Legnica 20 lat po

Legnica 20 lat po

Pożegnali Radzieckich, powitali Rosjan Jeżeli tylko rozpoczynają się wspomnienia o latach, kiedy w Legnicy stacjonowały wojska radzieckie, musi paść słowo „kwadrat”. Pojęcie jasne i oczywiste dla legniczan pamiętających miasto sprzed 20 lat. To była enklawa oddzielona murem. Tam mieszkali „oni”, a pozostała część miasta – w powszechnej świadomości gorsza od wydzielonej – należała do nas, Polaków. Za murem „Kwadrat” nie powstał od razu. Kiedy w lutym 1945 r. Armia Czerwona zajęła Liegnitz, zastała miasto niezniszczone, do tego przepięknie zagospodarowane. Jeszcze dziś można usłyszeć o chodnikach wykładanych jasnym granitem z krawężnikami z czarnej bazaltowej kostki. Zastała tam również wojskowe zaplecze, które pozostawił niemiecki garnizon, przed wojną najsilniejszy na Śląsku. Rosjanie starali się możliwie jak najwygodniej urządzić w Legnicy, bezwzględnie wypychając polskich osadników na prawy brzeg Kaczawy. Niektóre akcje przesiedleńcze miały tak brutalny charakter, że w Polskę poszła nawet wieść o rzezi dokonanej przez czerwonoarmiejców. Z czasem jakoś to się ułożyło i Polacy mogli zająć część centrum miasta, ale wraz z ich powrotem pojawił się ów mur odgradzający „kwadrat”. Przy wejściach ustawiono strażników i bez przepustki nikt tam nie mógł się dostać, przynajmniej teoretycznie. W „kwadracie”, w zależności od sytuacji gospodarczej, bywało pod względem zaopatrzeniowym bardzo różnie. W latach zakupów kartkowych był on dla ludzi zza muru miejscem bardzo atrakcyjnym. Bywały też okresy, kiedy dla tych z „kwadratu” niezwykle cenne były kontakty handlowe ze światem zewnętrznym. Zresztą w każdym okresie można było na takiej wymianie zarobić. Aż przeszło to do wspólnej historii, powstał stereotyp Ruskiego, który oferuje do sprzedaży dosłownie wszystko, i polskiego cwaniaczka, starającego się na tym zawsze skorzystać. I mogli to zobaczyć uczestnicy spotkania po latach. Zaprosił ich do Legnicy Jacek Głomb, dyrektor legnickiego teatru i społecznik, inicjator i główny organizator projektu artystyczno-społecznego „Dwadzieścia lat po”. Wśród gości był Teatr.doc z Moskwy, uważany za jeden z najciekawszych teatrów rosyjskich ostatnich lat. Z prywatnych rozmów i oficjalnych komunikatów, z zapisu autentycznych ludzkich losów tworzy on przedstawienia z pogranicza sztuki i analizy społecznej. Spektakl „Rzeczy”, którego premiera odbyła się w czasie spotkania, powstał właśnie z tej okazji i na specjalne zamówienie organizatorów. Jego twórcy przeprowadzili rozmowy w Legnicy, poszukali też dawnych mieszkańców „kwadratu”. I powstał obraz w kilku odsłonach, głównie na temat kontaktów handlowych, pokazanych z prawdziwą wirtuozerią. Tylko ostatnia historia – miłości Polki i Rosjanina – ujawniła, ilu ludzkich dramatów przysporzyła tępa machina urzędnicza. Na zakończenie sztuki aktorzy zrzucają kostiumy – typowe dla elegantów z tamtej epoki – i niemal po nich depczą. Tak bardzo chcą podkreślić, że to już przeszłość. Brata się nie wybiera W Lasku Złotoryjskim po pobycie Radzieckich zostały wycięte na drzewach napisy, znaki, daty… Zanim znikną całkowicie, warto je skopiować. Są przecież dokumentem historycznym. Kilkadziesiąt osób mozolnie wykonało tę pracę. Jej efekty złożyły się na wystawę „Odcienie czerwieni – Ślady obecności”. Cóż bardziej mogło zadziwić niż prawosławne krzyże? Badacze zaopatrzyli kopie nadrzewnych znaków we własne refleksje. Ktoś napisał, że Rosjanie są naszymi braćmi, nie przyjaciółmi, bo przecież brata się nie wybiera. Naukowo zabrano się też do pamięci legniczan o wzajemnych kontaktach. Dr Zuzanna Grębecka z Uniwersytetu Warszawskiego przez trzy lata prowadziła ze studentami badania etnograficzne na ten temat. Ich prezentacja pod tytułem „Raport z podzielonego miasta” wywoływała żywą reakcję – głównie gości. Na przykład anegdota o przyjściu Rosjanek na bal w koszulach nocnych. Miało to być zaraz po wojnie. – To po prostu niemożliwe, oczywista złośliwość – argumentowali goście. Tymczasem obraz Rosjanek w pa­mięci ówczesnych chłopców bywa niejednorodny. Z jednej strony, wyśmiewane za brak gustu i skłonność do zlewania się tandetnymi perfumami, z drugiej, fascynowały dbałością o siebie i swój wygląd. Ktoś zapamiętał pewną Nataszę, która ze wszystkich sił starała się nauczyć naszego sposobu ubierania i w ogóle stylu życia. Do podobnych refleksji przyznawały się dawne mieszkanki „kwadratu”. Marina Kułakowa, która była żoną oficera stacjonującego w Legnicy, podziękowała nawet za córkę, którą u nas urodziła. A gdy tylko mała podrosła, jeździła z nią po Polsce. Chłonęła

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2013, 39/2013

Kategorie: Kraj