Nim ten ogień się wypali

Nim ten ogień się wypali

Zagrożenia dla protestów kobiet

Protesty, które wybuchły po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, w widoczny sposób różnią się od tych, które mogliśmy obserwować w ostatnich latach. Kiedy Polacy protestowali w obronie sądów czy konstytucji, na ulice wyszło przede wszystkim pokolenie naszych rodziców czy dziadków. Młodszych ludzi była ledwie garstka. Dzisiaj większość na ulicach stanowią ludzie młodzi, młodsi od nas o dekadę lub więcej. Przez większość ich świadomego życia politycznego Jarosław Kaczyński był u władzy.

Protestujący nie bawią się w dyplomację. Przewodnie hasła protestów są wulgarne, wymierzone przede wszystkim w PiS, Kaczyńskiego, Konfederację, Krzysztofa Bosaka i Kaję Godek. Wszystkich wymienionych (a także dłuższą listę innych osób) wzywają do „wypierdalania”. Bez ubierania tego w ładne słowa. To wywołało falę komentarzy, głównie ze strony mężczyzn, że taki sposób protestowania jest niegodny.

Jednym z tych, którzy postanowili upomnieć protestujące kobiety, był Sławomir Nitras z PO. W czasie ostatniej kampanii wyborczej zasłynął, mówiąc w Sejmie do posłów i posłanek Lewicy, że kiedy Platforma przejmie władzę, to Konfederacja zajmie się Lewicą. Dzisiaj Nitras popiera protesty, ale „wyraża zaniepokojenie” ich słownictwem. Jego „zaniepokojenie” nie spotkało się jednak ze zrozumieniem protestujących i Nitras został dołączony do listy tych, którzy powinni „czym prędzej udać się w inne miejsce”, jak zapewne wolałby przeczytać. Protestujące kobiety upomniał też Rafał Ziemkiewicz, publicysta sympatyzujący z obozem władzy. Zrobił to w swoim stylu, nazywając je „wulgarnymi kurewkami”. Myślał, że wolno mu więcej niż protestującym, ale ci pokazali mu, że mają równe prawa, nie szczędząc dosadnych słów.

Nie tylko politycy i publicyści próbują mieszać w protestach. W sieci wzmożona jest aktywność dezinformacyjna, co widać po liczbie komentarzy sugerujących, że kwestia aborcji jest jedynie przykrywką dla wprowadzania przez władzę znacznie gorszych praw. Sugeruje się, że PiS przegłosowało prawo zezwalające na przymusowe szczepienie i leczenie chorych na COVID-19, nawet z wykorzystaniem środków przymusu bezpośredniego wraz z unieruchomieniem do 24 godzin. Miałby na to wskazywać art. 36 Ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, której ujednolicony tekst został ogłoszony w październiku. W rzeczywistości w tym artykule, który rzeczywiście zezwala na przymusowe leczenie i szczepienie, nie wprowadzono żadnych zmian od grudnia 2008 r., kiedy to opublikowano tekst ustawy. Przepisy obowiązują więc już od 12 lat, ale dopiero dzisiaj zostały wyciągnięte przez internetowych trolli.

Niektórzy podają również, że kiedy media i Polacy zwracali uwagę jedynie na demonstracje, władza dodała do wykazu chorób zakaźnych właśnie COVID. To również nie jest prawdą. Wirus, który jest przyczyną trwającej dzisiaj pandemii, wpisuje się bowiem w kategorię, która od 2008 r. jest uwzględniona w ustawie jako „zespoły ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej”.

Można podejrzewać, że tego typu retoryka ma odwrócić uwagę od rzeczywistego problemu, jakim są w Polsce prawa kobiet. Z powodu takich działań demonstracje mogłyby stracić energię, stopniowo maleć i ostatecznie protestujący zostaliby zmuszeni do zaakceptowania wprowadzanych zmian.

Kolejnym zagrożeniem są fałszywe grupy i wydarzenia w mediach społecznościowych, za którymi nie stoją organizatorzy protestów, osoby publiczne ani znane instytucje. W internecie jest obecnie wysyp grup zakładanych przez anonimowe konta. Wykorzystują one symbolikę i barwy związane z organizacjami takimi jak Ogólnopolski Strajk Kobiet czy partia Razem, żeby uśpić czujność potencjalnych zainteresowanych. Choć inicjatywy oddolne są cenne, warto zwracać uwagę na to, kto jest organizatorem. Samo wydarzenie na Facebooku może być wykorzystywane do gromadzenia danych o uczestnikach. Kiedy nie znamy twórcy danej grupy, nie wiemy, do czego będą służyć listy nazwisk lub inne informacje dostępne na naszych profilach w mediach społecznościowych.

Takie informacje mogą być zbierane, po pierwsze, przez ugrupowania przeciwne protestom, które chcą mieć listę osób biorących udział w demonstracjach. Po drugie – może je zbierać władza, przygotowując się do dalszych kroków w celu opanowania sytuacji w kraju lub chcąc rozbić protesty na mniejsze grupy, przez co nie będą aż tak liczne i w związku z tym nie będą robić wrażenia. Trzecia możliwość jest taka, że wydarzenia i grupy zakładane są przez różnego rodzaju trolli, którzy będą następnie choćby zmieniać ich nazwy, sprawiając, że uczestnicy antyrządowych protestów „przyłączą się” do wiecu poparcia PiS lub innej siły politycznej.

Każda z powyższych opcji jest równie prawdopodobna, a te rozważania można jeszcze mnożyć. Do protestów należy podchodzić z głową, zwłaszcza że większość z nas występuje w sieci pod własnym nazwiskiem i udostępnia własne zdjęcia profilowe. Miejmy to na uwadze, szczególnie w tak niespokojnym momencie.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 45/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 45/2020

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy