Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ naprawdę są już duże pieniądze, trzeba tylko umieć do nich się dobrać. A jak? A tak!
Dwa lata temu MSZ postanowiło utworzyć w Nowym Jorku Polski Ośrodek Informacji i Kultury. Uzasadnienie merytoryczne utworzenia tej placówki, koncepcję jej funkcjonowania oraz strukturę organizacyjną zawarła, w notatce do szefa MSZ, dyrektor Departamentu Polityki Kulturalno-Naukowej, Joanna Kozińska-Frybes. Pani dyrektor obiecywała cuda-wianki za marne grosze. Ośrodek miał funkcjonować jako małe biuro, którego siedziba znajdowałaby się w budynku konsulatu generalnego RP w Nowym Jorku. Inną oszczędnością był pomysł, by do ośrodka przenieść etat radcy z ambasady RP w Waszyngtonie. Budżet programowy na rok 2000 tak funkcjonującego ośrodka został określony przez panią dyrektor na kwotę 40-45 tys. USD i ok. 120 tys. zł.
A teraz popatrzmy, co z tych zapowiedzi zostało zrealizowane.
Ośrodek rozpoczął działalność w IV kwartale 2000 roku. I do końca roku poniósł wydatki w kwocie 89,8 tys. USD, w tym na działalność programową… 2 tys. USD. To był początek. Szybko się okazało, że nie można przenieść etatu ds. kultury z ambasady RP w Waszyngtonie do ośrodka w Nowym Jorku ze względów „merytorycznych i politycznych”. Trzeba więc było wysłać osobnego kierownika, który kosztuje MSZ (wynagrodzenie plus koszty najmu mieszkania) 80 tys. USD rocznie. A kierownik działa z rozmachem – i zawinszował sobie na rok 2001 budżet w wysokości 611 tys. USD. W tej sumie zawierały się m.in. koszty wynajęcia pomieszczeń na biuro o powierzchni 118 metrów kw. (86 tys. USD rocznie) oraz wyposażenie biura (50 tys. USD). O tym, że ośrodek miał funkcjonować w siedzibie konsulatu, nikt już nie pamiętał…
Sumujmy: ośrodek w Nowym Jorku miał kosztować 70-80 tys. USD rocznie i pod taki „biznesplan” go utworzono, a teraz kosztuje prawie dziesięć razy tyle. Co za te pieniądze mamy? Niezłe posady dla paru znajomych. I odrobinę promocji polskiej kultury i Polski za gigantyczne pieniądze. Tak się jakoś składa, że ośrodki kultury tylko niewielką część swoich budżetów przeznaczają na działalność programową. Na przykład w Instytucie Polskim w Berlinie wydatki na ową działalność stanowiły 7% budżetu. Pozostałe pieniądze, tj. 93%, to wydatki na wynagrodzenie pracowników, administrację i czynsze za najem.
W tym świetle dyplomacja kulturalna, którą kieruje pani dyrektor Kozińska-Frybes, jawi się tak samo jak jej zapowiedzi dotyczące ośrodka w Nowym Jorku. Najpierw mamy wielkie obietnice, a potem państwo polskie musi płacić. To cud, że ta Republika Parkinsona wyda kilka procent swego budżetu na to, do czego została powołana – promocję kultury…
Nawiasem mówiąc, inspektor NIK zapytał panią Kozińską-Frybes, dlaczego tak bardzo się pomyliła, planując budżet ośrodka w Nowym Jorku. Na co otrzymał odpowiedź, że jej kalkulacja dotyczyła spraw merytorycznych, natomiast reszta, czyli koszty i rozliczenia, to sprawa Biura Administracji.
Śmiać się czy płakać?

Wydanie: 30/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy