Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Największa konsternacja jest wtedy, gdy rozmowa jest nie na temat. Tak mniej więcej było podczas sejmowej debaty nad polską polityką zagraniczną. Bo zamiast rozmowy rzeczywiście o polityce zagranicznej, słyszeliśmy oskarżenia o kondominium, zdradę, zaprzaństwo, finlandyzację. Bez ładu i składu.
Tak oto rozmawiano nie o rzeczywistości, ale o wyobrażeniach. A zamiast dyskusji mieliśmy krzyk.
Wiadomo, takie natężenie oskarżeń było szalenie wygodne dla ministra Sikorskiego. Bo jeżeli najsilniejsza partia opozycyjna woła o zdradzie albo wyłuszcza swoją koncepcję polityki zagranicznej, polegającą na tym, że wszędzie czają się wrogowie, a poza tym im gorzej dla Rosji, tym lepiej dla Polski, to na tle takich rewelacji można tylko pachnieć.
I uchodzić za mędrca.
Dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu minister Sikorski uniknął więc niewygodnych pytań i dyskusji o konkretnych problemach.
Jednym z nich jest bałagan, który stworzył w MSZ, choćby na szczeblu kierownictwa. Teoretycznie minister ma siedmiu zastępców, ale…
Jest rzeczą oczywistą, że do najważniejszych obszarów zainteresowania polskiej dyplomacji należą Niemcy i Rosja. Dlatego też fachowcy od tych spraw tradycyjnie zajmowali w MSZ kluczowe miejsca. A jak jest teraz? Jeśli chodzi o Niemcy, w tej dziedzinie Sikorski najwyraźniej abdykował na rzecz pracującego w Kancelarii Premiera Władysława Bartoszewskiego. W MSZ nie ma niemcoznawcy nie tylko na szczeblu wiceministra, ale nawet na szczeblu dyrektora departamentu. Niestety, to widać.
A Wschód? Partnerstwo Wschodnie, polityka wschodnia – to miała być nasza wizytówka i nasza specjalizacja. W MSZ sprawami wschodnimi zajmował się wiceminister Andrzej Kremer, ale zginął w katastrofie
10 kwietnia. Po paru tygodniach ściągnięto więc ambasadora RP na Białorusi, Henryka Litwina, który został podsekretarzem stanu i któremu najpierw powierzono nadzór tylko nad sprawami konsularnymi. Po jakimś czasie Litwin otrzymał też Wschód. Ale raczej nie zdążył odcisnąć swojego piętna, bo już przeszedł wszystkie procedury i wyjeżdża do Kijowa, gdzie będzie ambasadorem. Tylko tym już się zajmuje.
Pytanie jest więc zasadnicze: jaki był sens powierzania spraw wschodnich ambasadorowi na pół roku? Czy ktoś w MSZ myśli w dłuższej perspektywie?
W jakimś stopniu Sikorskiego mógłby usprawiedliwiać fakt, że oto Departament Wschodni funkcjonuje jak szwajcarski zegarek, że tam zachowana jest ciągłość. Ale tak nie jest! W tym departamencie na wiodącą postać wyrósł Jarosław Bratkiewicz, lecz już go tam nie ma, został dyrektorem politycznym MSZ, sprawy wschodnie już nie należą do jego kompetencji. Departamentem kierują młodzi dyplomaci, pisaliśmy już o nich wcześniej.
Trudno przy takich roszadach wymagać pogłębionych prac analitycznych czy dojrzałych koncepcji. A jak ich nie ma, to jest fiki-miki.
Minister Sikorski chwalił się w Sejmie, że ma sukces, bo zainwestował w łączność bezprzewodową, w telefony satelitarne. I że dzięki nim mieliśmy szybką ewakuację naszej ambasady z Libii.
Ewakuacja – to słowo klucz, dobrze oddające „erę Sikorskiego”. Ale trudno to nazwać polityką zagraniczną.
Attaché

Wydanie: 12/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy