Nie zabierajcie ludziom szczęścia – rozmowa z prof. Marianem Szamatowiczem

Nie zabierajcie ludziom szczęścia – rozmowa z prof. Marianem Szamatowiczem

Pierwsze polskie dziecko z in vitro dziś ma 25 lat, jest szczęśliwą mężatką i ma swoje, naturalnie poczęte dzieckoProf. Marian Szamatowicz– twórca zespołu zapłodnienia pozaustrojowego, którego działania doprowadziły do urodzenia się 25 lat temu (12 listopada 1987 r.) pierwszego w Polsce dziecka w wyniku leczenia niepłodności metodą in vitro. Rozmawia Zbigniew Krzywicki Trudno nie zacząć inaczej niż od deklaracji premiera Tuska i min. Arłukowicza o refundowaniu procedury zapłodnienia pozaustrojowego. Co pan o tym sądzi?– To ważne, odbieram to pozytywnie, ale na razie to tylko deklaracja. Mój sceptycyzm bierze się stąd, że wcześniejsze takie obietnice pani min. Kopacz i premiera Tuska nie zostały spełnione. Zmienię zdanie, jeśli w drugiej połowie przyszłego roku niepłodne polskie pary dostaną obiecywaną pomoc. Jednocześnie jest to rozwiązanie cząstkowe – mówi się o refundacji procedury in vitro tylko w ograniczonym wymiarze. Nie dotyczy ona m.in. kosztów podawanych leków, a są one niebagatelne. ULTRASONOGRAF OD PAPIEŻA Dobrze pan pamięta tamten czas sprzed 25 lat?– To było dość szczególne przeżycie. Pracowałem w klinice, w której moi nauczyciele, profesorowie Stefan Soszka i Aleksander Krawczuk, interesowali się problemami niepłodności. I gdy z dzisiejszej perspektywy patrzę na ówczesne sposoby diagnozowania i leczenia, było to odległe średniowiecze. Był rok 1978, czytaliśmy literaturę tak dokładnie, jak to konieczne w erze przedkomputerowej, i wtedy wyczytaliśmy informację, że w Anglii urodziło się pierwsze dziecko z pozaustrojowego zapłodnienia. Zrozumieliśmy, że została otwarta nowa epoka w leczeniu niepłodności.Ja miałem bezpośredni kontakt z tą metodą w roku 1983, kiedy jako visiting professor obserwowałem in vitro w Göteborgu, wówczas pionierskim ośrodku. Wtedy postanowiliśmy zrobić bilans potrzeb i tego, czego musimy się nauczyć. Uczyliśmy się przez cztery lata. Nie było oporów ze strony władz, natomiast procedury biurokratyczne uniemożliwiały gromadzenie środków finansowych. Potrzebny sprzęt kupowaliśmy więc niejako przy okazji. Gdy klinika nabywała np. sprzęt do endoskopii i laparoskopii, przy okazji pozyskiwaliśmy urządzenie, które pozwalało na pobieranie komórki jajowej. Na tym robiliśmy pierwsze próby.Słyszałem, że pomógł papież. To prawda?– Myślę, że znaczący był fakt, że w 1986 r. Instytut Położnictwa i Ginekologii w Białymstoku otrzymał dar Jana Pawła II – ultrasonograf. Przy wykorzystaniu tego urządzenia nauczyliśmy się pobierać komórki jajowe bez ingerencji laparoskopowej i po takiej czynności doszło do zapłodnienia i pierwszych narodzin. Ja uważam, że papież przekazał ultrasonograf w dobre ręce, papież się nie myli, intencja była dobra i w dobrym celu została wykorzystana.Był też doping. Prasa pisała wówczas, że o krok od sukcesu jest ośrodek warszawski, ale ostatecznie to u nas12 listopada 1987 r. narodziło się pierwsze dziecko. Ponieważ była to taka ciąża wychuchana, rozwiązanie nastąpiło za pomocą cięcia cesarskiego. Wtedy naprawdę zobaczyłem to dziecko.Dzisiaj rozmowa o in vitro to wiecowanie i walenie się po twarzach i sumieniach wszystkich ze wszystkimi. A jak było wtedy?– Od 1983 r. aż do chyba 1990 r. nasze pacjentki otrzymywały za darmo leki, nie było żadnego protestu i dopiero minister zdrowia pan Sidorowicz napisał zarządzenie, że „pozaustrojowe zapłodnienie i zabiegi kosmetyczne” to nie są procedury medyczne i w związku z tym nie mogą być finansowane ze środków publicznych. Oceniam to jako zamysł zlikwidowania stosowania tej metody w Polsce.Czuliście się jak pionierzy, którzy poszukują nowych przestrzeni?– Cóż, łatwo nie było. W zasadzie wszystko trzeba było przygotować samemu. Dzisiaj wystarczy tylko mieć pieniądze i zdobyć profesjonalny sprzęt, leki; dostępne są całe technologie. Wówczas – to należy powiedzieć – skuteczność tego leczenia była znacznie niższa niż dzisiaj. Gdy w 1989 r. byłem w Stanach Zjednoczonych i dowiedziałem się, że połowa tamtejszych ośrodków robiła próby in vitro i nie było ciąż, doceniłem wagę naszego osiągnięcia. Ale pamiętam, jak wiele czasu zabrało nam przygotowanie tzw. mediów, czyli środowiska, w którym przetrzymuje się komórki i w którym potem dochodzi do zapłodnienia i przebiega rozwój zarodków. Wiedząc, że woda musi być absolutnie czysta, poprzez kontakty z sanepidem szukaliśmy studni na terenie województwa. Woda była poddawana destylacji, ale okazywało się, że w jej trakcie szkło potrafi uwalniać toksyczne substancje, więc poszukiwaliśmy stosownych materiałów. I udało się pokonać te bariery. Dzisiaj oczywiście wszystkie te standardy sprzętowe są osiągalne na najwyższym poziomie, za pieniądze, rzecz jasna.Mieliście poczucie, że jesteście zwycięzcami?– Byliśmy bardzo dumni. Zwłaszcza że Białystok był wtedy traktowany

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2012, 44/2012

Kategorie: Wywiady