Nocni złodzieje krwi

Nocni złodzieje krwi

Mieszkańców Malawi ogarnęła tajemnicza histeria

„Obcy przyszli w nocy. Wywiercili dziurę w glinianej ścianie mojej chaty. Przez otwór wpuścili gaz usypiający. Przynieśli strzykawki, aby wyssać naszą krew”, opowiada wieśniaczka z Malawi, Edna Kachisa. „Na szczęście zdążyłam uderzyć w bęben, aby obudzić sąsiadów. Krwiopijcy uciekli, ale gaz sprawił, że nie mogłam oddychać przez trzy dni i do dziś wszystko mnie boli”, opowiada wstrząśnięta kobieta, która nigdy w życiu nie słyszała o Drakuli.
Malawi, niewielkie, pozbawione bogactw naturalnych państwo w południowo-wschodniej Afryce, nieoczekiwanie przyciąga uwagę poszukujących sensacji dziennikarzy. Mieszkańców tego kraju – jednego z najbiedniejszych na świecie, w którym średnia życia wynosi tylko 37 lat – ogarnął paraliżujący lęk przed wampirami. Może on spowodować trudności ekonomiczne, gdyż rolnicy boją się wychodzić na pola. Inni, uzbrojeni w siekiery i pałki, tworzą nocne patrole lub stawiają barykady na drogach, aby zatrzymywać obce pojazdy, w tym samochody organizacji humanitarnych i karetki pogotowia. Dyrektorzy szpitali w południowych prowincjach i tak nie wysyłają ambulansów nocą. Wieśniacy śpią przy bębnach, aby w razie konieczności szybko bić na alarm.
Dwóch nieszczęśników, których wzięto za wampiry, ukamienowano. Gniewny tłum poturbował trzech księży katolickich i zniszczył obóz pracowników organizacji humanitarnej wiercących studnie, których również uznano za złodziei krwi. Eric Chiwaya, gubernator największego miasta Malawi, Blantyre, ledwo uszedł z życiem. Nocą około 200 rozwścieczonych ludzi zaatakowało jego dom, krzycząc: „Wampir! Wampir!”. Napastnicy gromko oskarżali rząd, że w zamian za żywność

sprzedaje krew międzynarodowym organizacjom.

Wytłukli wszystkie szyby, roztrzaskali meble, zaś wzywającego pomocy urzędnika poturbowali i pokaleczyli maczetami. Gubernatora ocalili policjanci, którzy rozproszyli tłum, strzelając w powietrze. Prezydent Malawi, Bakili Muluzi, pierwszy demokratycznie wybrany przywódca tego kraju, zapowiedział, że wszyscy winowajcy zostaną aresztowani: „Napaść na gubernatora nikomu nie może ujść bezkarnie”. Prezydent tłumaczył, że opowieści o wampirach to wierutne kłamstwa, które zapewne rozpowszechnia opozycja, pragnąca destabilizować sytuację w państwie. Muluzi zapowiedział, że wszyscy roznoszący takie plotki zostaną aresztowani. I rzeczywiście, prawie 40 osób trafiło za kratki. W więzieniu na krótko znalazł się m.in. popularny dziennikarz radiowy, Maganizo Mazeze, który przeprowadził wywiad z „ofiarą wampira”. Prezydent wysłał do południowych regionów kraju swoich ministrów, aby wyjaśniali społeczeństwu, że nocni złodzieje krwi nie istnieją. „To bzdura. Żaden rząd nie może wyciskać krwi ze swoich obywateli. Zresztą po co komu krew Malawijczyków? Wielu zarażonych jest przecież wirusem HIV”, argumentował Muluzi. Amerykański dziennik „New York Times” napisał, że takie tłumaczenie z pewnością nie przekonuje – wszak rządy zazwyczaj zajmują się wyciskaniem krwi z obywateli (aczkolwiek może niedosłownie).
Mieszkańcy Thyolo i innych południowych prowincji rzeczywiście nie uwierzyli słowom swego prezydenta. Peter James, wieśniak z Thyolo, twierdzi, że jego siostra zmarła na skutek ataku wampira: „To zdarza się niemal co tydzień. Nie wiemy, czy to duchy, czy czarownicy. Noszą ciemne ubrania, świecą latarkami, chodzą bardzo szybko.

Widziano, jak znikają w grobach.

Wiem, co mówi rząd, ale wiem także, co tu się dzieje”. Wtóruje mu 22-letnia Elesi Makwinja z Chiradzulu: „Widziałam na własne oczy, jak wampiry rozpływały się w powietrzu”.
Nosferatu z Malawi nie zmieniają się w nietoperze. Stosują nowoczesne metody, nie piją krwi, lecz pobierają ją strzykawkami, swe ofiary usypiają gazem wpuszczanym najczęściej przez słomiane dachy chat. Lekarze i szefowie policji twierdzą, że żadnych materialnych dowodów na istnienie nocnych złodziei krwi nie ma. U kilku pacjentów, których przywieziono do szpitali po rzekomym ataku wampira, stwierdzono tylko niedożywienie, anemię czy też… ciążę. Ale ludzie wiedzą lepiej, pokazują domniemane ślady ukłucia strzykawki na swych ramionach.
Nie wiadomo, dlaczego wampiryczna histeria wybuchła nagle w ubogim afrykańskim kraju. Może w wersji prezydenta jest ziarno prawdy. Bakili Muluzi dąży do zmiany konstytucji, gdyż pragnie sprawować swój urząd przez trzecią kadencję, czemu stanowczo sprzeciwia się opozycja. Być może, nie przypadkiem strach przed rabusiami krwi szerzy się tylko w południowych prowincjach Thyolo, Mulanje, Chiradzul i Blantyre, w których rządzący Zjednoczony Front Demokratyczny ma największe poparcie. Na północy, gdzie popularnością cieszy się opozycja, wampirów do tej pory nie widziano. Ale należy zwrócić uwagę, że większość społeczeństwa Malawi stanowią niepiśmienni wieśniacy, uprawiający zboże i herbatę, żyjący bez elektryczności, bieżącej wody, opieki zdrowotnej i oświaty. Mają swój świat zabobonów i magii, w którym zaklęcie może zniszczyć plony, sprowadzić chorobę lub zamienić człowieka w hienę. Zwłaszcza w czasach nieszczęść budzą się lęki przed wrogimi duchami, demonami czy podstępnymi knowaniami dalekiego rządu. W latach 70., kiedy w Lilongwe (stolica Malawi) rządził dyktator Kamuzu Banda, rozchodziły się pogłoski, że

rząd morduje ludzi,

aby sprzedawać ich krew reżimowi białych w RPA. Obecnie w Malawi, podobnie jak w innych krajach południa Afryki, wciąż trwa klęska głodu. Posucha wypaliła zboża na polach, 3 z 11 mln mieszkańców kraju może przeżyć tylko dzięki zagranicznej pomocy. Być może, początkowo za wampiry wzięto złodziei kradnących kukurydzę. Niepewność zwiększają epidemia AIDS oraz konflikt między opozycją a rządem. Amerykański publicysta David J. Skal, autor książki „The Monster Show: A Cultural History of Horror”, twierdzi, że lęk przed demonami często jest jednym z symptomów narodowego stresu: „W czasach społecznych wstrząsów wampiry najlepiej mogą się pożywić”.

Wydanie: 7/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy