Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Wzruszenie ogarnęło ludzi w MSZ, gdy przeczytali w miesięczniku „Twój Styl” artykuł o japońskiej rodzinie cesarskiej. A w nim fragmenty, w których pojawiał się ambasador RP w Tokio, Jerzy Pomianowski, z żoną Marią. O żonie było więcej – dowiedzieliśmy się, że gra na suce (suka przypomina wiolonczelę, na tym zapomnianym ludowym instrumencie gra na świecie kilka osób, więc chwali się pani Marii oryginalność). No i że jest przyjaciółką cesarzowej Michiko. Z artykułu wynika, że przyjaźń polega na tym, iż ambasadorowa „bierze wspólnie z cesarzową udział w warsztatach muzycznych organizowanych kolejno przez tokijskie ambasady”. „Jej wysokość wykonała na nich utwór napisany przez panią Marię specjalnie dla niej. Niewiele mieszkających w Tokio cudzoziemek może pochwalić się równie bliskimi kontaktami z żoną cesarza”, czytamy w „Twoim Stylu”.
A czym może pochwalić się szanowny pan ambasador, mąż pani Marii? „Twój Styl” o tym milczy i jest to zrozumiałe, bo bilans jego osiągnięć jest krótki. Dzięki żonie, która gra na suce, może opowiadać, że ma kontakty na cesarskim dworze. A czy ma kontakty tam, gdzie zapadają decyzje, czyli w rządzie? Albo w sferach biznesu?
Jerzy Pomianowski spędza w Japonii szósty rok i tych kontaktów nie ma. Przed wyjazdem do Tokio opowiadał, że zdobędzie je dzięki aikido, japońskiej sztuce walki. On sam trenuje ten sport, więc zapowiadał w wywiadach prasowych, że polsko-japońskie lody będzie przełamywał na treningowej macie. Naiwni to łykali. Ostatecznie umiejętności bicia przydały się ambasadorowi podczas sprzeczek z podległymi mu pracownikami ambasady w Tokio, którym proponował trochę boksu.
Mając sporo wolnego czasu, Pomianowski potrafił zabiegać o przedłużenie swego pobytu w Japonii. Najpierw załatwił sobie przedłużenie u ministra Bartoszewskiego – z czterech do pięciu lat. Potem wydawało się, że minister Cimoszewicz odwoła go, ale tak się nie stało – bo w lipcu przyjeżdża do Polski rodzina cesarska, więc nie jest to czas na wymianę ambasadorów.
Pomianowskiemu sprzyjają jeszcze dwie okoliczności. Po pierwsze, jak mówi się w MSZ, ministrowi Cimoszewiczowi zależy, by do Japonii nie pojechała osoba przypadkowa. Trwają więc poszukiwania dobrego kandydata, który spodobałby się w Tokio i potrafiłby wiele spraw – zwłaszcza dotyczących gospodarki, inwestycji i wymiany handlowej – rozkręcić.
Czyli poruszyć sprawy dotychczas zaniedbywane. Tak bowiem było w III RP, że ambasadorami w Japonii były osoby nieinteresujące się gospodarką. Najpierw wysłaliśmy tam japonistę, lektora języka i znawcę miejscowej kultury, a potem zawodnika aikido. Trudno przypuszczać, by Japończycy byli tymi kandydaturami zbudowani. Może więc czas na poważne ich potraktowanie?
No i jest druga przyczyna, dla której Pomianowskiemu udało się spędzić w Tokio nadprogramowo dwa lata. Gdy wróci do kraju, trzeba będzie dać mu pracę w MSZ. A do pracy z nim nikt w centrali się nie pali. W ten sposób jego słabość stała się jego siłą.
Tego uczy aikido.

Wydanie: 26/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy