Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

No to szefową MSZ została Anna Fotyga. Jednym w ministerstwie jest wesoło, a innym smutno. Wesoło, bo taka pani w charakterze szefowej to gwarancja śmiesznych decyzji, a zatem śmiesznych informacji. Smutno – bo świadczy to o tym, jak kiepsko traktowana jest w Polsce dyplomacja…
Przy okazji odnotowano w MSZ całą procedurę wyłaniania następczyni Stefana Mellera. Trwała ona wiele dni. Sygnał to więc jednoznaczny, że o stanowisko szefa resortu toczyła się jakaś gra. Zabiegał o nie szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych (polityk mało znany, mało kto w MSZ wie, jak się nazywa), zabiegała pani Fotyga, próbowano też innych kandydatów. Ostatecznie, po paru dniach przesileń, padło na Fotygę. Czyli okazało się, że premier Marcinkiewicz może niewiele i że decydujący okazał się głos dużego pałacu. Ale okazało się też, że tenże duży pałac nie jest tak potężny, bo gdyby był – Fotyga byłaby ministrem już godzinę po dymisji Mellera…
W MSZ zastanawiają się również, jakie będą konsekwencje tej nominacji. Pierwsza jest oczywista – spadnie rola ministerstwa. Nawet nie będzie już mowy o tym, by było ono jakimś ośrodkiem analitycznym czy koncepcyjnym, kreującym polską politykę zagraniczną. Teraz będzie pełnić funkcję usługową. Akurat na tym pani Fotyga, jako była szefowa biura zagranicznego NSZZ „Solidarność”, się zna. Podobnie jak setki kierowników podobnych biur rozmaitych organizacji i przedsiębiorstw.
Oznacza to więc, że politykę zagraniczną będą kreować inne ośrodki. Tylko jakie? Duży pałac czy mały? A tak konkretnie to kto? Minister Schnepf czy minister Krawczyk? O jednym i drugim nie da się powiedzieć, by byli to tytani polityki międzynarodowej… Więc gdzie ta polityka będzie się wykuwać?
A może nigdzie, może będzie nadążać za publikacjami prasowymi, potrzebami marketingu politycznego?
Kolejne pytanie jest takie: skoro MSZ przekształcać się będzie w biuro podróży pana prezydenta, to czy będzie miało rację bytu w dotychczasowym kształcie? Jak bardzo więc zmieni się kadrowo?
Do tej pory optymiści powtarzali, że wielkich zmian nie należy się spodziewać, bo dyplomacja to skomplikowana dziedzina – żeby sprawnie się w niej poruszać, trzeba wielu lat praktyki. Tymczasem okazuje się, że takie opinie to fantazje jajogłowych. Że dla nowej władzy wystarczy dobrze znać jeden język obcy i parę razy wyjechać za granicę, by chodzić w nimbie wielkiego znawcy. Aha, i do tego trzeba umieć dorzucić parę patriotycznych banałów.
Jako pierwszy, zdaje się, wyczuł to minister obrony Radek Sikorski, opowiadając głupoty o pakcie Ribbentrop-Mołotow, czyli o podbałtyckiej rurze. Owszem, w Europie uznano to za głupotę, ale spójrzmy na sprawę inaczej – w oczach ludzi, którzy rozczytani są w historycznych książkach, nigdy nie byli w Niemczech i z żadnym Niemcem w życiu nie rozmawiali, na gospodarce się nie znają, no i żyją spiskami, taka wypowiedź jest w sam raz.
A to oni dwaj rozdają dziś karty.

Wydanie: 20/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy