Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Smoleńska awantura ożywiła w MSZ spekulacje na temat wielkiej zmiany. Ta wielka zmiana to oczywiście dymisja ministra Klicha i przejście Radosława Sikorskiego z MSZ do MON. Jak twierdzą dobrze poinformowani, Sikorski bardzo chętnie by na to przystał, bo lepiej się czuje w otoczeniu wojskowych niż dyplomatów.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego taka zmiana byłaby dla Sikorskiego atrakcyjna – polityczny. Mógłby on zabłysnąć jako ten, który wyciąga polskie wojsko z głębokiego kryzysu, no i przede wszystkim uciekłby przed trudnym egzaminem, który nazywa się prezydencja.
Ten egzamin rozpocznie się za parę miesięcy, tymczasem jakoś nie widać, by Polska do niego była gotowa i miała pomysł, jak ten czas rozsądnie spożytkować. Nie słychać, by naradzały się zespoły ekspertów, byśmy mieli przygotowane jakieś inicjatywy, byśmy o coś zabiegali. Owszem, opowiada się, że będziemy mieli pięć-sześć priorytetów, ale jak ma się tyle priorytetów, to znaczy, że nie ma się żadnego. Podobnie brzmią opowieści, że będziemy walczyć o perspektywę finansową dla Unii. No pięknie, ale walczy o to trzy czwarte Unii, więc to też zadanie z gatunku oczywistych.
Dodajmy do tego jeszcze jedno – Węgry mają zszarganą opinię, ich prezydencja jest praktycznie czasem paraliżu, więc aż się prosi już teraz prezentować swoje idee i rozwiązania. Jest na to zapotrzebowanie. Ale w Warszawie, zdaje się, nikt tego nie czuje.
Zatem patrząc na to wszystko, można odnieść wrażenie, że w Warszawie prezydencja traktowana jest nie jako wielka szansa, lecz jako mało wygodny obowiązek, który trzeba w sposób jak najbardziej bezbolesny odbębnić.
To opinia jednej grupy – że prezydencja będzie wielkim egzaminem, na którym Sikorski boi się wyłożyć. Ale jest również inny pogląd, głoszący, że to wszystko bajki i że nikt w kraju nie zwróci na to uwagi. Bo od czasów premiera Marcinkiewicza w polskiej polityce rządzą czysty PR i zabawa.
Zwolennicy tej tezy przedstawiają argumenty tzw. kalendarzowe. Otóż prezydencja startuje 1 lipca, to znaczy w wakacje. Mało kto w Polsce będzie miał więc do niej głowę. Potem jest sierpień, czyli wakacje w Brukseli, zatem mało kto w Europie będzie się nią przejmował. I tak wejdziemy we wrzesień. Ale zanim Europa się rozpędzi, w Polsce rozpocznie się kampania wyborcza, i tak minie nam październik.
No, przynajmniej do połowy listopada, a może i do początków grudnia mało kto w Polsce będzie się troszczył o sprawy brukselskie, tu będą wybory, potem będzie się tworzył rząd…
I tak wejdziemy w grudzień, który jest króciutkim miesiącem, bo mniej więcej od jego połowy nasz krąg cywilizacyjny szykuje się do świąt. Koniec kropka. Ta cała prezydencja potrwa więc dwa tygodnie w lipcu, trzy we wrześniu, może z tydzień w listopadzie i dwa w grudniu.
A słuchając gwiazd pisowskiej dyplomacji (i nie tylko jej), pani Fotygi, pana Krasnodębskiego czy też pana Waszczykowskiego, to może i lepiej, że znajdzie się ona gdzieś na drugim planie. No bo alternatywą prezydencji „wyciszonej” jest to, że Europa będzie się zajmować Smoleńskiem. I mgłą.
Attaché

Wydanie: 4/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy