu stawały się coraz bardziej stanowcze. Namawiałem go, żeby dał formalny

rozkaz zakazujący powstania.

Odpowiadał: Oni mnie nie posłuchają, oni posłuchają Mikołajczyka. Namawiałem gen. Sosnkowskiego, żeby nakazał ewakuację na Zachód ludzi najbardziej zagrożonych, chociażby nawet poprzez organizację Todta… [G]enerał Sosnkowski był wielkim mężem stanu o rozległych horyzontach, ale miał trudności, że nie dowodził ani batalionem, ani pułkiem, ani dywizją z wyjątkiem krótkich okresów dowodzenia Armią Rezerwową na wiosnę 1920 r. czy też obroną Lwowa w 1939 r. Naczelny Wódz powinien mieć za sobą cały zasób doświadczenia dowódczego od najniższego szczebla do najwyższego. Pod tym względem gen. Sikorski był w lepszej sytuacji niż gen. Sosnkowski”.
Słowa te świadczą najlepiej, iż pod koniec lipca 1944 r. gen. Sosnkowski nie był, zdaniem gen. Andersa, właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Co więcej, słowa te świadczą, jak wielką stratą dla Polski była śmierć w katastrofie lotniczej pod Gibraltarem 4 lipca 1943 r. gen. Władysława Sikorskiego, który w swej osobie łączył funkcję naczelnego wodza i premiera rządu Rzeczypospolitej. W związku z czym miał prawo do wydawania jednoznacznych rozkazów władzom krajowym.
Tymczasem 25 lipca 1944 r. naczelny wódz, w odpowiedzi na depeszę dowódcy AK donoszącą mu o rozbrojeniu przez Rosjan wileńskich oddziałów AK, kiedy w Warszawie ważyły się już losy stolicy, pisał: „Jestem głęboko wstrząśnięty tym Waszym meldunkiem, choć rozwój zdarzeń odpowiada moim przewidywaniom wraz z oddziałami walczącymi zwycięsko na froncie włoskim. Jestem sercem i myślą z wami. Decyzje Wasze budzą szacunek, odpowiadają zasadom żołnierskiego i narodowego honoru. Jej skutki polityczne są w ręku Boga. Według możliwości wycofujcie oddziały na zachód w skupieniu lub rozproszeniu zależnie od warunków”.
W tym samym czasie Stanisław Mikołajczyk, premier rządu polskiego w Londynie, jadący do Moskwy na rozmowy ze Stalinem, upoważniał władze krajowe do wszczęcia powstania powszechnego w terminie przez nie wybranym. Mikołajczyk sądził, że doprowadzenie do porozumienia z Moskwą, przy aktywnym poparciu ze strony Churchilla, Roosevelta i kraju – tzn. Armii Krajowej i władz Polski Podziemnej – było jego obowiązkiem. Podkreślał: „Jedynym atutem, jakim rozporządzamy, jest poparcie społeczeństwa. Musimy użyć tego poparcia dla wykazania, że jesteśmy gotowi do współpracy z Rosją. Armia Krajowa musi walczyć z Niemcami do końca i wspierać postępy Armii Czerwonej bez względu na trudności. Nie możemy pozwolić sobie na to, abyśmy w krytycznym momencie zostali wyłączeni z rodziny narodów sprzymierzonych”.
Premier dążył do ugody ze Stalinem, ponieważ sądził, iż było to jedyne realne rozwiązanie polskiej sprawy. Był przekonany, że w ciągu następnych 20-30 lat nie dojdzie do konfliktu pomiędzy Wschodem i Zachodem oraz że stoją przed nami dwa główne cele: „ocalić biologiczne siły narodu i nie dać się skomunizować”.

Mikołajczyk liczył mylnie,

że za cenę zrezygnowania z suwerenności w polityce zagranicznej można będzie, przy poparciu Anglosasów, porozumieć się ze Stalinem i uratować wolność wewnętrzną.
Mikołajczyk, który nie potrafił zapewnić AK pomocy z Zachodu, uważał, zdaniem gen. Kukiela, że wybuch powstania w Polsce da mu potężny atut w czasie rozmów ze Stalinem. Jednak już kilka dni po jego wybuchu okazało się, że Warszawa nie była atutem, lecz zakładnikiem w rękach Stalina, który mówił: albo zgodzicie się na wszystko – nowy rząd, linię Curzona, albo ja zostawię tą całą awanturę własnemu losowi.
W takich to niezmiernie skomplikowanych warunkach politycznych i militarnych oraz przy tak wielkim rozbracie pomiędzy naczelnym wodzem a premierem rodziła się i powstawała koncepcja podjęcia walki o Warszawę.
W takich też warunkach doszło do wybuchu tego tak tragicznego powstania.
Tymczasem w 1944 r. nie było odpowiednich warunków politycznych i militarnych do przeprowadzenia zwycięskiego powstania w Warszawie, a ocena sytuacji na froncie wschodnim dokonana przez Komendę Główną AK była błędna.
Wybuch powstania w stolicy zbiegł się z niemieckim przeciwuderzeniem na wysunięty oddział 2. radzieckiej armii pancernej na podejściach do Warszawy. Dodatkowo „armia ta została nie tylko zatrzymana przez [Niemców], ale i częściowo zmuszona do odwrotu z wielkimi stratami”. Wydaje się też, że armia ta nie była w stanie do 5-6 sierpnia przejść do natarcia na Warszawę. Niemniej mogła przejść do tego rodzaju natarcia już między 6 a 10 sierpnia.
Ponadto Stalin odrzucił propozycję Rokossowskiego i Żukowa, z 8 sierpnia, uderzenia oskrzydlającego Warszawę z przyczółków na dolnej Narwi (na północy) i środkowej Wiśle (na południu), chociaż istniała możliwość przeprowadzenia tego rodzaju operacji, a już 1 sierpnia 1944 r. nakazał Armii Czerwonej rozbrajać wszystkie oddziały AK ujawniające się wobec Rosjan, gdyż jak twierdził, „w ich składzie mogli być agenci niemieccy”. Oficerów tych oddziałów miano internować, a podoficerów i szeregowych wcielać do armii Berlinga. W dniu wybuchu powstania warszawskiego Stalin wypowiadał więc wojnę AK na całym terenie Polski.
Co więcej, 16 sierpnia generalissimus „odciął” się od powstania, co przesądziło o jego upadku. Nie ulega kwestii, że Stalin kierował się przede wszystkim względami politycznymi. W tym momencie Warszawa znalazła się

w niemiecko-radzieckim potrzasku.

Niemcy tłumili bezlitośnie powstanie i niszczyli stolicę Polski przy cichej na to zgodzie Stalina. A Churchill, który chciał ratować Warszawę, bez zdecydowanego poparcia Roosevelta nie mógł w żaden sposób temu zapobiec.
Niestety, gen. Władysław Anders miał świętą rację, kiedy mówił, że powstanie warszawskie było z góry skazane na straszliwą klęskę i nie miało najmniejszych szans powodzenia.
Ponadto na losach i przebiegu powstania fatalnie zaważyły różnego rodzaju błędy popełnione przez Komendę Główną AK i płk. dypl. „Montera”, komendanta Warszawskiego Okręgu, np. przeprowadzenie pierwszej mobilizacji okręgu 28 lipca, zmiana godziny „W” z pory nocnej na dzienną, niepotrzebne rozwadnianie sił, przypuszczenie 1 sierpnia szturmów na silnie obsadzone i ufortyfikowane obiekty niemieckie, których powstańcy w żaden sposób nie mogli zdobyć, nie mając ciężkiej broni. Całe uzbrojenie powstańców w dniu wybuchu walk składało się z siedmiu cekaemów, 60 elkaemów, 1000 kb, 300 pm, 1700 pistoletów, 25 tys. granatów i 15 piatów. Gen. Anders mówił zawsze, że gdy brakuje broni, nie daje się rozkazu do walki, szczególnie gdy w grę wchodzą duże skupiska ludności cywilnej.
Co gorsza, blisko połowę broni strzeleckiej, jaką powstańcy posiadali 1 sierpnia 1944 r. „tworzyły pistolety, które jako broń krótka – osobista, w warunkach walk miejskich o umocnione gmachy, forty, barykady nie miała znaczenia w natarciu pododdziałów”. „Nieporozumieniem było też – dodaje słusznie Komorowski – liczenie na powodzenie w szturmie powstańców uzbrojonych jedynie w granaty”. Co mogę potwierdzić z autopsji. Powstańcy byli tylko silni duchem.
Nie ulega kwestii, iż dla Polski i Warszawy oraz jej mieszkańców byłoby o wiele lepiej, gdyby w drugiej połowie 1944 r. funkcję naczelnego wodza polskich sił zbrojnych piastował gen. Władysław Anders, a nie gen. Kazimierz Sosnkowski, który nie potrafił się zdobyć ani na zakazanie powstania, ani na jego zaakceptowanie.
Powstanie warszawskie wybuchło w dużej mierze wbrew jego intencjom i zamiarom, od czego chciał go uchronić gen. Władysław Anders – co mu się niestety nie udało.
Z drugiej strony nadzieje na szybki wybuch III wojny światowej, która miała ostatecznie przynieść Polsce upragnioną wolność i niepodległość, na co liczyli zarówno gen. Sosnkowski, jak i gen. Anders, były również niebezpieczną ułudą.
Wszystko to wskazuje, w jak ciężkim położeniu znajdowała się Polska w drugiej połowie feralnego dla nas 1944 r., kiedy ważyły się jej losy – prawie na pół wieku.

Tytuł pochodzi od redakcji.

Prof. Jan M. Ciechanowski – żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, po wojnie osiadły w Londynie, autor licznych prac z zakresu historii najnowszej, wykładowca Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Jego najważniejsza książka „Powstanie warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego”, która przez 13 lat nie mogła ukazać się w PRL, doczekała się już kilku wznowień. Obecne, siódme wydanie, opublikowane przez AH i Bellonę, zostało znacznie rozszerzone.

—————————————

Całe uzbrojenie powstańców w dniu wybuchu powstania składało się z 7 ckm, 60 lkm, 1000 kb, 300 pm, 1700 pistoletów i 25 tys. granatów i 15 piatów. Prawie połowę broni strzeleckiej, jaką powstańcy posiadali, stanowiły pistolety, które jako broń krótka – osobista, w warunkach walk miejskich o umocnione gmachy, forty, barykady, nie miała znaczenia w natarciu pododdziałów.

200 TYS. CYWILNYCH OFIAR POWSTANIA

• Niemcy podawali, że w czasie powstania warszawskiego zabili lub wymordowali ok. 200 tys. Polaków – dzieci, kobiet, starców i mężczyzn, obrócili też stolicę Polski w perzynę. Ok. 550 tys. ludzi wypędzili ze zniszczonego miasta, z czego 165 tys. wywieźli na roboty w Rzeszy, a 50 tys. wysłali do obozów koncentracyjnych.
• Straty poniesione przez powstańców też były niezwykle bolesne: 9,7 tys. zabitych, 5,3-7,2 tys. zaginionych, 25 tys. rannych i kontuzjowanych. Do niewoli niemieckiej, jak podaje Władysław Bartoszewski, dostało się ok. 16 tys. osób.

Wydanie: 30/2010

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Jan Potocki
    Jan Potocki 17 września, 2016, 15:39

    Na podanej niżej Stronie Internetowej znajdziesz wypowiedzi wszystkich najważniejszych uczestników Powstania na temat przyczyny jego wybuchu i oceny podjętej decyzji,

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Jan Potocki
    Jan Potocki 17 września, 2016, 15:41

    Na podanej niżej Stronie Internetowej
    http://powstaniewarszawskie1944.pl
    znajdziesz wypowiedzi wszystkich najważniejszych uczestników Powstania na temat przyczyny jego wybuchu i oceny podjętej decyzji,

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Andrzej Tym
    Andrzej Tym 15 lutego, 2017, 11:29

    GEN aNDERS WBREW WSZYSRTKIM POLSKIM GHENERAŁOM POSLUSZNIE SKIEROWAL kORPUS DO MASAKRYCZNEJ KAMPANII APENIŃSKIEJ I po wypuszczewniu z Łubianki miał wyrobione zdanie w kazdej sprawie polskiej polityki taKŻE PERSONALNEJ. Uznanie Styalina zdobył wykazując pogarde dla życia ludzkiego niezależnie od ozsobowości czlowieka i znane prtzypadki wyroków śmierci i egzekucji żołnierzy czasami za śmieszne przewinienia przy jednocześnie angażowaniu sie w obronę nikczemnikow np jeńcvów dywizji galicyjskiej SS, ktorych urtatował od deportacji do ZSRR lub ovhrony zbiorowych dezercji i dcozbrajANIE KANDYDSATÓW NA NOWOHEBRTAJCZYKÓW W pALESTYNIE POzwalają sadzić, że potępianie BorA KOMOROWSKIEGO I POWSTANIA BYLO SPRAWA JEGO POLITYYKI PERSONALNEJ

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Andrzej Tym
    Andrzej Tym 15 lutego, 2017, 11:44

    tYLKO PRZYWRÓCENIE PRAW KONWENCJI hASKIEJ I gENEWSKIEJ ŻOŁNIERZOM POWSTANIA I LUDNOŚCI wARSZAWY JAKIE BYŁO MOŻLIWE W WARUNKACH KAPITULACJI POWSTANIA POD DOWÓDZTWEM AK moglo uratować i uratowalo ludność Warszawqy i powstańcow od zupełnej zaglady w czasie połrocznego postoju frontu w warszawie.
    Sowieci oczekiwali na zajęcie stref wplywów przez aliantów gdyż ZSRR był zupoełnie uzależniony od sjonistów i mimo kolosalnej porzewagi nad Niemcami na berlińskim kierunku decydującym o czasie trwania wojny front byl zatrzymywany przed Bugiem i na Wiśle by nie zajmować Europy po Giblartar i nie czekaĆ Z KOLONIZACJĄ pALESTYNY DO KONCA EWENTUALNEJ WOJNY Z aNGLIĄ I usa O eGIPT I pALESTYNĘ.
    Zajęcie Warszawy jako przyczulkA B YLO WYKLUCZONE ZE WZGHLĘDU NA QWYKAZANIE PRZEWAGI NAD nIEMCAMI.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy