Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Nie wszyscy w MSZ są przekonani, że pani Fotyga wie, iż przed wyjazdem na placówkę zagraniczną powinna przejść w centrali praktykę. Bo być może uważa ona, że jak była ministrem, to wie tyle, że żadne praktyki jej nie obowiązują.
No więc – obowiązują. Pani minister powinna się zameldować u szefa Departamentu ONZ. Tam dostanie biureczko, obiegówkę i plan praktyk, który powinna zrealizować. Nad tym wszystkim sprawować powinien pieczę któryś z pracowników departamentu. Najpierw więc powinna przeczytać opracowania znajdujące się w departamencie, potem depesze i analizy napływające z Nowego Jorku. Wypadałoby, żeby miała pojęcie, czym jest dyplomacja wielostronna. Potem powinna odbyć rozmowy z dyrektorami niektórych departamentów, by się dowiedzieć, czego od niej oczekują jako ambasadora. Na tej podstawie powinna sporządzić plan pracy, który – po zatwierdzeniu – będzie ją obowiązywał i z którego będzie rozliczana. Tak działa biurokratyczna machina – i słusznie, bo wyjazd w ambasadory to nie wczasy. Przed wyjazdem pani Fotyga powinna też zdać egzamin ze znajomości języka angielskiego – ale jako absolwentka anglistyki pewnie zostanie z niego zwolniona…
W każdym razie ostrzą się na nią co poniektórzy pracownicy MSZ; gdy będzie miała praktyki, obiecują sobie przyjść i popatrzyć.
Ostrzą się też, aczkolwiek z zupełnie innych powodów, na Romana Kowalskiego, wicedyrektora Biura Kadr. Otóż Kowalski (co mu się stało, tego nikt nie pojmuje) zaczął firmować operację zwolnień ludzi pracujących w MSZ. I wręcza wypowiedzenia. Po cóż mu to? Jest teoria, która to tłumaczy. Otóż Kowalski jest absolwentem MGIMO, więc rządy madame Fotygi przetrwał z trudem, przemykając się gdzieś chyłkiem po MSZ-etowskich korytarzach. Przy Sikorskim odżył, bo dyrektorem generalnym został Rafał Wiśniewski. On sam z Wiśniewskim jest zaprzyjaźniony od czasu, kiedy był jego zastępcą w ambasadzie w Budapeszcie.
Takich związków jak Wiśniewski-Kowalski było zresztą w MSZ dużo więcej, a opierały się one na pewnej kastowej zasadzie. Wiśniewski był tym, który przyszedł do MSZ jako solidarnościowiec. Czyli umiał niewiele. Znalazł zatem sobie tubylca po MGIMO, który robił za niego najgorszą robotę, z MGIMO-wskim garbem na karku, więc zawsze wdzięczny, że nikt go nie wyrzuca, ba, że ktoś z tej wyższej kasty zaszczyca go ciepłym słowem. Tfu!
Teraz więc Kowalski załatwia dla Wiśniewskiego najgorszą robotę, bo zwalnia ludzi. A w zamian ma jechać na ambasadora. Do Budapesztu.
Zresztą chyba w sam czas, bo Wiśniewski też będzie wyjeżdżał. I wielce ciekawe jest, jak już będzie ambasadorem, jakie stanowisko na placówce obejmie jego żona. To ŕ propos mody na nepotyzm, która nam ostatnio rozkwitła. Otóż na stronie internetowej ministerstwa mogliśmy przeczytać, że 12 marca w pałacyku na Foksal odbyła się konferencja prasowa poświęcona programowi Rok Polski w Wielkiej Brytanii. Uczestniczyli w niej ministrowie spraw zagranicznych i kultury, ambasador Wielkiej Brytanii oraz koordynator projektu, pani Aneta Prasał-Wiśniewska.
Jakby co – wszystko jest w rodzinie.

Wydanie: 12/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy