Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zakończony został maraton poszukiwania dobrego kandydata na ambasadora w Japonii. To były długie poszukiwania, nie zawsze prowadzone w najlepszym kierunku. Rozglądano się wśród ludzi kultury i tłumaczy, bez doświadczenia w służbie zagranicznej, jakby zapominając, że Japonia to kraj, w którym dzieją się rzeczy znacznie poważniejsze niż układanie ikebany.
W tych poszukiwaniach niektórzy dostrzegli swoją szansę. Był na przykład moment, że na liście kandydatów bardzo wysoko plasował się Ryszard Stemplowski, były szef Kancelarii Sejmu (ulubieniec PSL-owców) i były ambasador w Wielkiej Brytanii, teraz szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Rzecz polegała na tym, że w MSZ bardzo krytycznie oceniano osiągnięcia Stemplowskiego jako szefa PISM, więc żeby uwolnić instytut od jego osoby, postanowiono wyekspediować go za granicę. Gdzie? MSZ-etowskie korytarze z ochotą podają szczegóły licytacji: Stemplowski chciał do Tokio, ostatecznie zaproponowano mu stanowisko ambasadora w Kanadzie.
Ale jeżeli pojechałby teraz, oznaczałoby to, że z placówki zjedzie we wcześniejszym terminie obecny ambasador – Paweł Dobrowolski. A przypomnijmy, że Dobrowolski, były rzecznik MSZ, wielki miłośnik i smakosz whisky, wyjechał do Kanady jesienią roku 2000. Teoretycznie powinien „wypracować” zwyczajowy okres rotacji, który trwa cztery lata. Więc gdyby wrócił do kraju w tym roku, oznaczałoby to odwołanie przed terminem. Czy tak się stanie? Czy Dobrowolski wróci wcześniej, a na jego miejsce pojedzie Stemplowski?
A wracając do Japonii – w ostatniej turze szukano na stanowisko ambasadora w Tokio osoby znającej się na gospodarce, potrafiącej rozmawiać z szefami tamtejszych firm, z inwestorami. Dlatego postawiono na Marcina Rybickiego, dyrektora Departamentu Zagranicznej Polityki Ekonomicznej MSZ.
Na marginesie pogłosek o wyjeździe Stemplowskiego do Kanady szara MSZ-etowska brać zaczęła rozpatrywać dalszy rozwój sytuacji. Bo jeżeli Dobrowolski miałby wrócić do kraju, to gdzie? Czy zastąpiłby Bogusława Majewskiego, obecnego rzecznika, którego miłość do Internetu jest odwrotnie proporcjonalna do umiejętności pracy z dziennikarzami? Raczej nie, bo obecne kierownictwo MSZ preferuje schludne ubiory.
Może więc zasiliłby rezerwę kadrową ministerstwa? Czyli grupę kilkudziesięciu pracowników, którzy czekają w swoich domach na propozycję stanowiska… Hm, pobyt w rezerwie rodzi frustrację, pracownicy sięgają wówczas po pióro. Jakiś czas temu w nieistniejącym dzienniku „Życie” ukazał się na przykład atak na polską politykę zagraniczną, podpisany pseudonimem Jan Kowalski. Takie rebusy ekscytują ludzi w MSZ, więc zaraz zaczęto Kowalskiego rozszyfrowywać. No i wyszło, że jest nim Witold Waszczykowski, były ambasador w Iranie, którego minister Cimoszewicz odwołał z placówki, a że nie miał co z nim zrobić – skierował do rezerwy kadrowej. Cóż, jeżeli Waszczykowski pisał z Teheranu takie dzieła, jak to, które znalazło się w „Życiu”, to nie dziwmy się, że tak szybko ściągnięto go stamtąd do Warszawy…

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy