Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Ukazały się w gazetach informacje, że Paweł Kowal, do niedawna PiS-owski wiceminister spraw zagranicznych, był współpracownikiem WSI. Dla MSZ to żadna nowość. Bo w tych dniach, kiedy Antoni Macierewicz prezentował swój raport o WSI, już w gmachu plotkowano, że nazwisko Kowala znalazło się w raporcie, ale prezydent je wykreślił. No i jedni spekulowali, że Kowal zostanie rychło zdymisjonowany, a drudzy, że prezydent mu wybaczy i ochroni go. Pisaliśmy o tym zresztą w tamtym czasie. Więc teraz takie informacje to musztarda po obiedzie, bo co kogo obchodzi zeszłoroczny śnieg albo wiceminister z ubiegłego sezonu.
Poza tym na dobrą sprawę, Kowal wcale nie musiał być jakimś informatorem WSI (o zgrozo, o czym mógł informować – tylko o PiS!), mógł być wpisany z innego powodu, ale to wystarczyło panu Macierewiczowi do sensacji. Tak właśnie plotkowało o tym paru dżentelmenów, na korytarzu, a ich wszystkich do pionu postawił taki głos: panowie, przecież ten Kowal nie zna języków obcych, gdy jeździł za granicę, to korzystał z tłumacza, czy wyobrażacie sobie, by wojskowy wywiad mógł werbować takiego człowieka? A do czego?
I w ten sposób go uniewinnił.
Hm… Spór ten zostawmy potomnym, zajmijmy się chwilą bieżącą. A tu trwa przepychanka dotycząca ambasadorów, których prezydent Kaczyński chciał wysłać w ostatnich godzinach starego rządu. Na razie wiadomo, że stawią się przed komisją sejmową. Trzej, bo czwarty, Jerzy Achmatowicz, który miał jechać do Meksyku, został przez prezydenta wycofany. Trochę szkoda, bo zanosiło się na śmieszne przesłuchania. Bo posłowie szykowali się na niego, zamierzali przypomnieć mu czasy młodości, kiedy był mocno zaangażowanym młodym komunistą. A tak gratka przeszła im koło nosa.
Panowie posłowie, spokojnie, popytacie Andrzeja Sadosia o to, jak woził prezydenta Kwaśniewskiego do Davos…
Bo z pozostałymi dwoma kandydatami raczej nie będzie kłopotu, to zawodowi dyplomaci, którzy jadą do USA (Robert Kupiecki) i Hiszpanii (Jarosław Starzyk).
Tym sposobem wakaty pojawią się na kolejnych stanowiskach dyrektorskich. A tych wakatów wciąż jest sporo, np. na stanowisku dyrektora Biura Kadr i Szkolenia.
A przydałby się tu niezły dyrektor. Choćby po to, by wprowadzić elementarny porządek w szkoleniach. Kiedyś rozumiano przez to naukę języków obcych albo pogłębianie wiadomości merytorycznych, dotyczących regionów lub krajów. Dziś jest nowocześniej, dziś są to różnego rodzaju kursy, które MSZ organizuje, a raczej – finansuje. Bo to wygląda tak, że MSZ zamawia w firmach zewnętrznych różnego rodzaju szkolenia, ludzie na takie coś się zgłaszają, wedle własnej ochoty i… już.
Np. w grudniu mogli zgłosić się na kurs „Zamknięcie roku w jednostkach budżetowych”. Bo powszechnie wiadomo, że tego rodzaju wiedza jest dyplomatom najbardziej potrzebna. Kurs trwał sześć godzin, plus obiad, kawa i zaświadczenie o jego ukończeniu. No i płaciło za niego MSZ, 460 zł od osoby. 9 tys. 200 zł za osób 20…
Czyż to nie piękny sposób na wydawanie pieniędzy?
Attaché

Wydanie: 3/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché