Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jest taka maksyma łacińska: si tacuisses, philosophus manisses, co się tłumaczy „gdybyś milczał, byłbyś nadal filozofem”. A co oznacza, że w pewnych sytuacjach lepiej jest milczeć, bo jak człowiek się odezwie, wtedy świat dowiaduje się o jego niekompetencji.
Bo chyba wbrew tej regule postąpił prezydent Kaczyński, kiedy opowiadał, że najlepiej, by wybory odbyły się na wiosnę 2008 r., bo w drugiej połowie roku 2011 będziemy przewodniczyć Unii Europejskiej, a niezręcznie by było, by okres przewodnictwa przypadł na czas kampanii wyborczej.
I teraz dwie uwagi. Po pierwsze, prezydent automatycznie uznał, że najbliższy Sejm przetrwa do końca swojej kadencji. Czy nie jest to zbyt optymistyczne założenie? A może przetrwa dwa lata lub trzy – po cóż więc mówić, że kampania wyborcza wypadnie na jesień 2011 r.? Tego przecież nikt nie wie.
I uwaga druga, bardziej MSZ-etowska: jeżeli półroczne przewodnictwo zostanie w miarę dobrze przygotowane, kampania wyborcza mu nie zaszkodzi. Przecież wielkich rzeczy przez pół roku się nie osiągnie, raczej jest to czas na dopinanie spraw, które dużo wcześniej zostały rozpoczęte, no i na techniczne prowadzenie spraw Unii. Do tego wystarczą sprawna dyplomacja i myślenie z paroletnim oddechem, co – zdaje się – wśród polskich polityków jest czymś niespotykanym.
W każdym razie gdyby prezydent wiedział, na czym polega przewodniczenie w Unii, to nie opowiadałby takich katastroficznych prognoz.
Śmieszna jest zresztą troska o sprawy Polski w Unii w ustach przedstawiciela formacji, która zrobiła wiele, by tę pozycję osłabić. I żeby już nie czepiać się tej nieszczęsnej Brukseli i wojny o pierwiastek – przecież przez całe miesiące mieliśmy nieobsadzoną ambasadę w Lizbonie, mimo że po prezydencji niemieckiej, w drugiej połowie roku 2007 Unii przewodniczy Portugalia. Dla Polski była to rzecz – jak widać – nieważna.
Więc tylko tytułem obowiązku chcielibyśmy przypomnieć, że po Portugalii Unii przewodniczyć będzie Słowenia. I naprawdę niemądre byłoby, gdyby Polska teraz zaczęła przeprowadzać zmiany kadrowe na placówce w Lublanie. Tam ambasadorem jest Piotr Kaszuba. On w swej karierze miał pecha, bo gdy pracował w Hadze, wszedł w konflikt z ówczesnym ambasadorem Stanisławem Komorowskim, i tenże Komorowski doprowadził do tego, że Kaszuba musiał zjechać do kraju. Trochę ludzi w MSZ interesowało się tą sprawą, różnie o niej mówiono, ale przeważały głosy po stronie Komorowskiego. Że Kaszubie brakuje rzutkości. Może tak było, może nie – warto w każdym razie zacytować opowieść jednego z naszych dyplomatów, który wrócił z Lublany i przedstawiał hierarchię ważności na tamtejszej placówce. Otóż na pierwszym miejscu jest żona ambasadora, potem pies ambasadora, a potem ambasador.
Aha, i jeszcze jedno, a propos słów pana prezydenta. Otóż troska się on o przewodnictwo w Unii, a dobrze byłoby, żeby wiedział jeszcze o innym dyplomatycznym wyzwaniu. Otóż w latach 2010-2011 Polska będzie członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. I przynajmniej raz będzie radzie przewodniczyć. Tu są wielkie możliwości, większe nawet niż przy przewodnictwie w Unii. Tylko trzeba fachowo to rozegrać.
Więc może lepiej prezydentowi o tym nie przypominać?

Wydanie: 34/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy