Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Kilka miesięcy temu pisaliśmy o jednej z plag nękających MSZ, czyli o tzw. mapowaniu. Otóż firma zewnętrzna, jak najbardziej prywatna, pisała „mapę MSZ”. Polegało to na tym, że młodzi ludzie z tejże firmy odpytywali pracowników MSZ, jaki jest obieg dokumentów, no i na tej podstawie rysowali mapę. Przez jaki departament jaki dokument przechodzi i ile to trwa.
W ten sposób za wielkie pieniądze minister zyskał wiedzę, którą jeszcze parę lat temu miał w małym palcu każdy dyrektor departamentu i większość MSZ-etowskich urzędników.
Co więcej, wiedza ta okazała się bardzo ulotna, bo gdy doszło do scalenia MSZ z UKIE, powstał nowy organizm, który rządzi się innymi prawami.
Dodajmy jeszcze jedno: otóż o tym, że MSZ połączy się z UKIE, wiedział każdy, kto choć trochę interesował się sprawami obu urzędów. Wiedzieli też zleceniodawcy „mapowania”. To po co zlecali coś, co za chwilę miało przestać być potrzebne?
O tym, że panowie z zewnątrz wykonali kawał dobrze płatnej, nikomu niepotrzebnej roboty, świadczy jeszcze jeden fakt – otóż przy połączeniu MSZ i UKIE powstała dziwaczna struktura organizacyjna, która nijak się nie ma do zasad przejrzystości i funkcjonalności. A i prowadzona jest w sposób lekko dziki.
Oto bowiem na 40 (tak, tak!) komórek organizacyjnych nowego ministerstwa aż 13, czyli co trzecia, nie ma szefa. Kierują nimi albo „pełniący obowiązki”, albo zastępcy dyrektora.
Do tego potworzono komórki, których kompetencje się dublują. A na dodatek pomieszano ich podporządkowanie, tak że wymusza to albo kłótnie, albo brak nadzoru ze strony wiceministrów.
Mamy więc Departament Dyplomacji Ekonomicznej i Departament Polityki Ekonomicznej.
Czym się różni polityka od dyplomacji? Ano tym, że polityka to wielkie konferencje międzynarodowe typu szczyt klimatyczny, a dyplomacja to wspieranie polskich firm na rynkach trzecich (czyli to, co powinno robić Ministerstwo Gospodarki). Dodajmy do tego, że oba departamenty podlegają innym wiceministrom. Tzn. pierwszy wiceministrowi, który właśnie odchodzi, bo wyjeżdża na placówkę, a drugi wiceministrowi, którego nie ma.
Jest też Departament Polityki Bezpieczeństwa, kierowany przez Adama Kobierackiego. I oto nagle pojawił się Departament Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa.
To co, Kobierackiemu już nie ufamy?
Mamy też Departament Współpracy Rozwojowej oraz Departament Wdrażania Programów Rozwojowych. Wynika z tego, że jedni są od myślenia, a drudzy od robienia.
Humorystycznie wyglądają również sprawy europejskie. Rozdzielono je na kilka departamentów, o różnej podległości.
Mamy więc Departament Polityki Europejskiej (podlega Grażynie Bernatowicz) oraz departamenty Komitetu ds. Europejskich i Koordynacji Przewodnictwa Polski w Radzie UE (oba podlegają Mikołajowi Dowgielewiczowi, byłemu szefowi UKIE). Ale to nie znaczy, że to, co jest z MSZ, podlega wiceministrom z MSZ, a to, co z UKIE – wiceministrom z UKIE. Gdyż Departament Informacji Europejskiej podlega Janowi Borkowskiemu.
Dodajmy do tego departamenty terytorialne, które podzielono po uważaniu. Andrzej Kremer nadzoruje sprawy wschodnie, a Departament Ameryki ma dwóch „patronów” – Grażyna Bernatowicz jest od Ameryki Łacińskiej, a Jacek Najder od Północnej.
Zdaje się, opatrzność czuwa, że to się jeszcze nie rozwaliło.
Attaché

Wydanie: 9/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy