Niemiec chory na Polskę – rozmowa z dyrygentem Kai Bumannem

Niemiec chory na Polskę – rozmowa z dyrygentem Kai Bumannem

Polska sztuka osiągnęła dziś poziom, na którym niemiecka czy austriacka były 100 lat temu Z dyrygentem Kai Bumannem rozmawia Bronisław Tumiłowicz Czy imię Kai to jakieś zdrobnienie? – Kai to rzadkie niemieckie imię, a nie żadne zdrobnienie. Skąd się u pana wzięła taka ogromna miłość do polskiej kultury, do Pendereckiego, Góreckiego, do Miłosza, Zagajewskiego, Tischnera, do innych twórców, pisarzy, intelektualistów? – W Niemczech poznałem moją żonę, a potem dzięki niej byłem pierwszy raz w Polsce i tak powoli zaczynałem się tej Polski uczyć. Początkowo Ania mi pomagała w nauce języka, ale teraz już muszę sam się doskonalić, bo ona nie ma tyle czasu. Oczywiście na początku nie czytałem po polsku, teraz już czytam sporo, choć idzie mi to jeszcze trochę wolniej niż w przypadku tekstów niemieckich. Właśnie na początku tego okresu poznałem ks. prof. Józefa Tischnera. Poprosiłem go, by wystąpił w roli Ewangelisty w „Pasji według św. Łukasza” Krzysztofa Pendereckiego, a on się zgodził zostać moim Ewangelistą. Wiele też rozmawialiśmy, bywaliśmy w jego domu w Łopusznej, ja jeszcze bardzo słabo mówiłem po polsku, ale ks. Tischner dobrze władał niemieckim. Powiedział wtedy rzecz niezwykle znamienną, którą pamiętam do dziś, że cały ruch intelektualny idzie ze Wschodu na Zachód. W miarę jak poznawałem Polskę i nowych ludzi, gdy coraz więcej i lepiej mówiłem po polsku, zaczynałem rozumieć, że on miał rację. Zachód przeżywa jakiś ogromny kryzys, zastój myślowy, jest w bardzo złej kondycji mimo zamożności, technologii i dorobku cywilizacyjnego. Przejawy tego widziałem na każdym kroku, w sztuce, w mediach. A w Polsce poznawałem przedstawicieli elity intelektualnej, która mnie zachwyciła. W Krakowie zetknąłem się z Czesławem Miłoszem, niestety zdecydowanie za późno, zaprzyjaźniłem się też z Adamem Zagajewskim, z ks. Adamem Bonieckim i ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, który stał się dla mnie najważniejszą polską gazetą. Teraz poznaję elitę gdańską, oczywiście nie tylko muzyczną, i jest ona zachwycająca, ma wiele do powiedzenia. Kiedy wyjeżdżam regularnie np. do Szwajcarii, gdzie też prowadzę orkiestrę symfoniczną, widzę, jak tam, w tym bogatym, sytym społeczeństwie, brakuje takiego Miłosza, Pendereckiego, Zagajewskiego, Bonieckiego, Michnika, Bartoszewskiego, Toruńczyk, Czyżewskiego, Huellego. Na Zachodzie jest oczywiście wielu wybitnych intelektualistów, ale takiej elity jak w Polsce nie ma. Gdy myślę: Gdańsk Pańska aktywność wykracza daleko poza salę filharmonii. Zorganizował pan np. w Gdańsku Dni Tischnerowskie, a także Wiek Miłosza i spotkanie przy grobie matki Czesława Miłosza. – W Wilnie jest grób Matki i serca Syna (Józefa Piłsudskiego). A obaj Wielcy Polacy, Piłsudski i Miłosz, spoczywają dziś w Krakowie. Co do Wilna, z którego wywodził się także Miłosz, odwiedziłem je niedawno. Piękne miasto, w jakimś sensie podobne do Krakowa, ale – może nie powinienem tego mówić jako Niemiec – odczuwałem pewien brak, smutek, że nie ma tam Żydów, nie ma Polaków. Miasto wiele przez to straciło. O tym, że matka noblisty jest pochowana w Sopocie, dowiedzieliśmy się z żoną jakieś 10 lat temu. Miałem wtedy okazję odbyć dłuższą rozmowę z poetą. Pomysł upamiętnienia tego faktu wydał się nam istotny i w końcu z pomocą różnych osób odbyła się skromna uroczystość połączona z recytacją poezji Miłosza – tu wystąpił znany aktor Jerzy Kiszkis – i z muzyką. Pracuje pan w Gdańsku. Czy to miasto, od stuleci bardzo europejskie i otwarte, czerpiące z niemieckiej i polskiej kultury, miasto rodzinne innego noblisty, Güntera Grassa, nie wywołuje w panu jakichś sentymentów? Że oto my, Niemcy, wracamy, wróciliśmy. – Absolutnie nie. Co do samego Grassa – uważam, że jego pozycja w literaturze niemieckiej jest mocno przesadzona, a stosunek Polaków zbyt nabożny. „Blaszany bębenek” to książka w sumie antypolska, bo jeśli jeden z jej bohaterów, Oskar, wyśmiewa obrońców Poczty Polskiej, tych, którzy podjęli rozpaczliwą walkę, to rzecz jest nie do zaakceptowania, tym bardziej że to robi Niemiec. Po drugie, Grass, który przez jakiś czas uchodził w Niemczech za pierwszą moralną instancję, sam przyznał, że pod koniec wojny, kiedy już niczemu nie musiał służyć, został esesmanem. Ale to wszystko było, minęło. Generacja Niemców, która kiedyś w Gdańsku mieszkała, odchodzi. Czasem obserwuję niemieckich turystów, stojących przed gdańskim ratuszem i wysłuchujących melodii „Roty”, do której przecież słowa napisała Konopnicka: „Nie będzie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 28/2011

Kategorie: Kultura