Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Minister do wystąpienia w Sejmie przygotowuje się w sposób „berliński”. Też wspomaga go emerytowany brytyjski dyplomata.
Władysław Bartoszewski hucznie obchodził swoje 90-lecie, w Warszawie, we Wrocławiu. Jupitery były zwrócone na niego. To o tyle ważne, że w polskim systemie władzy Bartoszewski wyjął z MSZ jeden z najistotniejszych elementów – politykę niemiecką. Tak bowiem jest, że MSZ prowadzi politykę zagraniczną, ale w sprawach niemieckich prowadzi ją Władysław Bartoszewski. To on ma więcej do powiedzenia w kwestii naszego głównego partnera gospodarczego i politycznego niż szef MSZ. Nie, broń Boże, nikt w związku z tym nie zamierza współczuć min. Sikorskiemu, bo to efekt jego zaniedbań, których nie nadrobią wyjazdy na konferencje do Berlina. A na czym te zaniedbania polegały? Na najprostszych rzeczach, na przesunięciu spraw niemieckich w MSZ-owskiej hierarchii na dalszy plan.
Przez lata całe dyplomaci zajmujący się sprawami niemieckimi stanowili elitę MSZ. Byli wiceministrami (czasami ministrami), dyrektorami departamentów, nie tylko Europy, ale i planowania, i analiz, a także innych… Ich słuchano jako jednych z pierwszych. A cóż mamy teraz? Sęk w tym, że nic nie mamy. Nawet na stanowisku wicedyrektora departamentu nie ma człowieka, który znałby się na problematyce niemieckiej. To bardzo odważne, prowadzić w takich warunkach politykę zagraniczną…
Ha! Nie wybrzydzajmy, bo i tak w sprawach polsko-niemieckich mamy luksusy. Popatrzmy na mapę i na sąsiadów. Kwestie niemieckie wyłączone są z MSZ. Ale gdzie indziej też nie jest lepiej. Grupa Wyszehradzka praktycznie nie działa, rozleciała się. I się nie sklei. W sprawach polsko-ukraińskich mamy kłopoty. O Białorusi nie ma co mówić, zaznaczmy tylko, że nasz ambasador w Mińsku nie ma dobrej passy. A Litwa… Czy kiedykolwiek w XXI w. mieliśmy z tym państwem gorsze stosunki?
A jak nazwać relacje z naszym głównym partnerem (patronem?) – Stanami Zjednoczonymi? Demokraci pamiętają Sikorskiemu jego miłość do Republikanów i trzymają go na dystans. To widać gołym okiem. Hillary Clinton, gdy była w Davos, miała bardzo bogatą agendę spotkań, ale dla Sikorskiego czasu nie znalazła.
Innymi słowy – minister nie ma zbyt wielu powodów, by się chwalić.
A pewnie będzie, bo zbliża się czas corocznego exposé szefa MSZ w Sejmie.
Minister do tego wystąpienia – jak mówią ludzie w ministerstwie – przygotowuje się w sposób „berliński”. Też wspomaga go „czynnik zagraniczny”, czyli emerytowany brytyjski dyplomata. To z nim szlifowane są tezy wystąpienia. Poza tym ma ono być twarde, co nikogo nie dziwi, bo inaczej Sikorski nie potrafi.
Czy to wystąpienie stanie się sensacją?
Na pewno jakąś sensacją będzie, bo posłowie opozycji zaraz zaczną żądać upublicznienia faktury, jaką brytyjski ghost wystawił za swoje usługi.
Cóż, nie byłoby najlepiej, gdyby ten wątek zdominował dyskusję o polityce zagranicznej. Bo jest parę innych – znacznie ważniejszych.

Wydanie: 9/2012

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy