Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Od lat całych departament Archiwum służył jako przechowalnia niechcianych dyplomatów. Zsyłano tam tych, którzy popadli w niełaskę, żeby im dokuczyć, byli ambasadorowie segregowali stare depesze, układali materiały, tak mieli cierpieć. To cierpienie nie zawsze było przykre – bo jeżeli dobrała się grupa mózgowców, to czas mijał im twórczo i przyjemnie. Tak było np. w czasach Anny Fotygi, kiedy to Archiwum nazywano najsilniejszym merytorycznie departamentem w MSZ.
No i teraz niespodzianka – otóż koledzy z Archiwum będą mieli nowego kolegę. To Andrzej Papierz, do niedawna ambasador w Sofii, a wcześniej szef kadr u Anny Fotygi. No, merytoryczne wzmocnienie departamentu to nie jest, ale…
Papierz to był człowiek, który zrobił karierę, walcząc z postkomunizmem. Najpierw jako Liga Republikańska. Potem jako dyrektor w kancelarii premiera Buzka. Potem, rzutem na taśmę, Buzek wysłał go do Bułgarii na dyrektora Instytutu Polskiego. Tam przeżył czasy SLD. A potem wrócił i jako kadrowiec zaczął robić porządki w MSZ. Analizował teczki personalne. Był panem (zawodowego) życia i śmierci setek pracowników. I pokazywał to dość dokładnie. Potem wyjechał na ambasadora do Bułgarii, w dość niejasnych okolicznościach zaliczając egzamin z angielskiego. W Sofii się nie zapisał złotymi zgłoskami – i to jest najbardziej dyplomatyczne określenie jego działalności. No i wreszcie wrócił. Tylko też w dziwny sposób – bo ministrowi Sikorskiemu najwyraźniej nie starczyło odwagi,
by go odwołać, więc wykorzystał pretekst (choć ważki): otóż ABW nie przedłużyła Papierzowi certyfikatu dostępu do informacji niejawnych. Cóż, ambasador, który nie ma prawa czytać tajnych depesz, nie może pełnić funkcji. I tak Papierz, żołnierz dawno zakończonej wojny, trafił do Archiwum.
Mniej więcej w tym samym czasie do kraju powrócić miał również Piotr Świtalski. To absolwent MGIMO, zrobił też w Moskwie doktorat, w czasach Cimoszewicza był najpierw dyrektorem Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej, a potem podsekretarzem stanu. Biegły w kilku językach, miał zasłużoną opinię głowacza. W 2005 r. wyjechał na placówkę do Strasburga, przy Radzie Europy.
Tam zbudował sobie mocną pozycję, wyróżnił się bardzo mocno, pracując na rzecz Włodzimierza Cimoszewicza, gdy ten ubiegał się o stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy.
Teraz Świtalskiemu kończyła się rotacja, miał wrócić do kraju. Sęk w tym, że żadnej propozycji mu nie składano, widać było, że albo go odeślą do dyspozycji, albo w ogóle będą wypychać z MSZ. Pewnie paru dżentelmenów chciało Świtalskiego upokorzyć – ale znów im się nie udało. Bo Thorbjorn Jagland, obecny sekretarz generalny Rady Europy, ten, z którym Świtalski tak walczył, promując Cimoszewicza, zaoferował mu pracę w sekretariacie rady. Docenił, jak to Europejczyk, jego kwalifikacje. I zaproponował pokierowanie dyrektoriatem planowania strategicznego. Kraj go nie chciał, a Europa – owszem.
Kariery Papierza i Świtalskiego powinny być przykładem dla młodych MSZ-etowców. Co bardziej się opłaca – wisieć u politycznej klamki czy inwestować w swoje umiejętności? Bądźmy realni – polityczny komisarz też w MSZ może się przebić. Ale, z długofalowego punktu widzenia, lepiej być po prostu dobrym.
Attaché

Wydanie: 28/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy