Niewygodne fakty

Niewygodne fakty

Nie należy całej winy za zbrodnie na Bałkanach zrzucać na Slobodana Miloszevicia

Artykuł Mirosława Ikonowicza „Cztery wojny i pogrzeb” („Przegląd” nr 12) jest napisany stronniczo i niestety chyba też niekompetentnie. Jego tendencyjność polega na obarczeniu bezpośrednią odpowiedzialnością ówczesnego prezydenta Jugosławii, Slobodana Miloszevicia, za wszystkie wojny domowe i towarzyszące im zbrodnie w byłej Jugosławii poza chorwacką akcją „Oluja” (1995 r.) w Krainie (Republika Srpska Krajina), wspomaganą logistycznie przez USA, w wyniku której wypędzono z ojczystej ziemi prawie pół miliona Serbów. Wprawdzie tu i ówdzie autor wspomina o zbrodniach na Serbach, ale te najbardziej znane, jak Srebrenica, gdzie działało wojsko Republiki Serbskiej pod dowództwem Ratka Mladicia i Radowana Karadicia – przypisuje Miloszeviciowi. Autor czyni to głównie na podstawie „faktów medialnych” zaczerpniętych z bardzo bogatego zasobu kłamliwie zinterpretowanych zdarzeń przez rozpętaną przez Stany Zjednoczone i kraje NATO, w tym także przez media polskie, wojnę propagandową towarzyszącą krwawym nalotom na Serbię, a nie na podstawie pewnych źródeł i opinii naukowych, jak wypadałoby poważnemu publicyście. Potrzeba wykorzystania w tej sprawie źródeł naukowych jest tym bardziej na czasie, bo tragedii, która dotknęła ludność muzułmańską, serbską i chorwacką w byłej Jugosławii, nie można wyjaśnić, tak jak to uczynił autor, za pomocą dychotomicznego podziału na złych, niesprawiedliwych i zbrodniczych krzywdzicieli, przeważnie Serbów pod przewodnictwem Miloszevicia, oraz dobrych, pokrzywdzonych i sprawiedliwych, przeważnie kosowskich Albańczyków, muzułmanów i Chorwatów. Ikonowicz wprawdzie cytuje jedno zdanie hiszpańskiego politologa, profesora Uniwersytetu Madryckiego, Carlosa Taiba (prawdopodobnie – bo autor nie podaje źródła – z artykułu „Adiós Milosevic” zamieszczonego w „La Insignia” z 17.03.2006 r.), który rozciąga odpowiedzialność za zbrodnie także na Tudjmana, ale o dziwo! – na tym koniec. Nie przywołuje na przykład znakomitych, obiektywnych i w Polsce dostępnych książek Marka Waldenberga, choćby „Rozbicia Jugosławii. Od separacji Słowenii do wojny kosowskiej” (Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2003), a spośród pozycji publicystycznych – źródłowych przecież – nawet jeżeli wysoce emocjonalnych – opracowań Tadeusza Samitowskiego. W artykule jest wiele rodzajów błędów rzeczowych, przemilczeń niewygodnych faktów (czyli półprawd) i po prostu chyba też trochę zwykłego łgarstwa. Przytoczę kilka przykładów. Układ w Dayton parafowano 21 listopada 1995 r., a podpisano w Paryżu 14 grudnia tegoż roku, a nie w 1992 r.; nieprawdą jest, że po 77 dniach bombardowania Serbii przez NATO „w Belgradzie na Sawie i na Dunaju nie było ani jednego mostu” – mosty pozostały nietknięte, bo mostów pilnowała młodzież serbska w „postaci żywych tarcz” (Target), która masowo spacerowała po tych „nacelowanych” obiektach, np. w Belgradzie, i pozostawała tam przez całe noce – czy to był według Ikonowicza ten „duch buńczucznego patriotycznego szaleństwa”? Być może!… Ci młodzi przecież wykrzykiwali wtedy niepoważne hasła, takie jak: Monika stisni zube! Amerykanie bali się kompromitacji i na te mosty z żywymi Targets z napisami: „Celuj we mnie” nie odważyli się zrzucać bomb. Słynne przemówienie do kosowskich Serbów i Czarnogórców z zapewnieniem: Niko ne sme da vas bije (Nikt nie śmie was bić) wygłosił Miloszević w kwietniu 1987 r. na Kosowym Polu i ono stało się zawołaniem do obrony świętej dla Serbów krainy – Kosowa, a nie przemówienie z 28 czerwca 1989 r. Co do przyczyny śmierci Miloszevicia w Hadze nie było pewności (i nie ma jej do dzisiaj). Oprócz sugerowanego samobójstwa, któremu raczej skłonny jest wierzyć Ikonowicz, i oficjalnego werdyktu o zawale serca pojawiło się też przypuszczenie, że choremu więźniowi podawano środki neutralizujące leki antyhipertoniczne (chorwackie źródło oficjalne podaje: Umro od srčanog infarkta, uslijed svojevoljnog neuzimanja propisanih lijekova (umarł na zawał serca z powodu samowolnego niepobierania przepisanych leków). Ikonowicz na ten temat milczy. Ojciec Miloszevicia, Svetozar, nie był „teologiem” (= specjalistą, badaczem w dziedzinie teologii), tylko nauczycielem (profesorem na poziomie średniej szkoły) katechezy oraz języka serbskiego i rosyjskiego, matka była nauczycielką. Kiedy Milovan Dżilas opublikował „Nową klasę” (1956 r.), Miloszević miał 14 lat i nie mógł być wtedy „typowym przedstawicielem aparatczykowskiej komunistycznej elity”. I na koniec pogrzeb i kolosalne łgarstwo: „Tylko kilkuset wiernych towarzyszy pożegnało Slobodana Miloszevicia” głosi podpis pod odrażającym zdjęciem starej, otyłej kobiety, w moherowym (!) bordowym berecie zasłoniętym titowską, jugosłowiańską flagą narodową z pięcioramienną czerwoną gwiazdą i żałobnym portretem swojego idola. Miloszevicia w Belgradzie pożegnał 80-tysięczny tłum starych i młodych, płaczących, obojętnych i rzadziej też uśmiechniętych ludzi. Nie byli to chyba tylko jego towarzysze, za dużo! Ikonowicz nie zadał sobie chyba trudu, aby obejrzeć choćby polską telewizję i na oko policzyć ludzi żegnających Miloszevicia przed Skupszcziną. Miał – jako dziennikarz, który zabierał się do pisania o tym pogrzebie – także obowiązek oglądać serbską telewizję i zajrzeć do serbskich gazet (choćby do „Politiki” czy „Danas” – łatwy dostęp internetowy), gdyby tylko zechciał nie pisać nieprawdy.
Tego listu nie napisałem w obronie byłego prezydenta Jugosławii, Slobodana Miloszevicia. Piszę z propozycją publikowania w Polsce, a szczególnie w „Przeglądzie” prawdy o Jugosławii, Serbii, Serbach, ponieważ to, co się u nas na ten temat czyta, jest przeważnie łgarstwem. I z jedną jeszcze intencją. W „Przeglądzie”, który czytam regularnie od pierwszego numeru, znajdują się mądre, rzetelnie udokumentowane artykuły, felietony i informacje znakomitych Autorów. Chciałbym podobne przeczytać o Miloszeviciu, Tudjmanie, Stepincu i Mladiciu, Chorwacji i Serbii, Bośni i Hercegowinie.

Autor jest slawistą, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Opolskiego

Wydanie: 15/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy