Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

MSZ ma patrona. Nie, nie, drogi czytelniku, nie mamy tu na myśli Józefa Piłsudskiego. Nie mamy nawet na myśli prezydenta Kaczyńskiego. Tym patronem jest Marek Jurek, marszałek Sejmu. A jak kto nie wierzy, niech sprawdzi – gdy 1 lutego odbywała się inauguracja roku akademickiego w Akademii Dyplomatycznej, wykład inauguracyjny wygłosił właśnie Marek Jurek. Tytan dyplomacji. Jego wpływ na ministerstwo to nie tylko światłe nauki udzielane adeptom akademii. Marszałek bardzo pilnuje, by jego wskazówki docierały do wszystkich urzędników. Na co dzień. Przez kilkanaście dni wisiała na tablicy w MSZ kartka od dyrektora generalnego Mariusza Kazany, z napisem PILNE. Kartka wisiała i wisiała, ludzie ją czytali i się uśmiechali, wreszcie ją zerwaliśmy, żeby ograniczyć tę epidemię publicznego zgorszenia.
Otóż na tej kartce marszałek Jurek strofuje MSZ, że dostarcza mu notatki źle napisane merytorycznie i z błędami językowymi. I teraz ludzie się zastanawiają – cóż takiego w MSZ się stało, że urzędnicy piszą notatki nie po polsku i nie na temat? No, zostało odzyskane, to już wiemy, a co dalej? Żeby uniknąć taniego kpiarstwa, warto zwrócić na jedno uwagę – otóż w ministerstwie zapanowała niesympatyczna atmosfera. Po pierwsze nieznane są zamiary szefostwa. Urzędnicy nie wiedzą, jaką politykę zagraniczną Polska chce prowadzić, bo – przy całym szacunku – opowieści, że ma to być polityka nie na kolanach, można kierować do licealistów, a nie do ludzi zawodowo zajmujących się dyplomacją. A po drugie, reakcje kierownictwa na inicjatywy i propozycje idące od dołu są nie do przewidzenia. Za to samo można otrzymać i pochwałę, i naganę. Nie ma reguły. Więc co robić? W takich czasach obowiązuje zasada „nie wychylać się”. Urzędnicy starają się więc nie wychylać, praca w MSZ toczy się na jałowym biegu.
Na to nakłada się też wiatr zmian kadrowych. Mamy nowego wiceministra z Krakowa, postać zupełnie nieznaną, osobę, która wcześniej w dyplomacji nie pracowała. Na początku lat 90. takich młodych ludzi robiono wicedyrektorami lub wysyłano za granicę, żeby wpierw się sprawdzili. Teraz daje im się kluczowe zadania (kontakty z Unią Europejską!). O sancta simplicitas! – wołał Hus.
Chociaż ścieżka wicedyrektorska też została zachowana. Pisaliśmy parę tygodni temu, że wiceminister Paweł Kowal (ten, co nie zna języków obcych) wniósł do MSZ wiano w postaci asystentki, pani Moniki Zuchniak-Pazdan. Pani ta została od razu wicedyrektorem Departamentu Promocji. I cóż mamy teraz – obecna wieloletnia dyrektor, Agnieszka Wielowieyska, udała się nagle na trzymiesięczny urlop. I nie ukrywała przed zespołem, że ten urlop może potrwać dłużej. Kierowanie departamentem spadło na barki zastępców, m.in. pani Moniki. Co tu gadać, wygląda to marnie. Wszystko by się zapętliło, gdyby nie to, że Wielowieyska przychodzi od czasu do czasu i mówi ludziom, co mają robić. Dzięki Bogu, że ma takie fajne hobby.

Wydanie: 6/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy