Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Stało się to, co stać się musiało – min. Sikorski ogłosił, że nie kandyduje na stanowisko sekretarza generalnego NATO. Dlaczego ogłosił – wyłuszczyliśmy to tydzień temu, pisząc o tym, jakie ma szanse. A w zasadzie – że nie ma szans i że o tym głośno mówią i polscy, i zachodni dyplomaci, więc to obnoszenie się, jaki to z niego wspaniały kandydat, jest nie tylko śmieszne, ale i dla Polski szkodliwe. Na szczęście minister się zreflektował – i temat zamknął. Lepiej późno niż wcale.
A teraz przychodzi czas na kolejne refleksje. Polska polityka zagraniczna, zwłaszcza w sferze werbalnej, w ostatnich latach pływała w nierzeczywistości. W fobiach i urojeniach. Swoje dołożył do tego też Sikorski, choćby opowiadając o gazociągu północnym, że to kolejne wcielenie paktu Ribbentrop-Mołotow. Do Kaczyńskich było mu już o krok.
I teraz nadchodzi moment, by powiedzieć o tych fobiach i urojeniach, bo pożytku Polsce one nie przyniosły, za to szkód, że ho, ho. Czego na własnej skórze doświadczył i sam Sikorski. Minister będzie miał do tego okazję już niedługo, gdyż 13 lutego ma przedstawić w Sejmie informację o kierunkach polskiej polityki zagranicznej. Chwała mu za to, bo min. Fotyga na taki wysiłek była gotowa w kwietniu albo i później. Chętnie więc Sikorskiego posłuchamy. Co ma do powiedzenia o tarczy antyrakietowej, o stosunkach z Rosją, o polityce bezpieczeństwa energetycznego, o polityce w Unii. Czy dalej będzie niewolnikiem PiS-owskich zaklęć, czy też powie tak, jak jest.
Wypadałoby też, by Sikorski zaczął poważnie traktować samo ministerstwo. I zastanowił się nad dziurami kadrowymi. W Sejmie pytany o to odparł, że nie obsadza wszystkich stanowisk (np. wiceministrów), bo oszczędza. Mój Boże, jak chce oszczędzać – niech stanowisko po prostu zlikwiduje, wtedy będzie wiadomo, o co chodzi.
Opowiada też minister dużo o tym, jak to przygotowujemy się do prezydencji w Unii Europejskiej. Ba, gdy objął stanowisko szefa MSZ, to jedno z pierwszych zebrań, które zarządził, było poświęcone przyszłej prezydencji. Śmieli się ludzie wtedy z niego, po co urządza takie nasiadówki, przecież w 2011 r. nikogo z tych ludzi już nie będzie, porozjeżdżają się na placówki. Ale, mimo wszystko, był to jakiś pozytywny znak.
Tylko co z tego? Nominacje ambasadorskie nie świadczą o tym, byśmy prezydencją się przejmowali. A i na niższych szczeblach nie jest lepiej. Weźmy taki drobiazg – miesiąc temu Biuro Kadr i Szkolenia szukało chętnych do udziału w seminarium pn. \”Wyzwania Prezydencji – techniki przewodnictwa grupom roboczym Rady UE\”. Każdy mógł się zgłosić.
Cóż to więc oznacza? Że jest chaos. Że MSZ nie prowadzi polityki przygotowywania kadr na czas prezydencji, że nie ma wyselekcjonowanej grupy ludzi, których się przygotowuje, ludzi, którzy opracowywaliby konkretne tematy. Jakiegoś sztabu, który by to wszystko koordynował.
Że to jest tak: gadamy, prężymy się, a poza tym pełen luz i improwizacja. Jakoś ten MSZ-etowski wózek się toczy. A potem się zobaczy.

Wydanie: 5/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy