Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Są chwile, kiedy nie ma potrzeby pisania czegokolwiek, wystarczy cytować siebie. O Tomaszu Lisie, i o tym, jakie będą z nim kłopoty pisaliśmy w tym miejscu kilkakrotnie. Przestrzegaliśmy ministra Sikorskiego, że wysyłając go do Vancouver popełnia błąd, że Lis ma kłopoty z alkoholem i że jest kwestią czasu kiedy jego kłopoty staną się kłopotami Rzeczypospolitej. No i co? I grochem o ścianę.
A wydarzenie, samo w sobie, jest dosyć ciekawe. Po pierwsze, dziwne jest zachowanie samego Lisa. To, że już po czterech tygodniach od przyjazdu do Vancouver pijany jeździł po mieście, raczej nie dziwi. Przed tym przestrzegaliśmy. Ale nie przyszło nam do głowy, że w chwili incydentu zachowa się nieprofesjonalnie, i da się ubezwłasnowolnić. Że da się zawieźć na posterunek i zbadać sobie dwukrotnie krew. Jak pierwsza lepsza uliczna łazęga. Rasowy dyplomata, w takim przypadku na pewno nie uciekałby z miejsca wypadku, i na pewno nie wyszedłby z samochodu. On reprezentuje państwo, i to państwo decyduje, czy on może się zrzec immunitetu czy też nie. Więc pokazałby legitymację, zasłoniłby się immunitetem i koniec. Jeżeli policjanci nie pozwoliliby mu odjechać, wezwałby z konsulatu kolegę, który z miejsca zdarzenia by go zabrał. Jakby to nie brzmiało, prawo było po stronie konsula. Żadna policja w żadnym kraju, demokratycznym czy niedemokratycznym, nie ma prawa go szargać. Ale jeżeli nie chciał go egzekwować…
A dlaczego nie chciał?
W MSZ są dwie teorie na ten temat. Pierwsza głosi, że po prostu Lis tak słabo zna angielski, że nie potrafił z policjantami prowadzić normalnej rozmowy (stan upojenia w tym mu nie pomagał). Więc oni zrobili z nim, co chcieli. Druga, że w panice zdecydował się na pewną grę. Otóż zwróćmy uwagę, że opowiadał on po zdarzeniu, że to sprawa między nim a policją w Vancouver. Pomińmy, że to ewidentna nieprawda. Ale można wnioskować, iż był przekonany, że uda mu się dogadać z policją, z władzami miasta. Że oni jakoś zatuszują incydent, i że – być może taką miał nadzieję – centrala w Warszawie o niczym się nie dowie. No, jeżeli tak próbował grać – to mamy coś więcej niż skandal. A czy próbował? Łatwo na to pytanie odpowiedzieć – wystarczy sprawdzić od kogo MSZ dowiedział się o incydencie – czy z depeszy z placówki, czy też z kanadyjskich mediów. Kto był pierwszy.
I co dalej?
Cóż, wszystko wskazuje na to, że to wszystko skończy się fatalnie dla Lisa. Że Sikorski potraktuje go jak najbardziej ostro, być może wydali go nawet ze służby. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, by odsunąć wszelkie podejrzenia od siebie. Bo to on go wysłał do Kanady, on go powołał, więc i on ponosi za to główną odpowiedzialność. Po drugie, i o tym w MSZ aż dudni, by odwrócić uwagę od ambasadora z południa Europy, który współżył płciowo w pomieszczeniu gospodarczym ambasady ze swoją podwładną, w obecności pracowników ambasady. Ten skandal jest w MSZ tuszowany. Od miesięcy. Aż się więc prosi – jedną kompromitację przykryć drugą.
I zupełnie na marginesie, dodajmy jeszcze jedno. Obaj dyplomaci, i Lis, i ten z południa Europy, to sztandarowe postacie nowych, solidarnościowych kadr w MSZ. Lis przyszedł za czasów Skubiszewskiego, kierował departamentem konsularnym, uczestniczył w różnych nieformalnych gremiach, które decydowały, kogo wywalić, a kogo zostawić. Pan z południa Europy robił to samo, tylko jeszcze na większą skalę, babrał się w teczkach personalnych, był prawą ręką min. Fotygi.
Obaj na polityce zagranicznej i na dyplomacji się nie znali, za to grzebali w ludzkich życiorysach. Obaj kończą marnie, kompromitując Rzeczpospolitą. Nas to nie dziwi.

Wydanie: 52/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy