Małysz jest nasz

Małysz jest nasz

– Tata fajnie skakał. Widziałam w telewizji. Jeszcze trochę poskacze i będą wakacje. Tylko musi wygrać tę kryształową kulę – prorokuje córka mistrza

Mówi się o nim, że dostał od Boga talent, jaki się zdarza raz na sto lat. I on to wciąż potwierdza. Minęło już 10 dni od włoskich mistrzostw świata, ale o podwójnym złocie Adama Małysza wciąż się mówi i wciąż kalkuluje, czy zdobędzie po raz trzeci Puchar Świata.
Na razie spłacił dług wobec kibiców w Szczyrku, startując 2 marca w międzynarodowych mistrzostwach Polski. Dług ciążył na nim od dwóch lat. Wówczas nie mógł wystartować z powodu choroby. Tym razem uporał się ze wszystkim po mistrzowsku. Pozbierał nagrody i wyróżnienia i na dwa dni zaszył się w domu.
Ale zanim Małysz wystartował w Szczyrku, zjawił się w Wiśle. Wyjeżdżając z Val di Fiemme, wiedział, że w rodzinnej miejscowości przygotowywane jest huczne powitanie.

Fanfary na puzonie

W cukierni U Janeczki, tuż przy rynku, wywieszono kolorowy szyld z napisem: „Najsłodsze gratulacje dla mistrza świata”. Okazale prezentował się umieszczony na najwyższym budynku w rynku transparent: „Wisła wita mistrza świata Adama Małysza”.
Mistrz miał przybyć do rodzinnego miasta wczesnym rankiem. Parę minut po siódmej na rynek przyszli górale i trochę młodzieży. Ludzie w czerwonych kurtkach z Klubu Narciarskiego „Nartus” instalowali mikrofony. Wtedy właśnie ktoś podał wiadomość, że auto Małysza widziano w okolicach Brna.
Godzinę później gapiów przybyło, zjawił się też burmistrz Jan Poloczek. Spiker przedstawił plan uroczystości. Grupa śpiewacza Gronie miała wnieść bohatera na rękach na estradę. Zadaniem publiczności było podnieść w górę kciuki, tak jak to robi Adam po udanych skokach, i ukłonić się nisko, też naśladując mistrza. Ktoś z tłumu upomniał się o telemark, ale spiker ostrzegł, że podłoże jest śliskie i o kontuzję nietrudno.
O 8.30 ryknęły strażackie syreny i odegrano fanfary powitalne na puzonie. Mistrz zajechał na rynek. Tłum falował. Przy estradzie zrobił się tłok i o wnoszeniu Adama nie było mowy. Tyle że młodzież z klubu sportowego zrobiła szpaler z nart, pod którym Adam oraz pozostali członkowie ekipy przemaszerowali, zanim weszli na scenę.
Przemówienia były krótkie. Burmistrz Jan Poloczek dziękował i gratulował. Potem dziękował wszystkim mistrz. Szczególnie gorąco żonie, która cały czas w niego wierzyła. Trener Tajner oświadczył, że Adamowi starczy sił na wszystkie konkursy Pucharu Świata. W marcu zaplanowano pięć ostatnich i ktoś zaraz obliczył, że gdyby Adaś wygrał wszystkie, zgromadzi 1427 punktów i nikt nie zdoła mu wydrzeć kryształowej kuli.
Kiedy zakończyły się mowy i wiwaty, bohaterowie przy dźwiękach pożegnalnych fanfar udali się na śniadanie do Domu Zdrojowego. Ciekawscy zaglądali do środka przez oszklone drzwi tarasowe, żeby sprawdzić, czy mistrzowi smakują jajka na bekonie.
Spóźnialscy wciąż mieli nadzieję na autografy, ale zmęczony Małysz wyszedł tylnymi drzwiami i od razu pojechał do nowego domu. Za nim ruszyli fotoreporterzy. Kto nie marudził, zdołał uwiecznić przywitanie z psami i rozpakowywanie bagażu z auta, nim mistrz zniknął wewnątrz budynku.

Małysz jak stal

W domu rodzinnym Adama Małysza mieszkają jego rodzice, Ewa i Jan, babcia Helena Szturcowa oraz siostra Adama, Iwona, z mężem i dziećmi. Kiedyś miał tu swoje lokum także Jan Szturc, wujek Adama i jego pierwszy trener.
Bo tradycje narciarskie w rodzinie naszego najlepszego skoczka sięgają wielu lat wstecz. Jego pradziadek był nawet właścicielem skoczni w Wiśle, której rekord wynosił 53 m. Mało kto dzisiaj pamięta, że Adam Małysz pierwszy raz wystartował w Pucharze Świata jako 16-latek, ale nie w skokach, tylko w kombinacji norweskiej. Zajął jednak dalekie miejsce. Rok później błysnął talentem i zdobył mistrzostwo kraju w skokach w gronie seniorów. Wujek Szturc opowiadał nieraz, że zawsze wierzył w sukces Adama, ale nie spodziewał się, że będzie tak ogromny.
A o tym, jak Adam z Izą się poznali i pobrali – ona 19-latka, on o rok starszy – gazety pisały już wiele razy. Ślub wzięli w kościele ewangelickim, bo on jest tego wyznania. Iza jako katoliczka dostała dyspensę od biskupa, a to oznacza, że w świetle religii katolickiej też są mężem i żoną. Zresztą różnice religijne nie są dla nich żadnym utrudnieniem, bywają na nabożeństwach i w jednym, i w drugim kościele, córkę wychowują po katolicku. Już wiele im w życiu się udało, ale bywały też ciężkie dni, gdy wiele osób odwróciło się od nich. Sportowe niepowodzenia, których doświadczył Adam za czasów trenera Pavla Mikeski, zahartowały go tak, że w tym sezonie, gdy mimo dobrej dyspozycji nie był w stanie wygrywać konkursów, radził sobie z krytyką kibiców i mediów. Duża w tym zasługa dr. Jana Blecharza z krakowskiej AWF pracującego z kadrą polskich skoczków. Ponadto oparciem dla Małysza zawsze była żona, która stale dodawała otuchy.

Adam lubi moją kuchnię

Przed domem teściów Małysza, gdzie wcześniej mieszkał z żoną i córką, jest cicho. Gdy przed bramę zajechał samochód teścia, udało nam się porozmawiać. – Teraz, gdy córka się wyprowadziła, zostaliście państwo sami? – zapytałam przez płot. – Wcale nie – odparł Jan Polok. – Odwiedzamy Izę albo ona siedzi u nas. Jeżeli czekacie na Adama, to go tu nie będzie. Śpi u siebie, bo całą noc był w drodze. – Może jednak poczekamy? – zapytałam z nadzieję. – A czekajcie, proszę bardzo. Żona z Karolinką nadejdą lada chwila. Idą pieszo.
Po niespełna półgodzinie na końcu drogi dostrzegamy Marię Polok z wnuczką. Idą powoli, zagadane i zadowolone. – Możemy na chwilę? – wpraszamy się w gości. – No co z wami robić, zapraszam – mówi pani Maria. Ale nim zamknęła się za nami brama, do płotu podbiegł mężczyzna z fotografią w ręku. – Ja tu byłem dwa lata temu, o proszę popatrzeć, wtedy płotu nie mieliście. Jest podekscytowany, usiłuje namówić Karolinkę na pozowanie do zdjęcia, ale mała ucieka do domu. Jeszcze nie witała się z tatą. – Może rodzice przyjadą tu na obiad – zastanawia się sześcioletnia córeczka Adama Małysza. – Kupiłam im kwiatek i pięknego ptaszka. Oboje zasłużyli. Mama pięknie zdała egzamin (w Wyższej Szkole Administracji w Bielsku), a tata pięknie skakał.
Maria Polok tuli wnuczkę i nie może się jej nachwalić. – Jest mądra i utalentowana. Pięknie pisze, czyta i rysuje. Jakby na potwierdzenie słów babci Karolinka wyjmuje kolorowankę i zaczyna malować. Jest szybka i precyzyjna.
Teściowa Małysza głośno planuje, co zrobi na obiad: – Dzisiaj będą leniwe pierogi – mówi. – I zupa ogórkowa – wtrąca pozornie pochłonięta malowaniem Karolinka. – W niedzielę zrobię coś z wieprzowiny, ale nietłusto – dodaje Polokowa. – Adam lubi moją kuchnię – przyznaje – to chcę mu dogodzić.
Pani Maria nie zapomina też o córce.- Iza dobrze radzi sobie ze wszystkim. Ze szkołą, z dzieckiem i z budową domu. Pięknie go urządziła według własnego projektu – dodaje. – Ale wie pani, wciąż trafiają się ludzie, którzy tylko czekają na jakieś potknięcie Adama. Gdy długo nic się nie dzieje, także media wymyślają niestworzone historie. Przecież to, co mają, Adam okupił ciężką pracą. Trenował kosztem rodziny, a Iza z Karolinką też coś bezpowrotnie tracą, gdy mija im dzień za dniem bez męża i ojca.
Polokowie zapewniają, że zięć i córka dobrze pamiętają ciężkie czasy, gdy byli na utrzymaniu rodziny, i szanują każdy grosz. Lubią też się dzielić. Dlatego założyli Fundację Izabeli i Adama Małyszów. Jej celem jest zbieranie środków na pomoc dla byłych i potrzebujących sportowców. Niebawem odbędzie się licytacja, na której wystawione będą narty mistrza.
– Tata fajnie skakał – przerywa nam rozmowę Karolinka. – Widziałam w telewizji. Jeszcze trochę poskacze i będą wakacje. Tylko musi wygrać tę kryształową kulę – dodaje.
– Jak musi, to niech wygrywa! – przytula wnuczkę babcia Marysia.

Wydanie: 11/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy