Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W jesiennej atmosferze kilku dżentelmenów próbowało dociec, skąd się biorą różne MSZ-owskie pomysły, żeby czyścić, wyrzucać, zwłaszcza tych najbardziej doświadczonych.
Teorii wyjaśniających takie zachowanie jest wiele. Najprostsza mówi, że to zwykła walka pokoleniowa o stołki. Ale minister Sikorski nie musi już walczyć o stołek, bo go ma. Powinno mu raczej zależeć na tym, żeby instytucja, którą kieruje, działała sprawnie. A osiągnie to, mając sprawnych urzędników. To logiczne. Jak więc wytłumaczyć fakt, że odsyła na zieloną trawkę tak wielu dobrych dyplomatów?
Odpowiedź jest prosta – najwyraźniej inaczej postrzega sprawność działania, niż do tej pory było to przyjęte. Nawiasem mówiąc, nie jest to nowość. W historii MSZ, także tej pisanej w III RP, były już etapy, kiedy przychodził nowy minister i głośno lamentował nad kadrową mizerią ministerstwa.
Tak było za ministra Skubiszewskiego. Tak było w czasach Władysława Bartoszewskiego, który mówił, że ma w MSZ „siano”. Tak też było za Anny Fotygi. A kogo oni potrafili ściągnąć do MSZ?
Za ministra Sikorskiego modne było stwierdzenie, które przypisywano dyrektorowi generalnemu Rafałowi Wiśniewskiemu – że w MSZ mamy dyplomację epoki kamienia łupanego. Więc żeby ją przystosować do XXI w., podjęto dwa rodzaje działań. Po pierwsze, przebudowę kadrową, po drugie – sprzętową. MSZ zarzucone zostało różnymi gadżetami, środkami łączności, drukarkami itd. Ważne było, żeby się łączyć, wysyłać, ale co – to już nieistotne. A jeśli chodzi o kadry – to z ochotą je strzyżono.
Pretekstem do tego były na przykład studia w Moskwie. Albo też współpraca ze służbami specjalnymi PRL. Parę tygodni temu tę sprawę poruszał w Sejmie Karol Karski z PiS, były wiceminister spraw zagranicznych (za Fotygi). Mówił tak: „Dowiedzieliśmy się niedawno, że 10% osób zatrudnionych w służbie zagranicznej złożyło pozytywne oświadczenia lustracyjne. W takim sensie pozytywne, jak bada się wskaźnik WR. Kiedy jest pozytywny, ma się chorobę weneryczną”.
I jak na takie słowa reagować? Delikatnie, napominając, że standardy dyplomatyczne nie przewidują, zwłaszcza w ustach ludzi związanych z MSZ, tak knajackiego języka? A może państwowotwórczo – że to żaden wstyd pracować dla państwa i jego służb? I że tak jest we wszystkich dyplomacjach świata? A może z przytupem – że wskaźnik WR dotyczy raczej osób, które przychodzą do MSZ, nie znając języków obcych, albo też takich, które niebacznie wpuszczone do trochę lepszego hotelu doprowadzają się do stanu upojenia alkoholowego, a potem niszczą hotelowy sprzęt i awanturują się z obsługą?
Ale czy warto?
Na razie warto odnotować, że minister Sikorski szczyci się tym, że zwolni do końca 2011 r. sto osób, a potem kolejne sto. Proponujemy spokojnie podejść do tych rewelacji i sprawdzić na początku stycznia 2012 r. stan etatowy MSZ. A potem porównać go do tego ze stycznia 2011 r. Nie będzie mniej.
Attaché

Wydanie: 38/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy