Jak ukradziono media publiczne

Jak ukradziono media publiczne

Rządowe, narodowe czy po prostu „ich”? Takich mediów publicznych jak dziś nigdy w Polsce nie było

Awantura o radiową Trójkę przelała czarę goryczy. Cała Polska była świadkiem, jak na polecenie szefów radia zdjęto z listy przebojów (1998 wydań!) piosenkę, bo PiS uznało, że jest nieprawomyślna. Że uderza w Jarosława Kaczyńskiego. I jak potem gnojono dziennikarzy, że ją puścili w radiu. Tego było już za dużo. Bo jak można cenzurować piosenkarzy? Mówić im, jakie piosenki mają śpiewać, a jakich nie? O „cenzurze antyrządowej muzyki” w Polsce poinformowały ważne światowe media. W mniej niż 48 godzin po ujawnieniu sprawy do wyciszenia całej afery wzywał sam premier RP.

Ta cenzura, sterowanie redakcją SMS-ami, a potem wyrzucanie dziennikarzy wstrząsnęły Polakami. To dziwne, bo afera w Trójce była w gruncie rzeczy wpisana w filozofię działania PiS. Musiało do tego dojść, bo tak politycy tej partii pojmują media. Nie są im one potrzebne, by ludziom coś przekazywać, by z nimi rozmawiać, wspólnie się zastanawiać, ale by kształtować „nowego człowieka”. Owszem, obywatel może słuchać muzyki, oglądać przedstawienia teatralne w TVP Kultura albo zawody żużlowe, ale wszystko do momentu, kiedy zaczyna to naruszać interesy władzy i związanego z nią Kościoła. Jeżeli zaczyna, dzieje się tak jak z piosenką Kazika – jeden SMS i wypad.

Wielka nierównowaga

Pisanie o propagandowym i stronniczym wymiarze dzisiejszych „Wiadomości” TVP, całej stacji TVP Info czy dużej części publicystyki w Polskim Radiu jest problemem, bo chyba już wszystko na ten temat napisano. Są konkretne liczby – raporty dotyczące obecności polityków na antenie pokazują kilkukrotnie większe skrzywienie niż za najgorszych czasów rządów koalicji PO-PSL. Przechył jest większy, niż miało to miejsce i za pierwszych rządów PiS, i za czasów kampanii prezydenckiej w 2010 r., gdy szefem „Wiadomości” TVP był Jacek Karnowski.

Mamy też dowody na fiksacje personalne mediów. W samym 2018 r. – według wyliczeń Krzysztofa Leskiego – w głównym wydaniu „Wiadomości” było ponad 100 materiałów o prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu. Wyłaniał się z nich obraz oszusta, krętacza i kogoś, kto wzbogacając się na niejasnych interesach, naraża życie gdańszczan, i Polaków w ogóle, sprowadzając „nielegalnych imigrantów”. W głośnym tekście reporterskim na łamach „Gazety Wyborczej” Katarzyna Włodkowska pisała w styczniu 2020 r., że prokuratura zignorowała wątek tego, co oglądał morderca, skąd wzięły się jego nienawiść i plan zabicia Adamowicza. A z cytowanych w tekście wypowiedzi jego kolegów spod celi wynika, że namiętnie oglądał telewizyjne programy informacyjne. Jeszcze w 2017 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego” Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami przestrzegał przed tym, co widzi w telewizji publicznej i nazywa „lekcjami pogardy”, które mogą doprowadzić do przemocy. Na darmo. Po morderstwie Pawła Adamowicza w styczniu 2019 r., po krótkim okresie wyciszenia, ci sami dziennikarze w podobnym stylu zajęli się następczynią Adamowicza, Aleksandrą Dulkiewicz.

Na problem z upolitycznieniem mediów są dowody w międzynarodowych rankingach wolności prasy i niezależności mediów, w których Polska z miejsc w drugiej dziesiątce w latach 2014-2015 spadła na 62. pozycję. Są dowody anegdotyczne, takie jak legendarne już „paski” o tym, że „świat zazdrości Polakom wzrostu gospodarczego”, „sieci Sorosa oplotły Unię Europejską”, a także o „ostatecznym końcu państwa teoretycznego” i „totalnej klęsce totalnej opozycji”. Są wreszcie dowody lingwistyczne – Rada Języka Polskiego stwierdziła, że 70% tytułów materiałów w „Wiadomościach” z lat 2016-2017 nie spełnia kryterium obiektywizmu i neutralności. Według CBOS media publiczne w 2019 r. uznawane były za nieuczciwe częściej niż komercyjna konkurencja, a „Wiadomościom” TVP najszybciej (w porównaniu z latami 2012 i 2017) przybywało przeciwników.

Światy równoległe

Tak naprawdę jednak nie rola propagandowa jest największą nowością w tym, czym stały się media publiczne, tylko ich zdolność do stworzenia rzeczywistości alternatywnej i uparte w niej tkwienie. Przykład? Gdy w sierpniu 2019 r. wybuchła afera hejterska z wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem, oskarżanym o szkalowanie sędziów i upublicznianie haków na nich, widzowie TVP dowiedzieli się o niej dopiero po południu – choć niemal wszystkie inne serwisy informacyjne „grzały ją” od rana. Publiczna telewizja podała informację, dopiero gdy Piebiak podał się do dymisji i gdy – co natychmiast się stało – można było pochwalić rząd za odpowiedzialną i dojrzałą reakcję na kryzys. Szkopuł w tym, że zdezorientowani widzowie mogli nawet nie wiedzieć, w odpowiedzi na jaki kryzys wiceminister zrezygnował, ponieważ niczego im wcześniej o nim nie powiedziano.

Ze spraw aktualnych można wskazać kontrowersje wokół maseczek sprowadzonych z Chin i witanych przez premiera, co gorliwie relacjonowała TVP. Gdy „Gazeta Wyborcza” zaczęła informować, że z certyfikatami bezpieczeństwa dla maseczek są problemy, a i cały świat dyskutował już o tym, że sprzęt przylatujący do Europy z Chin bywa bezużyteczny, portal TVP Info podał informację, że coraz więcej skarg płynie na środki medyczne dostarczane w ramach pomocy z Unii Europejskiej. Choć wcześniej premier Morawiecki mówił, że UE nie dała na pomoc w walce z pandemią ani eurocenta.

Inna historia z ostatnich dni – telewizja publiczna niemal nie zająknęła się o filmie braci Sekielskich poświęconym ukrywaniu pedofilii w Kościele, za to przeznacza całe godziny na promowanie filmu Sylwestra Latkowskiego o Zatoce Sztuki i wykorzystywaniu nieletnich dziewcząt. Film, praktycznie nieudokumentowany, rzuca oskarżenia pod adresem popularnych aktorów, dziennikarzy, reżyserów. I o te oskarżenia chodzi! Nieważna jest prawda, nieważne są zebrane dokumenty – ważne, by oskarżać ludzi uznawanych za nieprzychylnych władzy. I kreować obraz dobrego (w domyśle pisowskiego) ludu i złych, zepsutych elit. W efekcie w TVP Info o filmie opowiada się na okrągło, a „Wiadomości” poświęciły mu pół swojego czasu antenowego.

Jeszcze inną odsłoną alternatywnego świata w mediach publicznych jest zamknięty obieg opinii i tez, które wielokrotnie powtarzane urastają do rangi wartych skomentowania faktów. Gdy urząd marszałka Senatu objął Tomasz Grodzki i spotkał się w tej roli z przedstawicielami kilku ambasad, komentatorzy TVP Info i jej publicyści zaczęli krytykować marszałka za „prowadzenie własnej polityki zagranicznej”. Zarzucono mu, że konsultuje z nimi ustawy procedowane przez Senat. Następnie, już opierając się na tych komentarzach, TVP przygotowała materiał o tym, że marszałek jest krytykowany przez ekspertów. Te tezy wykorzystano potem w materiałach informacyjnych do wzmocnienia ich wydźwięku. Centralnym argumentem był cytat z Twittera Samuela Pereiry… szefa publicystyki TVP Info.

Wśród najczęściej cytowanych źródeł – pokazał to raczej przychylny TVP monitoring badaczy z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie – są tytuły katolickie, „Idziemy” czy „Niedziela”, „Tygodnik Solidarność”, portal wPolityce.pl i tygodnik „Sieci”. Wśród komentatorów i ekspertów zewnętrznych brylują autorzy z tych samych pism – teksty i tezy „Sieci” omawia więc naczelny tego pisma, Jacek Karnowski, albo jego brat Michał. Zdarzało się, że jako opinie „zagranicznych mediów” cytowano anglojęzyczne strony Polskiej Agencji Prasowej lub teksty sponsorowane wykupione przez Polską Fundację Narodową. Koło się zamyka – szczelnie. W nieznanym nigdzie w demokratycznym świecie stylu godzinami można nie pokazywać istotnych doniesień z kraju i zagranicy, bo nie wiadomo jeszcze, jak je przedstawić, by były korzystne dla notowań partii rządzącej.

Peter Pomerantsev, brytyjsko-rosyjski dziennikarz, pisał w doskonałej książce o mediach „Jądro dziwności”, na czym polega problem. Gdy telewizja kłamie, obywatele są w stanie sobie poradzić i żyć pomimo kłamstw – w końcu nigdy media nie były na 100% uczciwe. Ale gdy zupełnie nie wiadomo, co w telewizji jest prawdą, a co fikcją – gdy nawet programy rozrywkowe wydają się bardziej autentyczne niż ustawiane i pisane przez politycznych spin doktorów „wiadomości” – skutkiem jest utrata zaufania do rzeczywistości w ogóle, obywatelska rezygnacja i poczucie odrealnienia. Jak gdyby – tak brzmi oryginalny tytuł tej książki – „wszystko było możliwe, ale nic naprawdę”.

Długi marsz

Telewizję i Polskie Radio PiS wzięło po wyborach, na przełomie 2015 i 2016 r., na podstawie błyskawicznie znowelizowanej ustawy, którą także ekspresowo podpisał prezydent Andrzej Duda. Dzięki nowemu prawu prezesów mediów publicznych powoływał minister skarbu, a nie – jak wcześniej – zarząd wybrany przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Zaowocowało to nominacją na szefa TVP Jacka Kurskiego, polityka. Kilka miesięcy później powołano Radę Mediów Narodowych, twór dotąd nieznany, a przez krytyków uznany za marionetkową instytucję nadzorczą, którą zdominowali politycy PiS lub osoby bliskie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Trybunał Konstytucyjny uznał pozbawienie KRRiTV kompetencji za niezgodne z konstytucją – ale stało się to rok po przyjęciu zmian, z których nikt nie miał już zamiaru się wycofywać.

W Radzie Mediów Narodowych zasiadają dziś m.in. Krzysztof Czabański, towarzysz Jarosława Kaczyńskiego jeszcze od czasów „Tygodnika Solidarność” z wczesnych lat 90., czy Joanna Lichocka, posłanka PiS i publicystka „Gazety Polskiej”. Rada Mediów Narodowych powołuje zaś choćby Radę Programową TVP. Jej członek, Wojciech Reszczyński, były dziennikarz m.in. radiowej Trójki właśnie, odchodzących i zwalnianych z niej dziennikarzy nazywa pseudo-Polakami.

Cały ten pośpiech i chaos mógłby stwarzać wrażenie, że PiS do wzięcia mediów wcale nie było gotowe i działa po omacku. Nic podobnego. Dziennikarze prawicy latami pielęgnowali pamięć wszystkich policzków i afrontów – faktycznych i zmyślonych – jakich doznawali od „salonu III RP”. Z tego poczucia upokorzenia wzięła się potrzeba budowania własnych instytucji, redakcji, środowisk, które później stały się także trampoliną do mediów publicznych. „Uważam Rze” i później „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego, tygodnik „Sieci” i portal wPolityce.pl braci Karnowskich czy Telewizja Republika – powstawały po katastrofie smoleńskiej i serii odejść z „Rzeczpospolitej” po niesławnym artykule o trotylu na wraku tupolewa.

Czerpiąc z amerykańskich wzorów, takich jak prowadzony przez doradcę Donalda Trumpa Steve’a Bannona radykalny portal Breitbart.com, budowali „media tożsamościowe”. Często to PRL i „Dziennik Telewizyjny” podaje się jako pierwowzór dzisiejszych „Wiadomości” – ale to najwyżej pół prawdy. Amerykańskie „radio gadane” – znane z charyzmatycznych prowadzących i perswazyjnego, kaznodziejskiego stylu – oraz późniejsza telewizja informacyjna FOX tak naprawdę jako pierwsze udowodniły siłę tego modelu, który później zaimportowano i do Polski. Głośnego, posługującego się – prawdziwym i pozorowanym – oburzeniem, dążącego do konfrontacji ze wszystkim, co uznawano za „salon” i mainstream. Modelu, w którym tyle samo czasu co na informowanie widzów poświęcano na walkę z innymi mediami i tzw. polityczną poprawnością.

Rozpoczęli coś, co sam Paweł Lisicki określał jako „gromadzenie armii pod sztandarem”. Gdy na początku drugiej dekady XXI w. zakładał tygodnik „Do Rzeczy”, mówił, że nie na pluralizmie i obiektywności mu zależy. „Nie jest tak, że mamy pismo, które podaje opinie na temat tego samego z dwóch różnych źródeł. Tak to nie działa. Ludzie potrzebują utożsamienia, chcą mieć pismo, które wyraża ich poglądy”, mówił w wywiadzie. Media tożsamościowe posłużyły później jako zasobnik kadr do mediów publicznych – publicyści tygodnika Karnowskiego zostawali dyrektorami w radiu, całe zastępy wykształconych na tożsamościowej doktrynie młodych dziennikarzy przenosiły się do telewizji. W pewnym momencie branżowa anegdota mówiła, że do Telewizji Republika pilnie potrzeba nawet oświetleniowców i operatorów, nie mówiąc już o prezenterach, bo tak wielu zassała TVP. Razem z nimi zaś estetykę, styl produkcji, warsztat i język.

Tożsamościowy zwrot, który poprzedził przejęcie mediów publicznych, nałożył się na okres internetowej rewolucji komunikacyjnej. Rok 2008 to zarówno sukces Baracka Obamy, jak i wybuch fenomenu politycznych blogów, czas, gdy powstają Facebook, Twitter, a na rynku debiutuje iPhone. Prawica nie przegapiła tych wynalazków – przeciwnie, zrobiła z nich w kolejnej dekadzie największy użytek.

„Drugi obieg” – o powstanie którego po Smoleńsku apelowali eksperci i autorytety PiS – faktycznie powstał i doskonale rozwinął się w internecie, gdzie nie obowiązywały niemal żadne reguły, a trwał podsycany przez obie strony wyścig na radykalizm. „Dziś, kiedy większość mediów liberalnych już wprost atakuje chrześcijaństwo i polską tradycję (…), bez silnych, tożsamościowych i własnych mediów tego zalewu barbarzyństwa nie uda się zatrzymać (…). Prosimy każdego o dołożenie swojej cegiełki”, apelował do czytelników portal braci Karnowskich, wPolityce.pl, w 2011 r.

Zanim PiS wygrało w 2015 r. wybory, prawica dominowała w internecie. Pod względem zasięgu, liczby kont, ilości tworzonego materiału czy zaangażowania to prawa strona była górą. Równolegle tworzyło się i rosło w finansową i instytucjonalną siłę medialne przedsiębiorstwo PiS – związane ze spółką Srebrna, SKOK-ami czy patriotycznymi projektami dofinansowywanymi wówczas przez kierowany przez Mateusza Morawieckiego bank BZ WBK. Dziś zupełnie osobny język, własne odniesienia i obsesje mediów publicznych dziwią tych, którzy wcześniej nie obserwowali tego żyjącego osobnym życiem „drugiego obiegu” w internecie. A on rozwijał się w najlepsze – karmiąc się starym resentymentem wobec „salonu III RP” i wchodząc w dialog z globalną skrajną prawicą z USA, Rosji i Europy Zachodniej. Tematy wcześniej nieistniejące dla szerokiej publiczności: „zagrożenie gender”, „islamizacja Europy”, „śmierć zachodniej cywilizacji” bądź – to już polska specjalność – „zamach” w Smoleńsku, trotyl, męczeństwo Lecha Kaczyńskiego itd., zanim przewędrowały na publiczne anteny, zdążyły dojrzeć i zdobyć popularność w internetowym obiegu.

Nietrudno sobie wyobrazić, co się stało, gdy przeświadczenie, że należy robić media tożsamościowe, dla przekonanych, a odpuścić sobie pluralizm i opinie obydwu stron, stało się doktryną mediów publicznych.

Radykałowie na stołki

Media publiczne wciąż – na tle całej branży – płacą dobrze. To, w połączeniu z możliwością pokazania się na antenie, zaowocowało szturmem młodych i nadambitnych prowokatorów na Woronicza, pl. Powstańców (gdzie mieści się TVP Info) i redakcje lokalne w całej Polsce. Nigdzie chyba w ostatnich latach nie można było zrobić tak szybkiej kariery jak w TVP. Jednak rewersem tej sytuacji jest to, że ludzie zawdzięczający awans politykom będą specyficznie traktować swoje dziennikarskie zadania.

Weźmy Michała Rachonia, działacza PiS, który zasłynął bieganiem w przebraniu penisa pod sopockim hotelem w 2009 r., w trakcie wizyty Władimira Putina w Polsce. Wtedy był zbyt radykalny czy śmieszny nawet dla partyjnych kolegów. Ale nie zginął – jako aktywista podawał mikrofon na wiecach Jackowi Kurskiemu, później został rzecznikiem w MSW. W 2016 r. był już w zupełnie innym miejscu. „Michał Rachoń jako wicedyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej pomyślnie zakończył przygotowywanie nowych formatów. W nagrodę staje się główną twarzą TVP Info. #dobrazmiana”, ogłosił wtedy na Twitterze Jacek Kurski.

Historia kariery Rachonia dobrze ilustruje, co się stało. Gdy „pierwsze PiS” przejęło kontrolę nad TVP w 2005 r., jej prezesem został Bronisław Wildstein, uważany za publicystyczny autorytet polskiej prawicy. Ten plan zdaniem Jarosława Kaczyńskiego się nie powiódł – dekadę później telewizję zapełniono więc skandalistami, radykałami, ludźmi pozbawionymi skrupułów. „Miękkość” została uznana za błąd, a umiarkowanie za słabość.

Rachoń to nie wyjątek. Karierę w TVP zrobili ludzie znani wyłącznie z prowokacji, choćby Łukasz Sitek, zapamiętany z biegania za prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem i grożenia mu prokuraturą. Pomimo wielu kontrowersji Sitek został wybroniony przez Komisję Etyki TVP, a nawet dostał od prezesa Kurskiego nagrodę w wysokości 10 tys. zł. Stracił pracę w TVP, dopiero gdy został skazany za znieważenie policjantów po awanturze w pociągu, a prokuratura postawiła mu również zarzut znęcania się nad partnerką. Innym kolegą Rachonia i Sitka był w TVP Ziemowit Piast-Kossakowski, pisowski kandydat na radnego Ursynowa, bloger, internetowy i uliczny prowokator, później autor materiału o strajkujących lekarzach rezydentach objadających się kawiorem i spędzających wakacje w egzotycznych krajach.

Przykłady można mnożyć, lecz reguła jest jasna. Dziennikarzy otwarcie konserwatywnych, ale profesjonalistów, osoby zdolne do dialogu pomimo ideologicznych różnic – jak Piotr Gursztyn czy, z młodszego pokolenia, Jakub Moroz – rzucono na mniej prestiżowe anteny TVP Historia i TVP Kultura. Skandalistów, propagandystów i „cyngli” zaangażowano na pozycjach najbardziej eksponowanych. Łatwiej nimi kierować, ale cała ta zmiana służy temu, by za pomocą mediów publicznych równoważyć interesy partyjnych frakcji i prowadzić osobną politykę kadrową. Jeszcze jeden z niezwykle istotnych – acz dalekich od misji – celów, które muszą dziś realizować media publiczne.

Filozofia TVPiS

Zarzuty wobec TVP i mediów narodowych formułowane przez ich krytyków i opozycję można zawsze zbyć jako polityczne. Że to kontrpropaganda, zgrany refren anty-PiS i krzyk tych, którzy z powrotem chcą się dorwać do sterów na Woronicza. Jednak być może najmocniejszego argumentu przeciwko telewizji w jej obecnym kształcie dostarczają jej współtwórcy i gorący zwolennicy. Jeśli ktoś chciałby poszukać sedna filozofii TVPiS, to najlepiej w słowach jej autorów.

Krzysztof Czabański został zapytany 19 maja w wywiadzie radiowym Roberta Mazurka, czy będzie się wstydził tego, co dziś robi w mediach, i to pod koniec swojego bogatego życia zawodowego. „Nie będę się tego wstydził, dlatego że przebudowujemy Polskę w dobrą stronę i media publiczne są elementem tej przebudowy”, odpowiedział dumnie. Dzień później w tej samej rozgłośni gościł minister kultury, prof. Piotr Gliński. Stwierdził, że po 1989 r. wszystkie ekipy wykorzystywały media publiczne. Przyciśnięty przez prowadzącego dodał, że robi to także jego rząd. „Nie bądźmy hipokrytami – mówił. – Trudno jest ukryć to, że media publiczne są w jakimś sensie związane z władzą polityczną i tak zawsze było. (…) To jest narzędzie, które jest istotne w demokracji”.

Jacek Karnowski, jeden z najczęstszych gości TVP, pisał (w tekście obszernie zresztą zrelacjonowanym na stronach internetowych telewizji), że gdyby nie stacja z Woronicza, „rząd PiS byłby już co najmniej od października ub.r. w opozycji. Niewykluczone, że upadłby nawet wcześniej”. Dalej: „Gdyby nie silna TVP, do władzy mogłaby wrócić poprzednia ekipa. A to oznaczałoby dla Polaków stratę setek miliardów złotych”. Wydatki na telewizję Jacka Kurskiego należy więc traktować „jako inwestycję o dużej stopie zwrotu”, tłumaczył czytelnikom portalu wPolityce.pl.

A jest jeszcze źródło najcenniejsze – głośny list i rozmowa prezesa (wówczas) TVP Jacka Kurskiego z prezydentem Andrzejem Dudą. „Przedstawiłem mu dokumenty, że gdyby nie media publiczne, gdyby nie »Wiadomości«, »Panorama«, TVP Info, »Teleexpress«, wydaje mi się, że bardzo wielu Polaków miałoby kłopoty z dostrzeżeniem aktywności pana prezydenta – relacjonował sam Kurski. – Wydaje mi się, że bardzo dobre notowania, dające świetny start w kampanii prezydenckiej pana prezydenta Andrzeja Dudy są wynikiem właśnie rzetelnego, dobrego informowania o jego aktywności”.

W skrócie, rząd widzi media publiczne jako narzędzie utrzymania się przy władzy i dlatego inwestuje w nie pieniądze. W tym owe, budzące olbrzymie kontrowersje, 2 mld zł, które przy wielkim sprzeciwie opozycji przegłosowano zimą, w trakcie pamiętnego posiedzenia Sejmu, gdy posłanka Lichocka miała pokazać środkowy palec. Te pieniądze to polityczna inwestycja w reelekcję, bo właśnie silna TVP gwarantuje, że władzy nie przejmie opozycja. I wszystko jasne.

To właśnie miara upolitycznienia i podporządkowania mediów publicznych interesom rządzących – skoro oni sami tak otwarcie o tym dziś mówią.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 22/2020

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 25 maja, 2020, 23:02

    „Często to PRL i „Dziennik Telewizyjny” podaje się jako pierwowzór dzisiejszych „Wiadomości”
    W internecie można znaleźć wydania dziennika TV z lat 80-tych. Jeśli coś mu można zarzucić, to drętwotę, a czasami śmieszność. Ale na pewno nie prymitywne, chamskie ataki na kogokolwiek. Ostatnią rzeczą, której chciały ówczesne władze to szukanie niepotrzebnych zatargów z opozycją – i to mimo że owa opozycja realnie niewiele mogła władzy zrobić. Konferencje prasowe Jerzego Urbana z tamtego okresu to był szczyt kultury w porówaniu z tym szambem, które się teraz wylewa z mediów. Tak się solidarnościowym elitom nie podobali „towarzysze Szmaciaki”, że wypromowały własny styl – towarzyszy Kiboli. I tych się już Polska nie pozbędzie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy