Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

No to pani minister Anna Fotyga zaczęła odbijać MSZ. Co zawsze robi się tak samo – daje się swojego człowieka na kadry. Czyli na stanowisko dyrektora generalnego.
Tak było po wejściu Stefana Mellera do MSZ, kiedy szybko „namówiono” ówczesnego dyrektora generalnego, Krzysztofa Jakubowskiego, by podał się do dymisji, a na jego miejsce jako p.o. wskoczył Jerzy Pomianowski. O tym Pomianowskim pisaliśmy już nieraz, nie warto się powtarzać, no, może poza jedną rzeczą – źle to wszystko rozegrał. Najpierw, jeszcze w poprzedniej kadencji, chodził do Sejmu razem ze Stanisławem Komorowskim odwiedzać Tuska. Potem, już po wyborach, było „Stefan, Stefan” (to o Mellerze). A potem był wielkim przyjacielem Ryszarda Schnepfa z Kancelarii Premiera. No i co się okazało – Tusk padł, Meller padł, Schnepf padł. Pomianowski, człowiek z ambicjami rozdawania kart w MSZ i regulowania własnych porachunków, został sam.
Teraz otrzymał, jak mówią w resorcie, propozycję nie do odrzucenia. Czyli propozycję rezygnacji. Bo po co min. Fotydze na stanowisku szefa MSZ-etowskiego staffu człowiek z innego układu? Któremu nie ufa.
Pomianowski podał się więc do dymisji. O, krzywda mu się wielka nie stała, przeniesiono go na stanowisko dyrektora Departamentu Zagranicznej Pomocy Rozwojowej. Pomianowski jest więc out. I wygląda to na trwałą tendencję.
A kto jest in?
Otóż poszedł wniosek, by nowym p.o. dyrektorem generalnym został Piotr Wojtczak. To ciekawa nominacja. Wojtczak jest osobą w MSZ średnio znaną. Romanista, potem skończył KSAP, potem wyjechał do Brukseli, do naszej ambasady w UE. I to była jego trampolina. W Brukseli Wojtczak organizował wizyty naszych VIP-ów. Ustalał spotkania, jeździł po nich na lotnisko, zabawiał rozmową, prowadził na negocjacje.
Z tego niewdzięcznego zadania (bo nie ma tygodnia, by ktoś ważny do Brukseli nie zawitał) wywiązywał się świetnie. Żadnego przyjęcia nie wydał, ale na każdym był. Tym sposobem poznał wszystkich ważnych – i w MSZ, i w polityce. W każdym razie tak się reklamował.
Zresztą coś w tym było, bo gdy po pięciu latach miał zjeżdżać do kraju, załatwił sobie w Warszawie jeszcze rok pobytu w Brukseli, tym razem w ambasadzie dwustronnej, u Iwona Byczewskiego. A teraz, jak zjechał do kraju, został wicedyrektorem Departamentu Europy.
Różne są w MSZ opowieści, dlaczego właśnie Wojtczak został dyrektorem generalnym. Jedni mówią, że obsługując delegacje i współpracując z europosłami, wpadł w oko PiS-owcom i Fotydze. Inni, że został im polecony. A że w PiS ławka kadrowa jest króciutka, wzięto człowieka, którego się znało i który sprawiał dobre wrażenie. Niewątpliwie nowy dyrektor nie ma w MSZ silnej pozycji, jest za młody na tę posadę. Czy w związku z tym będzie szedł na pasku władzy? Robił za człowieka od brudnej roboty? Czy też budował swoją pozycję na lata, wiedząc, że ministrowie się zmieniają, a kadra trwa?
To zagadka, która w najbliższym czasie się wyjaśni.

Wydanie: 25/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy