Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Minister Cimoszewicz zapowiedział, że Polska rozpocznie w roku 2003 wielką kampanię promocyjną w krajach Unii Europejskiej. Po to, by nie było żadnych kłopotów z ratyfikacją umowy o rozszerzeniu Unii w ich parlamentach. Cóż, pomysł to słuszny, każdy minister by na niego wpadł. Rzecz więc nie w idei, tylko w wykonaniu. A z tym może być różnie…
Z kilku powodów. Pierwszy to pieniądze. Jakiś czas temu mogliśmy przeczytać w raporcie NIK, jak wygląda funkcjonowanie polskich instytutów kultury za granicą. Otóż 90% środków, którymi dysponowały, szło na tzw. koszty własne – utrzymanie pomieszczeń, pensje dla personelu etc. A 10% przeznaczano na działalność statutową, czyli na wystawy, imprezy, koncerty. To przygnębiająca statystyka – pokazuje, że utrzymujemy za granicą sieć instytutów, cały tłum ludzi. I nie wiadomo po co, bo nie ma pieniędzy na to, by coś zrobili. Taka piękna synekura…
Ponieważ nie ma pieniędzy, Departament Promocji w osobie jego szefowej, Agnieszki Wielowieyskiej, wymyśla rozmaite dziwne rzeczy. Na przykład konkursy na imprezy kulturalne. W konkursie uczestniczą nasze zagraniczne placówki i która wymyśli ciekawszą, ta dostanie pieniądze. Ludzie pracujący za granicą, ambasadorowie, dyrektorzy instytutów kultury, na wieść o tych konkursach pukają się w czoło. Bo, po pierwsze, trudno jest z Warszawy oceniać i porównywać przedsięwzięcia promocyjne i kulturalne – każdy kraj ma przecież swoją specyfikę. Po drugie, takie konkursy mogą skończyć się tym, że pieniądze będą trafiać nie do tych placówek, do których powinny, tylko tam, gdzie akurat opracowano jakiś ciekawy projekt. Czyli – hipotetycznie – do Argentyny, a nie do Grecji czy Austrii.
Innym pomysłem na promocję Polski jest koncepcja gazetek ściennych. Agnieszka Wielowieyska wymyśliła, że w parlamentach państw europejskich powiesimy plansze z informacjami o Polsce, takie ścienne gazetki. No, już widzimy te tłumy parlamentarzystów zadeptujących się, byle tylko poczytać coś na ścianie…
Jest teoria, którą głoszą niektórzy ludzie w MSZ, że te śmieszne pomysły to efekt tego, że Agnieszka Wielowieyska nigdy nie była na zagranicznej placówce, więc nie zawsze potrafi sobie wyobrazić, jaki efekt przyniosą jej polecenia. Może więc by ją gdzieś wysłać?
Ha! Łatwo powiedzieć. Otóż Wielowieyska należy do znikomego procentu ludzi pracujących w MSZ, którzy nie chcą wyjeżdżać na zagraniczne placówki. I do tej pory odrzuciła już kilka propozycji. Ale może wreszcie przestanie odrzucać, bo ustawa o służbie zagranicznej wyraźnie przewiduje, że dyrektorem departamentu może być osoba, która wcześniej zaliczyła pobyt na placówce…
PS Jeżeli już jesteśmy przy sprawach promocji kraju i kultury – trwają przygotowania do Polskiego Sezonu Kulturalnego we Francji i niesnasek przy tym co niemiara. I Agnieszka Wielowieyska, i Jan Tombiński, ambasador w Paryżu, i paru innych VIP-ów, mają kłopoty z dogadaniem się z Andą Rottenberg, która przedsięwzięciu szefuje. Nie, nie chodzi o żadne wizje artystyczne, tylko o pieniądze i ich rozliczanie… Tak to jest, kiedy urzędnik spotyka się z artystą…

Wydanie: 2/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy