Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Wielki ubaw był w MSZ, gdy zaczęto pisać w gazetach, że ambasadorem w Iraku ma być Władysław Stasiak, szef BBN. Bo znaczyłoby to, że nasza przepowiednia dotycząca BBN czy raczej stosunków między szefem biura a jego zastępcą, Witoldem Waszczykowskim, zaczyna się spełniać. I to szybciej, niż przypuszczaliśmy. Bo ten Waszczykowski nie tylko podgryza przełożonego, ale i wystawia go na odstrzał.
Co do Iraku – tydzień temu wspomnieliśmy o Mariuszu Handzliku, ministrze odpowiedzialnym w Kancelarii Prezydenta za sprawy zagraniczne. No więc ten Handzlik miał jechać na ambasadora do Iraku, to było jeszcze za czasów Cimoszewicza, to był raczej taki ambasador z łapanki, bo nikt nie miał zamiaru wybierać się do Bagdadu. Z rozpaczy więc padło na Handzlika, a on, usłyszawszy tę propozycję, przyjął ją, i pojechał do Krakowa. I tam miał zostać zatrzymany, jak prowadził samochód w stanie wskazującym (czyżby oblewał awans?). Inna wersja głosi, że miał wypadek, i gdy sprawdzono mu krew, okazało się, że był nietrzeźwy. Jak było, tak było – w każdym razie z powodu incydentu i nietrzeźwości propozycja wyjazdu została wycofana.
Ale dziś alkoholowe wpadki nie byłyby przeszkodą. Oto bowiem takie wieści krążą po MSZ – odwleka się wyjazd konsula do pięknego konsulatu nad północnym Pacyfikiem, bo trzeba poczekać aż wytrzeźwieje. Do Rzymu, na kierownika Wydziału Konsularnego wysyła się człowieka, który w swej karierze zaliczył takie incydenty. Pracował w ambasadzie w Watykanie, zatrzymano go, jak jechał samochodem nietrzeźwy. Potem pracował w ambasadzie na Słowacji. Stamtąd wrócił wcześniej do kraju – za pijaństwo. To samo było w Mołdowie. Teraz jedzie do Włoch. I fajna placówka nam się zapowiada, ta w Rzymie. Ambasador, który nie zna włoskiego i angielskiego, szef Wydziału Konsularnego, który będzie poza rzeczywistością, a sprawami politycznymi – to kolejna nominacja – będzie się zajmował człowiek, który wprawdzie dobrze zna włoski i jest sympatyczny, ale poza tym jest cudownym antytalentem organizacyjnym i jakimkolwiek innym, bo pisuje poezje.
A propos wyjazdów – wiceminister Schnepf do zapaterowskiej Hiszpanii ma wyjechać 30 listopada. I to może być początek jego kłopotów. Otóż pół korpusu dyplomatycznego w Warszawie trzęsło się z oburzenia, bo prezydent Kaczyński nie potrafił znaleźć czasu, by przyjąć ambasadora Hiszpanii z listami uwierzytelniającymi. Zwodził go bardzo nieelegancko, odsyłając od drzwi. Ciekawe, czy Hiszpanie to sobie zapamiętali…

PS
Kto by przypuszczał, że mamy ministra spraw zagranicznych dowcipnisia. W internecie krąży dowcip, który miał powiedzieć dziennikarzom o Obamie – że w jego żyłach też płynie trochę polskiej krwi, bo jego przodkowie zjedli polskiego misjonarza. Ha, ha, ha… A teraz salwa śmiechu numer dwa – rzecznik MSZ twierdzi, że owszem, minister to opowiadał, ale pełen oburzenia. Ha, ha, ha… Jest też inny dowcip, autorstwa tegoż. Spotykają się dwa rekiny, jeden aż oblizuje się z radości i mówi: wiesz, miałem szczęście, trafił mi się polski dyplomata, mniam, mniam, sama słodycz, miękki kręgosłup i żołądek pełen koniaku. Ha, ha, ha…
No cóż, jaki humor, taka dyplomacja.

Wydanie: 48/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy