Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zdaje się, że wyjaśniła się kolejna sprawa w MSZ, a raczej sprawy dwie. Po pierwsze, po ministerstwie zaczął biegać Henryk Litwin. I to z obiegówką. A to oznacza jedno – że wreszcie wyjedzie na Białoruś.
Litwin już prawie dwa lata temu otrzymał nominację na ambasadora RP w Mińsku. Otrzymał ją, ale nie wyjechał. Bo najpierw protestowaliśmy przeciwko szykanowaniu organizacji polskich na Białorusi. A potem były wybory prezydenckie i Polska ich nie uznała. Więc, siłą rzeczy, nie mogła wysłać ambasadora, by ten składał listy uwierzytelniające na ręce Aleksandra Łukaszenki. I tak to trwało. W międzyczasie na Białoruś wysłali swoich ambasadorów wszyscy ważni, z Rosją (co zrozumiałe), Stanami Zjednoczonymi i Niemcami na czele. Ale Polska dumnie się opierała. Doszło do tego, że o polskiego ambasadora prosili przyjeżdżający do Warszawy liderzy białoruskiej opozycji. Więc w końcu go dostaną.
Co ciekawe, wcale nie jest oczywiste, że Henryk Litwin jedzie do Mińska pełen szczęścia. Bo siedząc w Warszawie długie miesiące, mocno lobbował za tym, żeby nie jechać na Białoruś, ale do Włoch. Skąd parę miesięcy temu zjechał Michał Radlicki.
Rzymska placówka była więc nieobsadzona i długo zastanawiano się, kto zostanie jej szefem. Chętnych było kilku, ale niedecyzyjna Fotyga wstrzymywała nominację. Mijał czas. W ostatnich tygodniach wydawało się, że na ambasadora do Rzymu pojedzie Krzysztof Olendzki, obecny wiceminister kultury. Olendzki wcześniej pracował w ambasadzie RP w Rzymie, zna włoski, na uczelni w San Marino pisał doktorat. Ale władza uznała, że na ambasadora się nie nadaje.
Ostatecznie więc do Włoch jechać ma Jerzy Chmielewski, obecny dyrektor Departamentu Europy. To dosyć sensacyjna i niezborna nominacja, bo nijak nie pasuje do MSZ-etowskiego porządku. Przede wszystkim Chmielewski jest specjalistą od Bałkanów. Zna serbsko-chorwacki, był w przeszłości tłumaczem i Gierka, i Jaruzelskiego. Natomiast z innymi językami – to już gorzej. Nie zna włoskiego, co w przypadku rzymskiej placówki jest czymś więcej niż błędem. Bo w Rzymie, w rządzie, parlamencie, kurii, korpusie dyplomatycznym, mówi się po włosku! Słabo zna angielski, zdaje się, nie ma zdanego z tego języka egzaminu. Ciężko mu więc będzie poruszać się w dyplomatycznych kręgach. No bo jak – zamierza spędzać czas tylko w towarzystwie ambasadorów Słowenii i Chorwacji?
Ale do Rzymu jedzie.
Jak mu się to udało załatwić? MSZ-etowska plotka głosi, że zawdzięcza to dwóm osobom – Stefanowi Mellerowi i Elżbiecie Jakubiak. Mellerowi dlatego, że były minister parokrotnie lobbował w jego sprawie, także u Lecha Kaczyńskiego. A Elżbiecie Jakubiak, dlatego że… odeszła z Kancelarii Premiera. Otóż na początku swojej kadencji prezydent był z wizytą w Pradze. I wówczas Chmielewski mocno podpadł pani Jakubiak, bo nie wpuścił jej, podczas przejazdu kolumny, do MSZ-etowskiej limuzyny, wysyłając w obcesowy sposób na koniec kolejki. Wtedy obrażona Jakubiak miała powiedzieć, że dopóki ona jest w kancelarii, ten pan nigdzie nie wyjedzie. Co prawda ona sama później dementowała tę opowieść, ale faktem jest, że gdy odeszła – Chmielewski dostał nominację.

Wydanie: 35/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy